Seven Lines

Autor: 
Maciej Karłowski
Hera XL & Hamid Drake
Wydawca: 
Multikulti Project
Dystrybutor: 
Multikulti.com
Data wydania: 
12.08.2013
Ocena: 
5
Average: 5 (1 vote)
Skład: 
Wacław Zimpel: clarinet, alto clarinet, harmonium; Paweł Postaremczak: tenor & soprano saxophones, harmonium; Maciek Cierliński: hurdy-gurdy; Raphael Rogiński: guitar; Ksawery Wójciński: double bass Paweł Szpura: drums (right channel) Hamid Drake: drums (left channel), frame drum, vocal

Prawdę powiedziawszy nie bardzo potrafię na muzykę zawarta na „Seven Lines” patrzeć inaczej niż z perspektywy koncertu jaki powiększona do rozmiarów XL i jeszcze dodatkowo z gościnnym udziałem słynnego drummera Hamida Drake’a dała podczas ubiegłorocznej edycji Krakowskiej Jesieni Jazzowej.

Zespół wystąpił wówczas trochę jako suport przed DKV Trio, a więc przed zespołem znacznie słynniejszym, cieszącym się międzynarodową sławą i w potoku najróżniejszych muzycznych aktywności Kena Vandermarka i Hamida Drake’a koncertującym nieczęsto. Występ DKV dodatkowo zbiegł się z premiera pięciopłytowego boxu wydanego przez Not Two prezentującego niepublikowane do tej pory nagrania i będącym pierwszy od ponad 10 wydawnictwem sygnowanym nazwą zespołu. Zdarzenia obracać miały się więc wokół DKV Trio i znakomita większość słuchaczy przyjechała do Centrum Sztuki Techniki Maangha aby nacieszyć się fizyczną obecnością gwiazd.

Tymczasem wszystko zaczęło się od Hery, która najkrócej ujmując rzecz zabrała nas w podróż, z której powrót do rzeczywistości był bardzo trudny. I oczywiście znakomita większość wiedziała doskonale, że Hera to jeden z najważniejszych, jeśli nie najważniejszy zespół polskiej młodej improwizowanej sceny i jego koncerty to rodzaje trasowych, w natchniony sposób wyimprowizowanych dźwiękowych spektakli, których siłę odczuwa się nie jako doznanie intelektualne, choć i tak również można podchodzić do Herowej muzyki, ale raczej jak do muzyczną modlitwę. Ale, że tak całkiem skradną gwiazdom show, nie spodziewał się nikt.

Wówczas, kiedy planowany na niecałą godzinę koncert, przedłużył się do prawie półtorej godziny, mało kto ze słuchaczy miał głowę by zastanawiać się ile w muzyce Hery inspiracji muzyką Indii, Beludżystanu, japońskiej muzyki gagaku czy innych, może mniej oczywistych, odniesień do muzyki świata. Zdarzenia działy się w nierzeczywistym czasie. Ani publiczność, ani też muzycy nie poradzili sobie z czasem, tracąc jego poczucie całkowicie. I chyba wiele nie przesadzę twierdząc, że dla wielu, mogło wcale nie być ważne ile kontynentów razem z Wacławem Zimplem, Pawłem Postaremczkiem, Raphaelem Rogińskim, Maciejem Cierlińskim, Ksawerym Wójcińskim, Pawłem Szpurą i Hamidem Drakiem przemierzaliśmy. Ważne było, aby gdziekolwiek będą nas chcieli zabrać, okazać gotowość do drogi, jakakolwiek by nie była długa, jakkolwiek kręta.

Stał się więc koncert Hery czymś znacznie więcej niż tylko doświadczeniem muzycznym, choć przecież to dźwięki klarnetów, harmonium, saksofonów, gitary, liry korbowej, kontrabasu i dwóch zestawów perkusyjnych wprawiły nas w uniesienie i całkiem zdeformowały czas. Stał się lamentem, hymnem czy jakimś szalenie ważnym, i ogromnie intensywnym, już pozamuzycznym sądzę wyznaniem wiary. Takiej sile nie było jak się oprzeć. I już nie ważne z tej perspektywy wydają się słowa Joe’go McPhee, który wychodząc zapalić, nie pamiętam papierosa czy fajkę, potrafił powiedzieć tylko „It was fucking amazing”. To rzeczywiście było fuckin amazing. Wszyscy niemal byliśmy co do tego zgodni.

Zanim Hera zaczęła grać wiedziałem, że ten koncert będzie nagrywany. Bo ostateczne to niemal jedyna okazja żeby taki skład jakoś rozsądnie zarejestrować, nie czekając aż Hamid Drake będzie miał kolejny wolny termin. Nie spodziewałem się jednak, że będzie to aż tak wyjątkowy koncert. Nie przypuszczałem, że będzie to jeden z najwspanialszych koncertów, jakich nie tyle wysłuchałem, ale jakich mogłem doświadczyć z prawdziwością, z jaką doświadcza się powiewu wiatru, kropel deszczu, zapachu powietrza przed burzą, promieni słońca, strachu czy radości. Nie sposób go zapomnieć. I prawdę powiedziawszy nie potrzebna mi wcale płyta, aby i atmosferę koncertu, i dźwięki kolejnych utworów przywołać pamięci jak na pstryknięcie placami.

Teraz ukazał się on na płycie CD. Opatrzony tytułem „Seven Lines”. Leży na moim biurku i ilekroć na niego spoglądam trudno mi pohamować serdeczny uśmiech. Choć wiem, że nie jest to pełna publikacja, jedna z kompozycji nie zmieściła się na srebrnym krążku, to i tak sądzę, że powstała właśnie płyta, która, jeśli nie znajdzie się w gronie absolutnie najważniejszych pozycji w tym roku wydawniczym i nie zostanie doceniona, to będzie to jakaś kosmiczna niesprawiedliwość i chyba objaw prawdziwie zbiorowej złej woli. Jest dodatkowo znakomicie nagrana i znakomicie zremasterowana. I brzmi świetnie, i co najważniejsze, sądzę, że udało się zachować na niej nie mało z tego, czego my, tam w Krakowie, mogliśmy doświadczyć na własne uszy. I każdemu życzę żeby kiedyś taki koncert mu się przydarzył.

1. Sounds of Balochistan 15:45; 2. Roofs of Kyoto 17:41; 3. Temples of Tibet 15:01; 4. Afterimages 17:32; 5. Recalling Ring 3:43