Słuchanie jest najważniejsze - wywiad z Guillermo Gregorio

Autor: 
Piotr Wojdat

Jakie to uczucie móc współpracować z Rafałem Mazurem?

Guillermo Gregorio: Ekstremalnie satysfakcjonujące. Mogę powiedzieć, że już na samym początku nawiązaliśmy porozumienie muzyczne, które owocowało zarówno na scenie w trakcie koncertów, w studiu nagraniowym, czy w trakcie wspólnych ćwiczeń. Rafał jest otwartym człowiekiem z jedyną w swoim rodzaju wrażliwością. Ma dar wnikliwego słuchania. Dzięki temu możemy płynnie wchodzić w interakcje. Co więcej wspólna improwizacja z Rafałem skutkuje tym, że tu i teraz niemal powstaje kompozycja. I to jest właśnie to, co cieszy mnie najbardziej. W tworzeniu muzyki będącym wynikiem spontanicznych interakcji nie ma nic magicznego. To postawa, która pozwala zagrać coś znaczącego. Najważniejsze jest jednak słuchanie, przy którym trzeba mieć otwarty umysł.

A czy pamiętasz kiedy i w jakich okolicznościach rozpoczęła się wasza współpraca?

GG: Oczywiście, pamiętam. Poznaliśmy się w lutym 2017 roku. Miało to związek z moją podróżą do Krakowa, gdzie akurat nie wybierałem się z powodów muzyczno-koncertowych. Kilka tygodni przed moim przyjazdem znajomy zasugerował mi, abym skontaktował się z Markiem Winiarskim. O Marku wiedziałem tylko tyle, że prowadzi wytwórnię Not Two. Kojarzyłem też muzyków, którzy nagrywają dla tej krakowskiej oficyny. Ale Marka nie znałem osobiście. Tak czy inaczej - postanowiłem się z nim skontaktować. Okazało się, że Marek zna kilka albumów z moim udziałem, szczególnie te które nagrałem dla hatArt. Przyjął z entuzjazmem, że przyjeżdżam do Krakowa i zaproponował mi wspólny koncert z Rafałem Mazurem w Alchemii. Kiedy spotkałem się już z Rafałem i zaczęliśmy grać, poczułem, że będzie się nam bardzo dobrze ze sobą współpracować. Nie myliłem się. Koncert został przyjęty przez publiczność entuzjastycznie, co zmotywowało Rafała do zorganizowania kilku sesji nagraniowych w zeszłym roku.

Wydałeś album z Rafałem Mazurem, który gra na akustycznej gitarze basowej i Ramonem Lopezem zasiadającym za perkusją. Opowiedz proszę o sesji nagraniowej do “Wandering the Sounds” i o tym jak przebiegała.

GG: To była tylko jedna sesja. Tak jak już wcześniej wspomniałem, grałem z Rafałem w Alchemii i sprawiło mi to dużą radość. Z Ramonem była jednak zupełnie inna sytuacja. Zanim rozpoczęła się sesja nagraniowa do naszego wspólnego albumu, nie miałem okazji z nim współpracować. Jednak miałem przeczucie, że podobnie jak to było z Rafałem, bez większych problemów dotrzemy się pod względem artystycznym. Ramon również ma dar do słuchania. Wierzę w to, że to kluczowa rzecz, jeśli chcesz, aby interakcja między instrumentalistami zaowocowała czymś kreatywnym. W moim przekonaniu to, co nagraliśmy, przyniosło muzykę szczególną, a zarazem taką, która może się wydawać, jakby była skomponowana. Jestem bardzo zadowolony z efektu końcowego.

Gdy czyta się Twoje biografie, w oczy rzuca się to, że do tej pory mieszkałeś w różnych częściach świata. Urodziłeś się w Argentynie, ale żyłeś też w Los Angeles, Wiedniu, czy Chicago. Jaki to ma wpływ na to, co robisz jako muzyk?

GG: Zakładam, że ma to duży wpływ na to, co robię i na moje starania, by pozostać przez cały czas artystą kreatywnym. Oczywiście różnorodność i doświadczenie wynikające z funkcjonowania w różnych kontekstach uaktywniają umysł zwłaszcza u kogoś, kto szuka punktów wyjścia do inicjowania czegoś nowego. Uważam jednak, że trudno jest ocenić, co konkretnie i w jakim stopniu może mieć wpływ na czyjeś życie.

W moim przypadku doświadczenia zebrane w różnych krajach, w których żyłem, tak mi się wydaje, tworzą pewną ciągłość. Na przykład w Buenos Aires, kiedy miałem 14 lat, zacząłem słuchać jazzu z Nowego Orleanu, a kiedy skończyłem 17 lat - muzyki współczesnej i dwudziestowiecznej (tak się ją wtedy nazywało). Potem w 1960 i 1961 roku interesowałem się free jazzem. Dałem się także omamić nurtowi third stream, który był wtedy znaczący, ale nie zniósł próby czasu. Potem zacząłem tworzyć muzykę, którą określono jako eksperymentalną (cokolwiek to znaczy), a także zainteresowałem się ruchem artystycznym Fluxus. Poza tym już jako nastolatek interesowałem się XX-wiecznymi sztukami wizualnymi.

Po tym jak wyjechałem z Argentyny miałem okazję stać się częścią szeroko pojętej sceny muzyki kreatywnej okresu lat 70. i 80. Połączenie inspiracji free jazzem i muzyki współczesnej oraz visual art to było coś, czego doświadczyłem w Wiedniu i w Niemczech. To wszystko miało niezatarty wpływ na to jakim teraz jestem artystą. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

Pamiętam, że kiedy przyjechałem do Chicago, okazało się, że to scena europejska jest w kręgu zainteresowań muzyków i publiczności. Pisarze, krytycy, organizatorzy, czy recenzenci również zwracali na nią dużo uwagi. To działało w dwie strony, do Chicago zapraszano muzyków z Europy na różnego rodzaju wydarzenia. Wielu artystów chciało brać w tym wszystkim czynny udział. W Chicago poznałem wybitnych muzyków, powstało tam dużo istotnych moich projektów. W tym mieście żyłem 20 lat, a od 3 lat mieszkam w Nowym Jorku. To znowu inne miejsce, inne konteksty działania. Nie wiem jak to wpłynie na moją twórczość i czy pociągnie to za sobą jakieś zmiany. Zapewne jakieś będą miały miejsce. Wierzę jednak w to, że w tym, co robię, jest i będzie zauważalna pewna ciągłość.

Na przestrzeni lat Twoje zainteresowania muzyczne się zmieniały. Trochę już o tym opowiedziałeś. Warto jednak przypomnieć, że masz na koncie nagrania tape music zaliczanego do szerszego nurtu muzyki elektroakustycznej, które można usłyszeć na “Otra Musica”. Czy bliżej Ci do eksperymentów i improwizacji niż do muzyki komponowanej i klasycznej?

GG: Chyba nie mógłbym opowiedzieć się po jednej stronie. Uważam, że w moim przypadku istnieje silny związek między komponowaniem, a improwizacją. Mogę powiedzieć, że lubię improwizację, która oparta jest na zarysie kompozycji. Można pogodzić jedno z drugim, najlepiej w spontanicznym akcie twórczym. To takie komponowanie w czasie rzeczywistym - tu i teraz. Aby cel został osiągnięty, potrzebni są też wymagający słuchacze.

Kolektywne improwizowanie i komponowanie poprzez utrwalanie utworu na papierze czy jakimś nośniku to oczywiście różne doświadczenia. Zajmuję się jednym i drugim, ale nie widzę w takiej działalności poważnych sprzeczności.

Jeśli eksperyment w muzyce mam rozumieć jako innowacyjność czy oryginalność.. to staram się, żeby moja muzyka taka była. Jednak to powinno być potwierdzone przez słuchaczy, nie ja o tym decyduję. Moją postawę określiłbym raczej jako dążenie do eksplorowania, a mniej do eksperymentowania.

Jakie są Twoje najbliższe plany?

GG: Zostałem zaproszony na festiwal EdgeFest, który odbędzie się w październiku. Tematem przewodnim jest scena Chicago - jej przeszłość i teraźniejszość. Zagram tam z moim trio, którego skład uzupełnia Carrie Biolo na wibrafonie oraz Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli. Zespół powstał w 1997 roku i przez lata zyskał spory rozgłos w Chicago. Nagraliśmy trochę płyt dla hatArt. Jestem ciekaw jak wypadniemy, zwłaszcza że od 2008 roku ze sobą nie graliśmy.