Na Fali: „Bariera przełamana sążnym kopniakiem” - rozmowa z Tomaszem Chyłą

Autor: 
Marta Jundziłł

Z Tomkiem Chyłą, skrzypkiem i liderem formacji Tomasz Chyła Quintet udało mi się porozmawiać o nowym albumie „Circlesongs”, znaczeniu nagród w życiu muzyka, dyrygenturze chóralnej pojmowanej przez jazzmana i muzyce, która z Trójmiasta rozprzestrzenia się na całą Polskę, a nawet dalej.

Końcówka roku 2018 była dla Ciebie bardzo intensywna. Trasa promująca „Circlesongs”, koncert wieńczący Twoje studia doktoranckie na dyrygenturze chóralnej, nagroda Miasta Gdańska dla Młodych Twórców Kultury. Czy takie tempo to dla Ciebie standard?

Odkąd pamiętam, gdy zacząłem studiować na Akademii Muzycznej i z każdym rokiem nawarstwiały się różne projekty, pęd był ogromny. Równolegle studiowałem skrzypce i dyrygenturę chóralną, zawsze dużo się działo, lubiłem aktywnie się udzielać w wielu projektach w jednym czasie: w chórach, zespołach wokalnych, na jamach, w zespołach instrumentalnych. Po latach, przyzwyczaiłem się do tego tempa. Co prawda czasem odczuwam napięcie związane z terminami, nakładaniem się różnych projektów, ale kiedy nic się nie dzieje jestem niezadowolony, czuję się nieswojo. Jestem takim człowiekiem, który gdyby miał mało do roboty to w praktyce nie robiłby nic. To moje piętno. Dlatego też lubię mieć tyle na głowie.

Miewasz momenty przesilenia? Co najczęściej je powoduje?

Oczywiście, często przychodzę do domu i zastanawiam się, po co wziąłem sobie tyle na głowę. Nie jestem też bardzo uporządkowaną osobą i często zdarza się, że o czymś zapomnę, że nie dopilnuję jakiegoś terminu, czegoś nie wyślę, lub nie odbiorę. W kwestiach formalnych nie radzę sobie za dobrze i to one często powodują przesilenie. Cieszę się więc, że w kwintecie mamy managera, który bardzo mnie odciąża. Najbardziej męczą mnie sprawy pozamuzyczne. Ostatnio dużo stresu kosztował mnie również mój doktorat z dyrygentury chóralnej.

Skąd wzięły się u Ciebie te dwie ścieżki: dyrygentura chóralna i instrumentalistyka jazzowa?

Przygoda z dyrygentura zaczęła się po tym jak nie dostałem się na instrumentalistykę jazzową. Trochę z braku laku wybrałem dyrygenturę, oczywiście nie odkładając skrzypiec. Pomimo tego, że nie studiowałem jazzu, od razu wszedłem w środowisko muzyczne, zacząłem grać z chłopakami i wiedziałem, że w tej kwestii nie mogę odpuścić. Po dwóch latach dostałem się na instrumentalistykę jazzową, na skrzypce. Równolegle ciągnąłem, więc dwa kierunki. Z czasem okazało się, że dobrze mi wychodzi dyrygowanie, śpiewanie w chórach, szybko czytam nuty i przede wszystkim sprawia mi to ogromną radość. Dlatego też poszedłem dalej w dyrygenturę. Poza tym, ze względów czysto pragmatycznych zależało mi na tym, by dostać stałą pracę. Dlatego też zdecydowałem się na doktorat z dyrygentury chóralnej. Mimo, że to był wspaniały czas, bardzo cieszę się że kończę już edukację. 11 lat chodzenia na zajęcia do tej samej sali było dla mnie dość męczące i uciążliwe.

Czy miałeś pomysł, żeby kontynuować skrzypce na doktoracie?

Taka ścieżka nie jest szczególnie popularna wśród studentów gdańskiej Akademii Muzycznej. Żeby zrobić doktorat z instrumentalistyki trzeba zrobić go na drugim wydziale (wydział instrumentalny klasyczny). Klasycy są w opozycji do jazzmanów, poza tym nie czuję się wybitnym skrzypkiem klasycznym, więc chyba bym się tam nie odnalazł. Jestem zadowolony z miksu dyrygentury i jazzu. Choć na początku byłem załamany w związku z nieprzyjęciem na skrzypce i dyrygenturę traktowałem trochę od niechcenia, to dziś wiem, że to świetna ścieżka, która daje mi wiele muzycznych możliwości.

Czy jesteś obecnie w tym miejscu, w którym chcesz się znajdować?

Zdecydowanie. Oczywiście gdyby się dłużej zastanowić, żałuję kilku rzeczy. Na przykład, mogłem więcej pracować nad swoją muzyką, wówczas wiele rzeczy zdarzyłoby się pewnie szybciej i dziś byłbym dalej. Nie zdecydowałem się też pojechać na Erasmusa, bo bałem się pojechać sam za granicę. Ale dziś wiem, że nie wszystko musi iść od razu po twojej myśli, by ostatecznie niosło ze sobą radość. Wszystko dzieje się po coś. Mój kwintet od samego początku miał wiele przygód, nawet moja żona i bliscy przyjaciele uważali, że to jest jakiś wyimaginowany projekt w mojej głowie. Ale ja tak bardzo wierzyłem, że w końcu odpaliło. Wygraliśmy Jazz Juniors, wydaliśmy płytę, później trasa koncertowa, teraz drugi album. Byliśmy jesienią w Chinach. Pierwszy koncert graliśmy w miejscowości Harbin. Prawie osiem lat temu graliśmy w Gniewinie, miejscowości oddalonej 20 km od Wejherowa, w małej wiosce. Śmiejemy się, że w przypadku kwintetu jest pewna symbolika w haśle „Od Gniewina do Harbina”. Dziś lecimy na trasę koncertową do Chin, a wtedy cieszyliśmy z koncertów, które graliśmy pod Gdańskiem.  Zmieniło się naprawdę wiele.

Bije od Ciebie bardzo dobra energia i wiem, że Harbin w Chinach to nie jest wasze „ostatnie słowo”.

Miło, że tak mówisz. Nie uważam się za jakiegoś wyjątkowego artystę, ale teraz, po wydaniu drugiego albumu czuję, że zrobiliśmy coś razem, że pewien etap już osiągnęliśmy i teraz śmielej możemy iść dalej.

Co zdecydowało o tym, że Tomasz Chyła Quintet to ci a nie inni muzycy?

Zespół zakładałem, przy okazji zagrania jakiegoś jamu w Gdańskim pubie – Szafa. Na początku skład był bardzo ruchomy. Kiedyś grałem z Michałem Wandzilakiem, Tomkiem Koprem, Michałem Zienkowskim. Z tym składem w kwintecie, pojechaliśmy na konkurs jazzowy do Żyrardowa, gdzie zdobywaliśmy pierwsze sukcesy na szczeblu lokalnym. Przez pewien moment grał ze mną Kamil Piotrowicz, to również była bardzo dobra współpraca. Dość szybko Kamil poszedł w zupełnie w inną stronę i wiedziałem, że nasze drogi się rozejdą. Kiedy Kamil pojechał na studia do Kopenhagi stwierdziłem, że muszę poczynić radykalny ruch, nie bacząc na konsekwencje. W międzyczasie w zespole pojawił się Piotrek Chęcki, który dodał grupie nowej energii i mocno mnie wspierał. W sekcji znalazł się też Krzysiek Słomkowski, zespół zaczął się formować na nowo. W pewnym momencie powiedziałem chłopakom, że do kwintetu chcę zaprosić Szymona Burnosa i Sławka Koryzno. Dzięki temu zabiegowi, Tomasz Chyła Quintet wówczas, tak naprawdę  składał się z zespołu Algorythm plus ja, zamiast mojego dobrego przyjaciela Emila Miszka na trąbce. W tamtym składzie zagraliśmy pierwszy koncert w 12/14 w Warszawie. Był to pierwszy występ z własnymi kompozycjami. To był dla mnie błysk, moment przełomowy. Materiał od początku stworzony przez nas. Od tego momentu Tomasz Chyła Quintet to dla mnie projekt najważniejszy. Nie mam często okazji do grania w innych zespołach. Czasami, gdy ktoś mnie zaprosi – oczywiście zagram, ale przede wszystkim skupiam się na kwintecie. W zeszłym roku musieliśmy rozstać się z Krzyśkiem, a na jego miejsce przyszedł Konrad Żołnierek. Miał bardzo trudne zadanie, bo musiał wejść do żywego organizmu, bardzo zgranego zespołu, który wytworzył poniekąd swój styl, ale poradził sobie z tym świetnie.  Cieszy mnie, że nadal w zespole grają muzycy z Trójmiasta. Zawsze podkreślam, że to zespół, a nie projekt płytowo-koncertowy.

A co wnoszą członkowie Twojego zespołu do kwintetu? Za co cenisz Szymona Burnosa, Piotrka Chęckiego, Sławka Koryzno i Konrada Żołnierka?

Szymon to mózg operacyjny. Jest bardzo kreatywny, niesamowicie intensywny na próbach a także w graniu. Czasami Szymon zachowuje się jak lider, ale gdy mówi, że „wie”, to znaczy że wie, a ja mu ufam. Wszystko co muzycznie robi jest genialne. Sławek jest najstarszy, najbardziej opanowany i jest ostoją uporządkowania. Nadaje doświadczenia temu zespołowi. Piotrek to burza, wir, wielka energia. Gdy obaj stoimy na froncie, to zespół zyskuje mocno rockowe brzmienie i image. A Konrad, który gra z nami od niedawna, jest świetnym instrumentalistą, bardzo elastycznym i otwartym. Czekamy na trzecią płytę, bo przecież do tej pory Konrad nie nagrał z nami ani jednego albumu, a chcemy bardzo ten muzyczny związek utrwalić na CD (wcześniejsze albumy TCQ nagrywał razem z Krzysztofem Słomkowskim).

A jak się odnajdujesz w roli lidera?

Odpowiada mi to, bo współpracuje z właściwymi ludźmi. Nie mógłbym być liderem amerykańskim, który przychodzi na próbę, rzuca kwity i dyryguje całością. Rafał Sarnecki opowiadał ostatnio w jakimś wywiadze, że w Stanach to nieeleganckie wtrącić się w wizję lidera. Tu jest zupełnie inaczej, w mojej wizji kwintetu jest to wręcz mile widziane. Obraca się utwory, w lewo w prawo, w każdą dowolną stronę, każdy dokłada swoją wizję.

„Circlesongs” to album mocno improwizowany. Bazuje na jakimś gotowym pomyśle?

Cały album jest wypadkową grania trasy koncertowej z materiałem z pierwszego albumu „Eternal Entropy”.  W zeszłym roku graliśmy dwutygodniową trasę koncertową. Na koniec tej trasy, odwołano nam jeden koncert. Bartek Olszewski, który nagłaśniał nas dzień wcześniej zaproponował nam nagranie materiału w tym samym miejscu, w którym graliśmy koncert. Nie chcieliśmy marnować czasu przeznaczonego na koncert, mieliśmy w sobie duże parcie na wspólne granie. Weszliśmy więc do stworzonego w klubie studia. Mieliśmy tam nagrać jakieś improwizacje, coś bardzo spontanicznego. Sesja trwała trzy razy po trzydzieści minut. Na scenę weszliśmy w wielkim skupieniu, nastawieni na grupową improwizację. Po miesiącu zrobiliśmy sobie wspólny obiad, posłuchaliśmy gotowego materiału i stwierdziliśmy, że ta muzyka jest na tyle osobista, mistyczna i dobra, że musimy puścić ją dalej w świat. Gdy słuchałem tego materiału po raz drugi, stwierdziłem, że to nic innego jak circlesongi, typowe dla muzyki chóralnej. Na tym, co nagraliśmy, usłyszałem to, o co chodziło McFerrinowi, czy Wawrukowi. Poznałem jak istotny w zespołowym graniu jest motyw, jego przeplatanie, nawarstwianie. Nie jest to, więc typowe granie free. Bardziej skwalifikowałbym „Circlesongs”, jako muzykę ilustracyjną, minimalistyczną.

A inklinacje wobec pierwszej płyty – „Eternal Entropy”?

Oczywiście, na „Circlesongs” można znaleźć inspiracje pierwszą płytą: melodyjność, ekspresję, myślenie punkowo-rockowe. Powiem Ci szczerze, że bardzo się bałem wydać płytę improwizowaną. Po pierwszym albumie ludzie spodziewali się pewnie bardziej ułożonego grania. Graliśmy na Woodstocku, ludzie zaczęli nas kojarzyć z materiałem bardzo energetycznym, muzyką dynamiczną ale opartą na formie, a tu nagle wydajemy materiał zupełnie inny, mocno otwarty. Przed wydaniem albumu, rozmawiałem o nim z moją przyjaciółką, która jest teoretykiem muzyki. Materiał potraktowała jako całość, jeden skomponowany utwór, z którego dużo rzeczy wynika. To mnie bardzo podbudowało.

Co z trzecim albumem? W którym kierunku pójdziecie tym razem?

Bardzo zainspirowałem się tegorocznymi koncertami na Festiwalu Jazz Jantar. Zastanawiam się też nad jakimiś gośćmi. Fajnie byłoby skonfrontować naszą muzykę z kimś z zagranicy. Nie musi być to jakieś wielkie mainstreamowe nazwisko. Chodzi mi bardziej o kogoś muzycznie „odjechanego”.
Ostatnio odnosisz dużo sukcesów. Nagroda dla Młodych Twórców Kultury, Nagroda Publiczności, Koncert w radiowej Trójce. Jak podchodzisz do „sukcesu” i rosnącej renomy?
Nie byłem jakoś szczególnie zestresowany grając w Trójce. Graliśmy na wielu renomowanych salach i festiwalach. Nie odczuwam tego, że miejsce nadaje graniu jakieś konkretne emocje czy rangę. Gdzieś z tyłu głowy zawsze się zastanawiam nad tym ile będzie publiczności. Lubię grać dla dużej liczby osób. Dlatego też tak dobrze czułem się grając na Woodstocku. Ale małe kluby wypchane po brzegi też są ekstra. Jeśli zaś chodzi o nagrody, znowu: najbardziej cieszą te od publiczności. Cieszę się, że głosowali na mnie ludzie. Dzięki temu wiem, że to, co robię ma duży sens. Podobno, żeby zespół się wybił trzeba mieć tak zwane parcie na szkło. Ja go nie mam, a wszystko toczy się swoim torem i idzie do przodu. To mnie bardzo cieszy.

Jeśli mówimy o nagrodach, w przypadku TCQ przełomowym sukcesem okazała się wygrana podczas Jazz Juniors 2016.

Historie związane z Jazz Juniors snują się za nami już bardzo długo, ale to prawda, że od tego wszystko zaczęło nabierać tempa. Tak naprawdę, ledwo dojechaliśmy na ten konkurs, bo w trakcie podróży popsuło nam się auto. Pogoda była tragiczna. Po tym jak zagraliśmy, od razu wracaliśmy do Gdańska. Byliśmy pewni, że nic nie wygramy, więc zdecydowaliśmy się na szybki powrót. Po kilku godzinach dostałem telefon, że muszę być na gali. Do Krakowa wracałem tego samego wieczoru samolotem. Następnego dnia dojechała reszta zespołu, bo musieliśmy zagrać na gali laureatów. Z perspektywy czasu to naprawdę zabawna historia.  W tym roku, graliśmy tam po raz trzeci. Rok temu na showcasie, teraz na otwarciu Festiwalu. Mam nadzieję, że będziemy zawsze związani z tym miejscem i wydarzeniem. Jazz Juniors był dla mnie wyjątkowy również dlatego, że tam poznałem osobiście Leszka Możdżera. Bije od niego pewnego rodzaju metafizyka. Nie czuję od niego sztuczności, mimo tego, że zrobił dość komercyjną karierę, osobowościowo w ogóle nie jest komercyjny.

Czego można Ci życzyć na 2019?

Grania jak najwięcej koncertów, nie tylko w Polsce, ale też na całym świecie. Chcę, by nasza muzyka docierała do każdego. Nie chodzi mi tylko o kwintet, ale też o Pomorze, o Trójmiasto. Mam na myśli tę barierę, która sążnym kopniakiem została przełamana. Nie obrażając pokolenia starszych muzyków pochodzących z Gdańska, bo przecież jeszcze przed czasami otwarcia jazzu na gdańskiej akademii w Polsce głośno było o trójmiejskich muzykach takich jak zespół Miłość, Leszek Możdzer, Sławek Jaskułke, Dominik Bukowski, Piotr Lemańczyk, długo by można wymieniać. Teraz po prostu, jest nas tutaj wszystkich znacznie więcej. W Trójmieście, muzycznie zaczęło się dużo dziać. Młode pokolenia współpracuje ze starszymi, doświadczonymi muzykami, ale i odwrotnie. Miło patrzeć, że moi koledzy i ja jesteśmy zapraszani do współpracy przez tych, z którymi kiedyś zagranie na jam session było szczytem marzeń.  Wydaje mi się, że o trójmiejskiej scenie jest teraz głośno w Polsce i niech tak zostanie jak najdłużej. Nastąpił pewien przełom.

P.S. Tomasza Chyły:

  1. Muzyka jakiej słucham w samochodzie to Rage Aganist the Machine.
  2. Gdybym nie był muzykiem studiowałbym na politechnice.
  3. Mój ulubiony album jazzowy to Miles Davis - Live At Filmore West.
  4. Na imprezie tańczę do wszystkiego oprócz disco polo.
  5. W muzyce jazzowej drażni mnie napuszenie.
  6. Chciałbym zagrać na jednej scenie z Tomem Morello.
  7. Jestem dobry w organizowaniu spotkań towarzyskich.
  8. Za 10 lat mam nadzieję, że będzie już 10 albumów TCQ.
  9. Nie lubię gdy rano wywalają mnie z łóżka.
  10. W muzyce chodzi mi o to, by być prawdziwym.