Ważne jest, aby znaleźć swój głos - wywiad ze Stevem Swellem

Autor: 
Piotr Wojdat
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Z amerykańskim puzonistą rozmawiam o tym, jak zmieniało się jego myślenie o muzyce na przestrzeni dekad. Próbuję się także dowiedzieć, które spośród koncertów zagranych przez niego w Polsce, zapadły mu mocno w pamięci. Dużo miejsca poświęcamy też jego albumowi z pianistką Elisabeth Harnik. Steve’a Swella pytam także o to, czy Oliver Messiaen była dla niego wielką inspiracją.

 

Jesteś aktywnym muzykiem od 1975 roku. Nagrałeś wiele płyt i zagrałeś wiele koncertów. Kiedy i dlaczego było Ci łatwiej tworzyć własną muzykę: na początku swojej kariery czy teraz?

Steve Swell: Kiedy zacząłem grać na pełny etat po szkole średniej w latach 70., tak naprawdę chciałem po prostu zarabiać na życie tylko z muzyki i przy okazji podróżować. Prawie nie miało znaczenia, jaką muzykę gram. Muzyka dała mi taką możliwość. Tak bardzo, jak początkowo pociągał mnie jazz i awangarda, moim celem w tamtym wieku było poznanie kraju i zarabianie na życie głównie z muzyki. Dało mi to poczucie dumy i spełnienia. Robiłem to przez dobre dziesięć lat.

Kiedy w końcu dotarło do mnie, że muszę zajmować się wyłącznie twórczą muzyką, miałem wielkie szczęście, że w połowie lat 80. zostałem zaproszony do zespołów Lionela Hamptona, Buddy'ego Richa, Jakiego Byarda i Makandy Ken McIntyre. Następnie poproszono mnie o grę w zespołach Herba Robertsona, Tima Berne'a i Joey'a Barona. Te zespoły dały mi prawdziwy rozgłos w szerszym świecie. Nagle ludzie byli  świadomi, że ktoś taki jak Steve Swell istnieje.

W tamtym czasie nie byłem pewien, jak zaprezentować własną muzykę, więc próbowałem różnych kierunków, a zainteresowanie różnymi obszarami improwizacji i komponowania z czasem przekształciło się w to, co robię teraz. Myślę, że obecnie wolę podejść do projektu, który chcę zrobić i zainteresować nim wytwórnię. Łatwiej jest łączyć projekty i mieć muzyków zainteresowanych graniem ze mną, ponieważ muzycy, promotorzy i wytwórnie znają moje osiągnięcia na przestrzeni lat. Promotorzy i wytwórnie chętniej rezerwują teraz mój zespół lub grupę, w której występuję i wydają nagrania tego konkretnego projektu, głównie dzięki temu, że mnie znają i znają też moją muzykę.

Dorastałem z myślą, a kiedy byłem młodszy było to bardzo powszechne, że przez kilka lat powinieneś być sidemanem i nabierać doświadczenia, a kiedy nadejdzie odpowiedni czas, powinieneś zacząć działać samodzielnie. Nie mówię, że to właściwa droga do rozwoju, po prostu to był bardzo prawdziwy sposób, w jaki uczono lub indoktrynowano muzyków, aby to robić i wydawało się, że większość muzyków, z którymi dorastałem, podzielała taki sposób myślenia.

 

Czytałem, że pobierałeś lekcje od Roswella Rudda, Grachana Moncura III i Jimmy'ego Kneppera. Czego się od nich nauczyłeś?

SS: Cóż, to temat na całą książkę! Wszyscy trzej puzoniści i kompozytorzy nauczyli mnie poprzez grę, pisanie i lekcje z nimi, że ważne jest, aby znaleźć swój głos i być indywidualnością w muzyce. Kiedy dorastałem, każdy puzonista, którego znałem, próbował grać jak JJ Johnson albo Bill Watrous. Ja też byłem jedną z tych osób, ale kiedy naprawdę zacząłem słuchać Roswella, Grachana i Jimmy'ego Kneppera oraz innych muzyków, naprawdę usłyszałem, jak różni się każdy z muzyków i co czyni ich wyjątkowymi i interesującymi. To wtedy naprawdę zacząłem widzieć, że muszę się dowiedzieć, kim jestem i co mogę wnieść do muzyki i mojego instrumentu.

Roswell Rudd był dla mnie naprawdę jak drugi ojciec, ponieważ mnie obudził, nie tylko muzyką, ale poprzez swoją muzykę obudził mnie do życia! Słysząc go po raz pierwszy, gdy miałem 15 lat, uruchomiłem wszystkie neurony w mojej głowie i sercu i nagle po raz pierwszy byłem naprawdę zaangażowany i zainteresowany czymś, co było potężne i przemawiało bezpośrednio do mojego ducha. Grachan ze swoją muzyką zrobił to samo, ale trochę inaczej. Pokazał, jak połączenie bebopu może prowadzić do bardziej swobodnego grania z wykorzystaniem tej wrażliwości w nowy sposób zarówno w jego improwizacji, jak i komponowaniu. Był niesamowitym kompozytorem. Uczyłem się z Roswellem w latach 70. co tydzień w gimnazjum na górnym Manhattanie i kiedy Roswell nie mógł dostać się do klasy, do której wysłał Grachana, aby nauczał, w ten sposób skończyłem uczyć się z nim. Poza tym, bardzo cenną rzeczą, jaką od niego dostałem, było to, jak użycie „alternatywnych pozycji” na puzonie może cię otworzyć. W przypadku puzonu istnieje wiele nut, które można grać na różnych pozycjach. Grając kilka piosenek na zajęciach w tych alternatywnych pozycjach w pełni wykorzystywałeś ciało podczas gry, bardziej niż gdybyś grał je w bardziej „normalnych” pozycjach. W ten sposób zacząłem wykorzystywać więcej swojego ciała lub siebie podczas improwizacji i grania. Był to sposób na połączenie ciała z umysłem i duchem.

Jimmy Knepper był raczej nauczycielem typu „zen”, ponieważ nieustannie rzucał mi wyzwania. Niekoniecznie muzyczne, ale bardziej zależało mu na moim zaangażowaniu w muzykę. Zawsze mówił do mnie: „Naprawdę nie chcesz grać tego rodzaju muzyki, prawda?”. To znaczy, niemal zmusił mnie do myślenia, ponieważ zawsze chciałem grać tę muzykę, ale nie poznałem jeszcze moich motywów lub powodów, dla których chciałbym być częścią tej muzyki. Ale to nie trwało zbyt długo, ponieważ zawsze wiedziałem, że chcę być częścią tej muzyki, od samego początku!!!

W 2018 roku wydałeś solowy album „The Loneliness of the Long-Distance Improviser”. Czy nagrania solowe są większym wyzwaniem dla muzyka takiego jak Ty niż nagrania zespołowe?

SS: Nie jestem pewien, co dokładnie masz na myśli, zadając to pytanie, ale nagrywanie solowej płyty lub koncertu jest bardzo trudne, ponieważ to ty i tylko ty tworzysz muzykę przez dłuższy czas. Musisz mieć bardzo dużą pewność siebie i wytrwałość, aby utrzymać zainteresowanie publiczności tym, co robisz, czy to na żywo, czy na nagraniu. Dodatkowo musisz tym wszystkim zawiadywać. Również koncerty lub nagrania solowe inspirują mnie do poznawania siebie. Dochodzi tu aspekt mentalny i duchowy. Przestrzeń w kontekście solowym jest całkowicie nieograniczona pod względem dostępnych dźwięków i sposobów ich spontanicznej organizacji. W rzeczywistości może to być wyzwanie; koncert solowy lub koncert grupowy, ale sprowadza się to nie tylko do ogólnego zaangażowania, ale także do zaangażowania w siebie, które ostatecznie wyraża się w muzyce i to jest zawsze mój sposób myślenia, nawet na próbach. Zawsze dostrzegam potrzebę bycia w chwili.

 

Właśnie ukazał się Twój album z Elisabeth Harnik, który nazywa się „Tonotopic Organizations”. Jak improwizuje się z Elisabeth?

SS: To była dla nas nowość. Nasza pierwsza trasa i nagranie (na żywo z tej trasy), więc zawsze jest to wyzwanie na początek, ale musisz tylko zaufać sobie i mieć nadzieję, że znajdziesz rzeczy, które łączą, będą interesujące i sprawią, że zbierzesz dobre doświadczenia muzyczne. Oczywiście musisz też zaufać innemu muzykowi, kimkolwiek jest. To wymaga dużo uczciwości i odwagi. Więc kiedy wszystko zostało przygotowane na naszą trasę, tak naprawdę po prostu zanurzyliśmy się w muzyce, która jest dla mnie esencją tego zaufania i pozwoliliśmy, aby chwila i energia publiczności i nasza własna energia przejęły nas, aby nas poprowadziły w celu stworzenia dobrej muzyki. Oboje jesteśmy dość doświadczonymi improwizatorami, co pomaga nam w tworzeniu ciekawych tematów z ładnym flow. Z tego doświadczenia wiemy, że im więcej będziemy razem występować w przyszłości, tym głębsze będzie połączenie, a nasze muzyczne interakcje będą rosły i dawały lepsze efekty.

A jakim muzykiem i jaką osobą jest Elisabeth Harnik? Jak byś ją określił w kilku słowach?

SS: Elisabeth to fantastyczna artystka i inteligentna improwizatorka, która ma duże doświadczenie. Gra niesamowicie w każdej sytuacji, niezależnie od tego, co i kto stanie jej na drodze. Spędziliśmy dużo czasu w samochodzie, podróżując po Austrii i Włoszech i naprawdę poznajesz kogoś w ten sposób dosyć dobrze, zwłaszcza jeśli jesteście tylko we dwoje. Ponieważ jesteś w samochodzie (lub pociągu) tak długo, to jest dużo czasu na rozmowę na różne tematy. Była niezwykle dobrym towarzyszem tej drogi. Jest bardzo otwartą, ciekawą osobą. Przejawia się to w muzyce i to jest dla mnie pozytywne, ponieważ pod tym względem jestem taki sam i zawsze szukam sposobów tworzenia interesującej muzyki. Oprócz tego Elisabeth jest też wspaniałą kompozytorką!

Nagrałeś album, który był hołdem dla Oliviera Messiaena. Czy dorobek tego artysty jest dla Ciebie wielką inspiracją? Dlaczego zdecydowałeś się zrealizować tę płytę?

SS: Nie powiedziałbym, że jest wielką, ale z pewnością jest dla mnie inspiracją. Uwielbiam jego muzykę i jego historię. To, co robił z muzyką, komponując, gdy był w obozie koncentracyjnym (Quatuor pour la fin du temps - Kwartet na koniec czasów) podczas II wojny światowej, pokazuje rodzaj odwagi i wytrwałości nadziei w sytuacji, która złamała i zabiła tak wielu. Mimo to Messiaen wciąż był w stanie stworzyć tak piękną deklarację życia, że ​​mamy szczęście słyszeć i przeżywać ją dzisiaj. Trzeba wziąć sobie do serca to przypomnienie, aby utrzymać żywą nadzieję w każdym z nas i nigdy się nie poddawać. Jego wyraz nadziei jest po prostu inspirujący, zwłaszcza w tych czasach.

Pomysł na nagranie pochodzi od Lars-Olofa Gustavssona z Silkheart Records. Pewnego dnia podszedł do mnie w Nowym Jorku i powiedział, że chce wydać serię nagrań inspirowanych przez niektórych z jego ulubionych kompozytorów i czy byłbym zainteresowany. Oczywiście skorzystałem z okazji. Pierwszy był album dla Beli Bartoka (Kende Dreams - Homage A Bartok). Projekt Messiaena był drugi.

Przygotowuję teraz muzykę do nagrania poświęconą Luciano Berio. Z każdym z tych artystów mogę odkrywać inne strony własnego komponowania, próbować nowych rzeczy i używać innych instrumentów, których zwykle nie używam. To dość trudne, ale świetne. Jestem bardzo zadowolony z efektów.

Jak radzisz sobie bez koncertów? Za czym tęsknisz najbardziej?

SS: Cóż, mój ostatni koncert przed Covidem odbył się 13 marca. Była to trasa z moim zespołem Kende Dreams, ufundowana przez Jazz Road Tours, część SouthArts Alliance w USA. To duże szczęście mieć tak wspaniały zespół i koncerty do zapamiętania. W zespole byli Rob Brown, William Parker i Michael TA Thompson. To było cudowne. Nasz ostatni koncert odbył się w Massachusetts. Gdy następnego dnia byłem w domu, wszystko zaczęło się rozpadać jak kostki domina. My Stone Residency, nagranie z Simonem Nabatovem, trasy koncertowe do Portugalii, Niemiec, Polski. Wszystko się po prostu zatrzymało. W ten weekend NYC zdecydowało się zamknąć system szkół publicznych, więc moja praca również została natychmiast przerwana. Na szczęście rząd zorganizował pewną pomoc finansową, ale skończyła się ona w lipcu i było kilka organizacji, które pomagały tu muzykom związać koniec z końcem. To było niezwykle pomocne. Również moje szkoły i uczniowie poszli na naukę online.

Za czym tęsknię najbardziej? Najbardziej brakuje mi grania i występów dla publiczności. Stąd czerpię najwięcej energii, wymieniając się nią z innymi muzykami, czując reakcję żywej publiczności. Teraz nie ma nic takiego. Brakuje mi grania z innymi muzykami tak, jak kiedyś, bez zmartwień i obaw. Tylko widzę moich przyjaciół. Robiłem kilka koncertów przez Zoom i kilka transmisji na żywo z ograniczoną, społecznie zdystansowaną publicznością, ale oczywiście to nie to samo, ale uczę się z tym sobie radzić i widzę, że ten nowy sposób wykonywania jest tylko kolejnym stopniem do poznania siebie. Myślę, że stanie się trwałą częścią tego, co muzycy i wykonawcy będą musieli od teraz robić.

Dużo grałeś w Polsce, m.in. z Mikołajem Trzaską. Które koncerty szczególnie miło wspominasz i dlaczego?

SS: Trudno mi na to odpowiedzieć! Kocham Polskę! Miałem tam wiele wspaniałych doświadczeń i wsparcia ze strony różnych przyjaciół, takich jak Marek Winiarski, Daniel Radtke, Magdalena Dudek i Maciej Karłowski. Przepraszam, ale pomijam tu zbyt wielu ludzi.

Ha! Myślę, że dobrze poznałem Kraków, prawdopodobnie dużo więcej wspaniałych koncertów niż gdziekolwiek indziej w Polsce tu zagrałem, ale granie gdziekolwiek w Polsce jest świetne! Zagrałem tak wiele koncertów w Polsce, co sprawia, że ​​czuję się szczęśliwy. Poznałem tak wiele rejonów w tym kraju.

Jubileuszowy festiwal Not Two But Twenty Marka Winiarskiego odbył się w 2018 roku we Wlenie w Polsce. To był jeden z bardzo wyjątkowych koncertów. Wielu wspaniałych muzyków i przyjaciół razem przez kilka dni gra i świętuje wytwórnię Marka Not Two. Mieliśmy to zrobić ponownie w tym roku, ale pandemia uniemożliwiła to, ale jestem pewien, że to się da powtórzyć.

Mikołaj Trzaska to zdecydowanie jeden z moich przyjaciół, których znam już od jakiegoś czasu, może od 2007 roku i bardzo lubię jego towarzystwo i poczucie humoru. Tak bardzo inteligentny, jeśli chodzi o wiele rzeczy, jego muzykę i granie z nim, to jest poza listami przebojów! Wspaniały muzyk i człowiek oraz jego wspaniała żona Ola i ich dwójka dzieci, wyjątkowi ludzie. Również część mojej rodziny przyjechała do Stanów Zjednoczonych z Galicji na początku XX wieku, więc kraj ten zajmuje szczególne miejsce w moim sercu.

Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?

SS: Obecnie przeważnie ćwiczę oraz piszę muzykę i poezję. Niedawno skończyłem utwór na dziesięć puzonów i pracuję nad innymi utworami. Piszę nową muzykę dla mojego zespołu Kende Dreams oraz słucham i miksuję kilka starych nagrań, które zostaną wkrótce wydane. Mam nadzieję, że zorganizuję też sprawy na pewien czas, kiedy przestaną obowiązywać blokady i ograniczenia w podróżowaniu. Mam wstępne trasy koncertowe na wiosnę i jesień 2021 roku. Mam wielką nadzieję, że wszystko wróci do normy i będziemy mogli znowu razem grać lub słuchać muzyki. Wszyscy będziemy silniejsi i mądrzejsi po tym dziwnym i skomplikowanym okresie.

Poza tym, żeby nie zarazić się Covid-19, załóż maskę!!!