Myra Melford: Nikt nie nauczy cię jak być sobą

Autor: 
Marta Jundziłł
Autor zdjęcia: 
Bryan Murray (from the Myra Melford's official website)

Pasja, poczucie humoru i pozytywna energia. Wszystkie te emocje kryją się w każdym zdaniu amerykańskiej pianistki Myry Melford. W  krótkiej rozmowie, opowiedziała mi o swoim podejściu do improwizacji, kobietach na jazzowej scenie, a także o muzyce która ją inspiruje.

Twoja ostatnia płyta “Stormy Whispers” była nagrywana podczas Festiwalu Ad Libitum. Motto tamtej edycji to “Women Alarm!”.  Kobiet na scenie jazzowej jest więcej, choć moim zdaniem nadal za mało. Czy uważasz że coś się zmieniło w tym aspekcie w ostatnich latach?

MM: Bardzo podobał mi się tytuł festiwalu “Women Alarm!”. Przez te 30 lat, kiedy wykonuję muzykę niektóre rzeczy się zmieniły – widzę więcej młodych kobiet, które pojawiają się na scenie zdobywają uznanie i wiele okazji do grania. ALE! Nadal nie jest tak, jak powinno być! Dlatego też edycje festiwali, takie jak Ad Libitum Women Alarm!  są takie ważne. Musimy zachęcać młode kobiety i dziewczyny  - aby wiedziały, że są potrzebne i mile widziane w muzyce improwizowanej.

Czy doświadczyłaś kiedyś jakiejś nieprzyjemnej sytuacji z powodu swojej płci w kontekście grania muzycki?

MM: W sumie, jestem bardzo szczęśliwa, że udało mi się sprawić, że to muzyka jest moim zawodem i życiem. Ale to również zasługa poparcia, wspierania i opieki wielu innych muzyków – zarówno kobiet jak i mężczyzn. Odpowiadając na Twoje pytanie - tak, spotkałam się z uprzedzeniem, często nieświadomie stosowanym wobec kobiet w muzyce – ktoś patrzy na to jak wyglądasz, jeszcze zanim zaczynasz grać.  

 

 

Formuła “Stormy Whispers” jest bardzo podobna do Twojego tria z Joëlle Léandre i Nicole Mitchell. Jaka jest różnica pomiędzy graniem z improwizującym wokalistą i instrumentalistą?

MM: To było moje pierwsze spotkanie z Lauren Newton i naprawdę bardzo mi się podobało! Zawsze, gdy spotykasz kogoś nowego musisz uważnie słuchać i poczuć jego energię. Trzeba nauczyć się w jaki sposób dana osoba chce coś wyrazić i jak można najlepiej to uzupełnić i współgrać z tym kierunkiem. Raczej nie myślę o różnicach pomiędzy instrumentalistami i wokalistami.  Nie myślę o tym, kim jesteśmy jako indywidualni muzycy, na scenie nie spotykamy się po to by wyrażać kto z nas jest kim jako osobna jednostka.

A jak oceniasz swoją współpracę z Joëlle Léandre?

MM: Po raz pierwszy spotkałam i zagrałam z nią w Oakland, w Californii w roku 2004. Właśnie przeprowadziłam się do Californii z Nowego Yorku, aby uczyć na Uniwerystecie California w Berkeley, a Joëlle uczyła wtedy w Mills College. Pokochałam jej energię, pasję, poczucie humoru i piękną grę od pierwszej chwili, gdy ją usłyszałam.  Występowałyśmy razem kilka razy I w jej grze było coś  tak bardzo naturalnego, że poczułam pokrewieństwo. Obecnie gramy razem znacznie częściej w naszym trio z Nicole Mitchell i do tej pory że nadal uczę się od niej bardzo wiele. Jest mistrzynią kontrabasu i improwizacji.

Twoja muzyka także opiera się na improwizacji. Opowiedz jak kompozycja zmienia się w improwizacje w Twojej muzyce.

MM: Tak naprawdę improwizacja to kompozycja – jedyna różnica to fakt, że tworzysz ją w trakcie grania, a nie przed występem. To jest ten nieznany elementy, który tak bardzo uwielbiam. Nie wiesz w którą stronę pójdzie dany utwór, dopóki go nie zagrasz. Musisz być ciągle czujny, słuchać i odpowiadać  na 100 procent. 

 

 

W jaki sposób pandemia COVID-19 i obecna sytuacja w Stanach wpłynęła na Twoje muzyczne życie?

MM: Oczywiście, moje życie – jak wszystkich – uległo wielu zmianom. Zazwyczaj bardzo dużo podróżuję i występuję z innymi ludźmi i dla innych ludzi. Obecnie, siedzę w domu, w Berkeley i gram solowe rzeczy. Staram się wykorzystywać ten czas najlepiej jak potrafię. Dużo ćwiczę i komponuję, choć muszę przyznać, że bardzo brakuje mi pierwiastka ludzkiego podczas wykonywania muzyki. Komunikacja i więź zarówno z muzykami, jak i publicznością jest dla mnie jak pożywienie.

Jesteś znana także jako świetny nauczyciel. Jaki jest najczęstszy problem młodych muzyków? Zauważyłaś jakiś dominujący kierunek w ich postrzeganiu i podejściu do muzyki?

MM:  Tak, jak wspominałam wcześniej jestem profesorem na UC Berkeley (nie mylcie tego proszę z Berklee College of Music w Bostonie). Myślę, że cel jest taki sam dla wszystkich – odkryć i doskonalić swój wewnętrzny, osobisty głos. Jeśli jesteś młodym muzykiem musisz nauczyć się jak ten instrument działa, a także w jaki sposób inni przed Tobą na nim grali, jak go używali by wyrazić siebie. Ale ostatecznie, wszyscy musimy znaleźć naszą własną  drogę – nikt nie nauczyć cię jak być sobą. Ale możesz znaleźć takich nauczycieli, którzy zachęci cię i poprowadzi w oparciu o własne doświadczenia.

Ostatnio w sieciach społecznościowych bardzo popularne było dzielenie się 10 albumami, które znacząco wpłynęły na nasz rozwój muzyczny. Czy mogłabyś napisać o takich albumach w Twoim przypadku?

MM:  Brałam udział w tym wyzwaniu na Facebooku, podczas pandemii. To pokazuje pewien obraz jak różna muzyka inspirowała i miała wpływ podczas mojego życia. Oto albumy, które wybrałam:

  1. Cecil Taylor – Air Above Mountains
  2. Otis Spann – Walking the Blues and Otis Spann is the Blues
  3. Witold Lutoslawski -  Concerto for Piano and Orchestra 
  4. James P. Johnson – Carolina Shout and The Original James P. Johnson
  5. Ornette Coleman – This is Our Music and the Town Hall Concert
  6. Aretha Franklin – I Never Loved a Man the Way I Love You and Lady Soul
  7. Art Ensemble of Chicago – Full Force and Nice Guys
  8. Kishori Amonkar – Ragas Shuddh Kalyan and Suha
  9. Oumou Sangare – Oumou and Woratan
  10. The Beatles – Rubber Soul and the White Album

Wiem też, że interesujesz się kulturą wschodu i rozwojem duchowym. Czy ma to jakiś związek  z Twoją muzyką?

MM: Ćwiczę jogę i medytuję. To pomaga mi być obecną tu i teraz – a tak naprawdę, o to właśnie chodzi w muzyce improwizowanej.