Warsaw Summer Jazz Days 2012: Artyści 13 lipca

Autor: 
Anna Początek, Kajetan Prochyra
Autor zdjęcia: 
Rafał Pawłowski, Paweł Owczarczyk

Może nie najbardziej liczna, ale chyba najwierniejsza grupa fanów Warsaw Summer Jazz Days na dni takie jak ten czeka najbardziej - żeby nie powiedzieć: cały rok. Podczas ubiegłorocznego festiwalu świętem muzyki był koncert Nublu Orchestra. W tym roku byli to “artyści 13 lipca”: Matana Roberts, kwartet School for Improvisational Music (Ralph Alessi, Matt Mitchell, Mark Helias, Jim Black) oraz These Arches (Mary Halvorson, Andrea Parkins, Tim Berne, Tony Malaby pod wodzą Chesa Smitha). Takich koncertów nie da się przewidzieć i właściwie nie da się ich również opowiedzieć - odciskają jednak one na słuchaczu piętno: poszerzają granice jego wrażliwości, percepcji czy wyobrażenia o tym, czym jest muzyka, improwizacja, gra w zespole, czy, kolokwialnie mówiąc: jazz.

Wieczór otworzył solowy koncert Matany Roberts. Ta pochodząca z Chicago saksofonistka wydała w zeszłym roku jedną z najbardziej intrygujących płyt, jaka trafiła do naszych rąk. W naszym rocznym podsumowaniu jej album “Coin Coin Chapter One: Gens du Coleur Libres” znalazł się na drugim miejscu w kategorii płyty roku. Organizatorzy festiwalu próbowali ściągnąć do Warszawy ten projekt w pełnym składzie - to jednak okazało się niemożliwe. Matana miała więc przyjechać ze swoim brytyjskim kwartetem jednak i to nie doszło do skutku. Roberts pojawiła się więc na Warsaw Summer solo. Nie była to dla artystki nowa sytuacja - od kilku lat realizuje ona samotny projekt, nagrywając sesję field recordings w opuszczonych budynkach przemysłowych. Grywa też solo w klubach. Taka forma występu na tak dużym festiwalu zdarza się jednak nieczęsto.

Artystka w długiej, ciemnozielonej, spódnicy, skórzanych glanach pod kolana oraz koszulce z wizerunkiem Muhammada Alego wyszła chyba nieco stremowana. Koncert solowy na saksofonie to nie jest prosta sprawa - powiedziała w pewnym momencie ze sceny. I choć od jej występu nie zatrzęsła się ziemia, chyba mało kto przeszedł obok jej gry obojętnie. Roberts nie wspomagała swojego brzmienia elektroniką, nie uciekała się też nawet do formalnych chwytów - efektownego oddechu permanentnego czy łatwopalnego materiału freejazzowego uniesienia.
Matana grała swoim, rozpoznawanym brzmieniem. Budowała formy, struktury, emocje i przestrzenie. Pod koniec koncertu pojawiło się nawet nawiązanie do jednej z kompozycji z płyty “Coin Coin...”. Bez wątpienia jest to artystka, a może nawet Artystka, która we współczesnej muzyce ma bardzo wiele do powiedzenia - zarówno jako kompozytorka, jak i instrumentalistka. Obiecała, że wróci do Polski i przywiezie ze sobą zespół. Wtedy może ziemia zatrzęsie się tak, jak podczas słuchania jej albumów.
Choć po koncercie, wśród publiczności oceny jej występu były podzielone. Wiem, że udało się jej zaintrygować m.in. obecnego na widowni Tomasza Stańko.
Ja - Kajetan Prochyra - byłem szczęśliwy - w bardzo dosłownym znaczeniu tego słowa - że Matana Roberts jednak do Warszawy dojechała. 

Kajetan Prochyra

Drugi koncert tego wieczoru dał kwartet Ralpha Alessiego z sekcją: Mark Helias (kontrabas), Jim Black (perkusja) i pianistą Mattem Mitchellem. Zespół przedstawił nam szerokie spectrum odcieni jazzu, jako że muzycy wszechstronnie wykształceni, mający wieloletnie doświadczenie na scenach amerykańskich i, co tutaj istotne, europejskich. Są improwizatorami free niejako drugiego pokolenia: wykorzystują zdobycze dawnych rewolucji w jazzie do tworzenia przemyślanych kompozycji, złożonych z niezliczonej ilości drobnych elementów, pobranych z wielu ukonstytuowanych gatunków muzycznych. Ich gra nie jest gorącym flow, żywiołowym i nieposkromionym, nie jest roots - rozumianym w odniesieniu do amerykańskiego jazzu lat 50., 60., 70.  Utwory, które usłyszeliśmy, opierają się nie na duchu, ale na koncepcji - ci muzycy raczej panują nad muzyką niż się jej poddają.

Koncert miał dwie części: podzielone interpretacją „Epistrophy" Theloniousa Monka. W pierwszej zespół zaprezentował kompozycje o zabarwieniu europejskiego jazzu progresywnego,  delikatnie rozwijane, wycyzelowane, gdzieniegdzie podkreślane nagłymi wtrąceniami poszczególnych instrumentów. Był w nich zaplanowany czas na delektowanie się kunsztem Alessiego, ale uczta brzmieniowa i wielobarwność improwizacji była  dziełem wszystkich muzyków (mnie szczególnie urzekł widok Jima Blacka przy pracy - niezapomniane przeżycie).

Po intelektualnej kontemplacji nadszedł czas na niespodziankę, czyli wspomnianego Monka. W nim najbardziej było słychać, na czym polega specyfika gry tych wyedukowanych artystów - do swojej koncepcyjnej zabawy wybrali utwór króla melodii. Z chirurgiczną wręcz precyzją poprzesuwali wybrane elementy - tak jakby przesuwali klisze drukarskie - co dało efekt rozmycia brzmień, a jednocześnie delikatnie deformowało harmonię, nie zakłócając przy tym piękna melodii i genialnej jej prostoty. Czapki z głów za wniesienie do Monka nowej wartości, niewielu to potrafi.

W drugiej połowie było bardziej amerykańsko, chociaż cały czas była to muzyka podszyta nie groove'em, ale myślą. Zespół początkowo przyspieszył, pojawiły się ogniste solówki, ale znalazło się też miejsce na balladę. Koncert zamknęła kompozycja niemal rockowa, co było zwińczeniem tego pięknie zróżnicowanego występu.

Jako ostatnia wystąpiła formacja These Archers pod przewodnictwem perkusisty Chesa Smitha: Tim Berne (alt), Tony Malaby (tenor), Mary Halvorson (gitara elektryczna) i Andrea Parkins (preparowany akordeon). Ten band z kolei tworzą artyści będący w równym stopniu improwizatorami i kompozytorami. Każdy z tych muzyków stworzył już własny język oraz określił własne sposoby na zmaganie się z formą. W tym wypadku postanowili poddać się pomysłom młodego Chesa, którego idea kompozycyjna była następująca: pochody saksofonowe zderzały się z burzą brzmieniową akordeonu i gitary, całość zaś oparta na szkielecie perkusji.

Zespół gra regularnie w tym składzie od trzech lat i dopracowanie tych utworów było słychać: można było bez wysiłku podążać za myślą kompozytorską albo wyłączyć umysł i płynąć z falą niesamowitych i zaskakujących zestawieniami brzmień. Słuchacze mogli mieć skojarzenia z klimatem soundów z Knitting Factory, ale muzyka Smitha jest o wiele bardziej kontrolowana.

Zaprezentowana prosta formuła kompozycyjna nie była jednak tak efektownie atrakcyjna, jak było w przypadku poprzedniego koncertu. Spowodowało to pewne znużenie powtarzalnością schematów i wywołał burzę wśród słuchaczy po koncercie: tak odmiennych zdań wielu osób nie słyszałam dawno. Mnie brakowało trochę szerszego wykorzystania improwizacji Halvorson i Parkins, których wyobraźnia i sposoby gry  - z szacunkiem dla Berne'a i Malaby'ego - zaskakują zawsze. Ściąganie ich lejcami pomysłów Chesa w moim odczuciu jest ograniczające. Z tego, co mówiły  artystyki już po koncercie, wynika trochę, że formuła Smitha jest rozwijająca z ich, muzyków, perspektywy. Ten koncert nie pokazał, niestety, że mogłaby być tak samo interesująca dla słuchaczy. Osobiście bardzo się cieszę, że usłyszałam na żywo te genialne artystki, myślę, że admiratorzy Berne'a i Malaby'ego są również ukontentowani. O Chesie mogę powiedzieć tylko tyle, że chciałabym go usłyszeć jego za rok, żeby zobaczyć, w jakim kierunku będzie się rozwijać jego koncepcja kompozytorska. Na razie jest zbyt świeża w porównaniu choćby do dokonań kompozytorskich pozostałych członków zespołu. Mimo tych zastrzeżeń słuchałam jak zaczarowana: moc improwzacji i kopalnia brzmień dały mnóstwo zwyczajnej frajdy.

Anna Początek