Sama nadzieja nic za nas nie zrobi! - wywiad z Przemysławem Chmielem, saksofonistą debiutującym na rynku albumem Witchcraft

Autor: 
Maciej Karłowski
Autor zdjęcia: 
Andrzej Woźniakowski

Kim jest Przemysław Chmiel?

Właśnie przychodzą mi do głowy różne odpowiedzi na to pytanie i zastanawiam się która z nich byłaby najbliższa prawdy. Może nie ma najlepszej odpowiedzi i po prostu powinienem powiedzieć wszystko o czym pomyślałem? Bo krótka odpowiedź rodem z notki biograficznej wydaje się aż nie na miejscu na tak poważne pytanie.

Jakoś jednak dobrze byłoby się przedstawić. Z tego co widzę nie masz strony internetowej, w facebookowym profilu informacji nie jest za wiele.

Myślę, że informacje na stronie są tym, co chyba niezbędne słuchaczowi: jestem improwizującym saksofonistą. W notkach biograficznych jest jeszcze mowa o szkole, uczelni, konkursach. I chyba najważniejsza informacja, którą chciałbym się przedstawić, czyli trzy płyty, w nagraniu których wziąłem udział. Myślę, że na ten moment to wystarczające informacje, po przeczytaniu których można przejść do słuchania muzyki. Zapewne fajnie byłoby, gdybym napisał coś ,,chwytliwego": o poszukiwaniu brzmienia innego niż wszyscy, o tworzeniu muzyki nowatorskiej i innej niż wszyscy. Ale za dużo razy czytałem coś takiego, żeby taka forma prezentacji mnie zadowalała. Uznałem, że póki nie wymyślę niczego, co do mnie ,,przemówi" jako opis mojej osoby, to lepiej zostawić same najistotniejsze informacje.


Szkoła uczelnia konkursy, płyty. Podobno studiowałeś nie tylko muzykę?

Taaak, przed studiami na Akademii w Katowicach, uczyłem się na Wydziale Jazzu na ,,bednarskiej" w Warszawie, a równolegle studiowałem socjologię na Uniwersytecie Warszawskim.

Czyżbyś porzucił socjologię?

Dostawszy się na ,,bednarską" grałem na saksofonie dziesięć miesięcy i musiałem bardzo dużo nadrabiać. Podstawowe zagadnienia gry na instrumencie sprawiały mi trudność, a przecież na moim roku byli ludzie, którzy mieli za sobą kilka czy kilkanaście lat klasycznej edukacji na swoich instrumentach. Czułem przepaść między nami, a chciałem jak najszybciej móc z nimi grać, chciałem czerpać z wiedzy, która wymagała jednak bycia w innym miejscu, niż zastanawianie się nad podstawami artykulacji, czy budową gam. Bardzo frustrowały mnie wtedy moje braki na instrumencie, a z drugiej strony studia socjologiczne - szczególnie od drugiego roku, gdy się w nie ,,wkręciłem" - zacząłem traktować bardzo poważnie. Zależało mi na tym, aby na każde zajęcia być przygotowanym, aby przeczytać czasami naprawdę trudne teksty naukowe po angielsku po to, żeby móc brać udział w arcyciekawych dyskusjach z ludźmi z mojego roku. Miałem więc poczucie, że nie dam rady robić dwóch rzeczy na sto procent i że muszę coś wybrać. Wybrałem saksofony - bo bardzo wcześnie był to i tenor, i sopran. Studia socjologiczne wspominam naprawdę świetnie i do dzisiaj każdemu polecam takie doświadczenie. Przed wakacjami koleżanka studiująca muzykę zapytała mnie co sądzę o jej pomyśle zdawania na studia filozoficzne. Bez wahania odpowiedziałem jej, żeby zdawała.

Także doprecyzowałbym odpowiedź na Twoje pytanie w ten sposób: porzuciłem zajmowanie się socjologią ,,na serio". Ilekroć jednak czytam jakiś tekst, w którym widzę pewne socjologiczne określenia, czy pojęcia, nie ukrywam że uśmiecham się pod nosem.

Podejrzewam, że znakomita większość ludzi złapała się za głowę czytając, że poleciłbyś komuś studia filozoficzne. Przecież po tym nie ma się żadnego przydatnego zawodu. Po co komu filozofia?

Poznałem dotychczas dwa podejścia do studiowania w ogóle. Pierwsze jest takie, że studia mają być użyteczne, mają dać Ci zawód. Drugie jest takie, że studia są po to, żebyś się rozwinął, żebyś - mówiąc kolokwialnie - został zmuszony do porządnego ruszania mózgiem.  Ja wierzę w tę drugą wizję. Moje studia socjologiczną są zapewne ,,wypadkiem przy pracy" w moim CV! Możliwe że dla ewentualnego pracodawcy fakt, że lata temu studiowałem takie niewiadomo-co i jeszcze nie mam w tej dziedzinie żadnego doświadczenia zawodowego, jest czymś totalnie nieistotnym. Ale z drugiej strony być może to jak mówię, jak dyskutuję, jak współpracuję z ludźmi, będzie mu się podobało. A to właśnie jest w jakimś stopniu efektem moich studiów. Słyszałem takie określenie, jak ,,miękkie kompetencje" i jestem przekonany, że tego typu studia takie właśnie moce człowiekowi dają. Z drugiej strony - w kontekście przydatnego zawodu - mamy dzisiaj do czynienia z inflacją wyższego wykształcenia i prawie każdy takowe dzisiaj ma. W pracy, którą wykonywałem kilka miesięcy temu, poznałem chłopaków którzy od razu po technikum (czy liceum) poszli do pracy. W pierwszej chwili niemalże oburzyłem się ,,Ale jak to?! A studia?", a sekundę potem sam się z tej reakcji śmiałem. Oni radzili sobie świetnie i kiedy cała masa ich rówieśników była niezdecydowanymi studentami różnych kierunków - często na utrzymaniu rodziców - ci koledzy byli niezależni finansowo, budowali swoje doświadczenie zawodowe, wiedzieli czego chcą od życia. Sporo myślałem sobie wtedy o tym, że myślenie ,,studia, po których jest praca" jest może nieaktualne... Nie wiem. Mam chyba za małą wiedzę na takie tezy. Ale sam rozumiesz, że skoro w mojej głowie kwestia studiów oderwała się od kwestii gwarantowanej drogi zawodowej i kariery, to myślę że równie dobrze można iść na studia po prostu dla rozwoju i poszerzania swoich horyzontów.


 

Jasne, że tak, choć poszerzanie horyzontów dla nazbyt wielu ludzi wydaje się zajęciem dziwacznym i także do niczego nie potrzebnym. Zostawmy to jednak. Opowiedz proszę, w jaki sposób edukacja muzyczna poszerzyła Twoje horyzonty? Czego naprawdę ważnego dowiedziałeś się w jej toku? 

Co do samej nauki muzyki wydaje mi się, że okres na bednarskiej pomógł mi zrozumieć jakie brzmienie instrumentu mi się podoba, jakie brzmienie saksofonu uważam za piękne, a jakie jest dla mnie szkaradne. Był to więc okres kreowania mojego poczucia estetyki. Jako osoba która była i wciąż jest zainteresowana jakościowym i uczciwym wykonywaniem mainstreamowego jazzu, czuję że edukacja muzyczna poszerzyła moje narzędzia tym wycinku materii muzycznej. Oczywiście - cała mądrość jest w nagraniach i uczenie się z nich na przykład języka jest najważniejsze - z drugiej jednak strony nauczyciel jest w tym procesie kimś, kto może przyspieszyć Twoje postępy, kimś, kto wytknie Ci błędy, których sam mógłbyś tak szybko nie wyłapać. Bardzo ciekawe było też dla mnie słuchanie uwag nauczycieli do muzyków grających na innych instrumentach. Myślę więc, że osobie zainteresowanej graniem jazzu, studia na polskiej uczelni bardzo pomogą rozwinąć się w tej kwestii. Ja czuję, że cała ta edukacja w tym wymiarze rzeczywiście mi pomogła. Myślę, że najważniejszą zaletą edukacji muzycznej jako sytuacji pójścia na studia, jest jednak wejście w środowisko muzyków. Oczywiście nie w kontekście ,,dżobów i gigów" tylko po prostu jako możliwość poznania ludzi, którzy są wrażliwi na muzykę i nie jest im ona obojętna. Choć oczywiście edukacja muzyczna nie jest do takiego spotkania niezbędna - i o tym też uczciwie należy wspomnieć. Ja miałem to szczęście spotkać kilka osób - zarówno pedagogów/wykładowców jak i koleżanek/kolegów muzyków, którzy wpłynęli na moje postrzeganie muzyki i pomogli mi zainteresować się rzeczami, których nie dostrzegałem.

Jakie zatem brzmienie saksofonu uważasz za piękne a jakie za szkaradne?

Ha! I w tym momencie powinienem wyciągnąć dobry sprzęt audio i po prostu puścić Ci kilka nagrań. Jeśli jednak muszę ubrać to w słowa: nie ma dla mnie jednego brzmienia, które jest piękne. Na szczęście mieliśmy w historii muzyki kilku naprawdę pięknie brzmiących saksofonistów . Ale jeśli miałbym kogoś wskazać to oczywiście będzie to Coltrane. Brzmienie poruszające w balladach, tajemnicze i transowe w utworach modalnych, w bardziej awangardowych utworach szorstkie, surowe, nawet brutalne. Dla mnie to chyba najlepszy przykład pięknego brzmienia, czyli brzmienia które może tak wiele emocji, odczuć, kolorów wyrazić. Aha - i oczywiście Dave Liebman na sopranie. Liebmana słyszałem na żywo. Coś pięknego.

Co do szkaradnych brzmień: nie jestem fanem rozrywkowego brzmienia saksofonu. Wielu saksofonistów tego typu brzmi ostro, płasko. Masz wrażenie że instrument w ich dłoniach wziął swoje brzmienie od kosiarki lub kozy. Ale nie ma co generalizować. Drażni mnie też rozrywkowy manieryzm - przednutki i podciąganie dźwięków. Nie muszę pisać oczywiście o tym, że jak ktoś fałszuje to też ciężko odnaleźć mi w tym piękno. 

Rozrywkowe brzmienie saksofonu. Chyba powinny się pojawić w tym miejscu jakieś nazwiska. Ku przestrodze czytelników.

Hahaha nie ma mowy! Nie namówisz mnie na to!

Ah czyli zaczyna się polityczna poprawność.

Publiczne negatywne wypowiedzi jednego muzyka na temat innego to jak dla mnie zbędna sytuacja. Czuję jednak jakiś rodzaj solidarności z muzykami. Nawet jeśli ktoś gra na instrumencie w sposób który mi się nie podoba, mam do niego szacunek i myślę, że tego typu krytyka nic nie poprawia i nie zmienia. Natomiast jeśli ktoś z szanownych czytelników podejdzie do mnie po którymś z koncertów, to w prywatnej rozmowie mogę powiedzieć na ten temat coś więcej.

Aaa czyli poprawność polityczna i trochę bojaźń?  Ale dobrze zostawmy to i poudawajmy trochę, że wszystko jest wartościowe i jeśli już coś mówimy to tylko pochlebnie. Opowiedz zatem coś pochlebnego o np. Jerrym Bergonzim, Chrisie Potterze, Kennym Garrecie ostatnich 10 lat i o ich muzycznej propozycji?

To jest taka kwestia, w której należy być gentelmanem i ,,trzymać fason". Jaki sens ma publiczne ocenianie starszych kolegów po fachu? Co to da, że publicznie powiem coś negatywnego na temat Garretta? Ja nie twierdzę, że wszystko jest wartościowe. Twierdzę nawet, że mało jest rzeczy wartościowych. I dla zaangażowanego słuchacza wielu muzyków od lat nie ma ciekawej propozycji artystycznej. Paradoksalnie im bardziej znany jesteś, tym jakby mniej publicznie dostrzegano Twoją wtórność, brak rozwoju, autoplagiatową muzykę. Ale o ile chętnie porozmawiam o zjawisku, o tyle zupełnie niechętnie będę się bawił w ostracyzm i stemplowanie poszczególnych artystów. Ja chciałbym być muzykiem, zajmować się graniem i wykonywaniem muzyki. Przestrzeń publiczna nie jest dla mnie miejscem, w którym jeden muzyk ma negatywnie mówić o innych muzykach. Nie wiem nawet, czy kiedykolwiek coś takiego widziałem, ale nie jest to  potrzebne. Krytykę - w przestrzeni publicznej - zostawmy ,,krytykom". Natomiast powtórzę: jeśli kochani czytelnicy spotkają mnie prywatnie po koncercie, chętnie porozmawiam na te tematy.


 

Właśnie do wypowiedzi na temat zjawiska chciałem Cię nakłonić. Nazwiska były jedynie pretekstem. Zatem opowiedz proszę o zjawisku.

Abstrahując od tych konkretnych trzech nazwisk które wymieniłeś to myślę, że żyjemy w świecie nie tylko haseł, ale i bałwochwalstwa w muzyce. Jako młody muzyk widzę jak duże znaczenie - w zalewie muzyków - ma to, żeby jakoś się wyróżnić. Problem polega na tym, że to wyróżnianie się często przybiera postać niezgodnych z prawdą haseł. Czasami słyszę o tym, że ktoś chce robić ,,coś innego", że ma ,,nowatorską" propozycję, a potem słucham płyty i słyszę że ktoś do akustycznego jazzu dołączył groove'owego perkusistę i elektroniczne instrumenty klawiszowe. I super, tylko gdzie ta nowość? Bo w jazzie znamy takie pomysły od kilkudziesięciu lat. Akustyczne granie z odrobiną free improvised? Ekstra, ale gdzie tutaj coś nowego? Myślę po prostu, że muzycy powinni brać odpowiedzialność za takie słowa i być z tych słów przez dziennikarzy i fanów rozliczani. Ja nigdzie nie mówiłem o swojej płycie, że jest nowatorska, czy wyznacza nową jakość. Powiedziałem, że jest garścią naszych inspiracji, które przefiltrowaliśmy przez naszą wrażliwość i zagraliśmy tak, jak czuliśmy. To chyba uczciwe postawienie sprawy. Na szczęście czuję, że spora część muzyków nie bawi się w to zaklinanie rzeczywistości i nie dorabia takiej ideologii.

Bałwochwalstwem natomiast jest sytuacja, w której uznajemy że coś jest dobre tylko dlatego, że zrobił to uznany muzyk, albo pojawiło się to w uznanej wytwórni. Nie chodzi mi tu teraz o to, żeby jak młody buntownik wszystko negować i cieszyć się z ,,obalania pomników", po prostu byłoby super gdyby słuchacz nie czytał w recenzji, że zespół X nagrał wybitną płytę, gdy płyta nie jest wybitna i brzmi prawie tak samo, jak kilka ostatnich albumów tego wykonawcy.

Z drugiej jednak strony można zupełnie zasadnie stawiać pytania o to, czy w świecie pełnym internetowego hate'u i negatywnych informacji zalewających człowieka od rana do wieczora, konieczne jest siłowe ,,dowalanie" komuś. Ostatecznie muzyk ma być szczęśliwy z tym co robi, a słuchacz ma prawo uznać że dana płyta jest świetna i może być nią zachwycony. O to właściwie chodzi. Myślę jednak, że warto czasami zastanowić się nad wagą pewnych opinii. Bo - tak jak kiedyś rozmawialiśmy - skoro świetna płyta Wayne'a Shortera ma pięć gwiazdek, a przeciętna płyta kogoś-tam innego też ma pięć - to ile warte są takie gwiazdki?

Czyli postulujesz refleksję. Zdajesz sobie sprawę, że postulujesz coś niemal nieosiągalnego?

Nie wiem, czy to jest osiągalne, czy nie, bo nie mam danych na podstawie których mógłbym się z taką tezą zgodzić lub nie. Wiem na pewno że ja sam staram się być krytyczny w stosunku do tego co robię i chciałbym przede wszystkim pozostać krytyczny. Byłoby super, gdybym za kilkanaście lat mógł sobie powiedzieć: ,,stary, nagrałeś kilka fajnych płyt, możesz być z nich dumny". Wydaje mi się, że nie osiągnę tego celu bez stawiania sobie pytań o to, co robię, bez niezadowolenia towarzyszącego mi po przesłuchaniu swojego koncertu, bez pokornego podejścia do warsztatu, bez słuchania coraz to nowych płyt - nawet jeśli nie zawsze mi się podobają. Myślę, że bycie muzykiem to swoiste balansowanie między pewnością tego co robisz, a wątpieniem w to. Refleksja jest więc niezbędna.

Ile miałeś lat gdy zacząłeś grać na saksofonie?

Miałem 19 lat. A wcześniej przez trzy lata grałem na gitarze muzykę bluesową, rockową i funkową.

Żałujesz, że wcześniej nie pojawiło się saksofonowe powołanie?

Żałuję. Myślę, że te pierwsze lata na bednarskiej zamiast spędzić na frustracji i szaleńczym nadrabianiu niedających się prędko nadrobić zaległości, mógłbym spędzić na działaniach artystycznych. A ja dopiero na studiach mogłem przestać skupiać się tylko na warsztacie i (oprócz dalszego ćwiczenia) zastanowić się nad tym, po co mi te umiejętności są. Nie ukrywam że późny początek sprawił, że przez długi czas po prostu ćwiczyłem i chciałem być sprawnym saksofonistą. Przede wszystkim po to, żeby grać ten właśnie jazz, który tak bardzo mnie fascynował! Gdy, jako gitarzysta jeszcze, usłyszałem tę muzykę, byłem nią szalenie zaintrygowany! Chęć wejścia w ten świat dźwięków była moją motywacją podczas okresu nauki na ,,bednarskiej". Dopiero potem zaczęły się pytania o to, jaki jest cel tego wszystkiego. Przy okazji pojawiła się perspektywa utrzymywania się z muzyki - muzyki jako profesji - co było tak niewyobrażalne (pamiętając te moje późne początki), że aż niemalże od razu stało się czymś wymarzonym.

Myślę, że szczególnie dzisiaj te poważne pytania stawiam sobie nie tylko ja, ale wybrzmiewają one w głowach - tak myślę - sporej części muzyków. Jeśli drogi czytelniku czytasz tę rozmowę po kilku miesiącach lub latach od jej ukazania się to wiedz, że jest koniec października 2020 roku i od wielu miesięcy, ze względu na pandemię, branża muzyczna umiera. To jest czas, w którym wielu zadaje sobie pytanie o sens bycia muzykiem i chyba nikogo to nie dziwi.


 

Ty zadałeś sobie to pytanie. Masz już jakąś odpowiedź?

Ja nie wiem, czy ta odpowiedź nie jest jakimś ewoluującym co jakiś czas tworem. Na dzień dzisiejszy myślę, że to trochę jak z tymi studiami które nie dają pracy, ale rozwijają i stawiają wyzwania, prowokują. Może tak samo jest z byciem muzykiem improwizującym w tym momencie. Mówiąc żartobliwie: ,,pracy z tego nie będzie, ale co zagram, co stworzę, to moje". Żarty żartami, ale sytuacja finansowa muzyków jest teraz słaba. Mnie na pewno cały czas ogromnie satysfakcjonuje odkrywanie kolejnych tajemnic saksofonów, nierówna walka z klarnetem basowym, którą toczę od miesiąca. Cały czas daje mi radość rozwijanie się i szukanie jakichś form ekspresji. Cały czas intryguje mnie muzyka, a od jakiegoś czasu jako słuchacz staram się wychodzić poza moją strefę komfortu i to też mnie ciekawi i tworzy okazje do refleksji. Z drugiej jednak strony chciałbym stanąć przed publicznością i - na swoje możliwości - tą moją muzyczną energią się podzielić.

To co dzieje się od kilku miesięcy odebrało muzykom możliwość pracy, a całej tzw. branży nie tyle podcięło skrzydła co je urwało. Masz jakieś wsparcie? Czujesz się wspierany w tej sytuacji?

Na pojedyncze wsparcie można było liczyć z jakiegoś funduszu i choć to też jest super, to w żadnym wypadku nie odpowiedziało to na potrzeby muzyków. ,,Kultura w sieci" nie objęła także studentów. Co do wsparcia dla studentów: rząd zmienił też dwa lata temu prawo dotyczące stypendiów na uczelniach, dlatego też - przez to że studiowałem socjologię na UW - nie mogę na uczelni muzycznej (od jakiegoś czasu) starać się o jakiekolwiek stypendia, w tym nawet ,,stypendium ministra". Myślę, że ta zmiana prawa nie była dobra i warto o tym powiedzieć, bo dzisiaj jest to wyjątkowo odczuwalne. Jako muzyk generalnie nie czuję się wspierany, chociaż tak naprawdę mało która branża jest dzisiaj mocno wspierana - takie przynajmniej odniosłem wrażenie. Oczywiście mówię tu o wsparciu ze strony instytucji państwowych, bo myślę, że na szczęście rodziny wspierają swoich muzyków.

Co zatem pozostało muzykom, takim jak Ty, którzy dopiero wchodzą na jazzową scenę?

Upór? Chciałem powiedzieć ,,nadzieja", ale nadzieja nic za nas nie zrobi.

Wcześniej zagrałeś na dwóch płytach, które miały niezłą prasę i zostały dostrzeżone na rynku. Mam na myśli albumy Natalii Kordiak i Sabiny Meck. To ważne punkty w Twoim muzycznym dossier. Zadebiutowałeś także na rynku płytowym jako lider. Opowiedz o albumie Witchcraft.

Album Witchcraft to podsumowanie moich działań kompozytorsko-improwizatorskich wraz ze świetnymi towarzyszami broni. Od kilkunastu miesięcy czułem potrzebę wyrażenia się, wyjścia do ludzi z moją wizją muzyki, a cały czas pracowałem z zespołem nad moimi kompozycjami, byliśmy nawet na jakimś konkursie. Czuliśmy, że mamy materiał, mamy coś do powiedzenia w muzyce, mamy zespołowe brzmienie i to był dobry moment. Na płycie zagrali ze mną: Mateusz Gramburg na fortepianie, Piotr Narajowski na kontrabasie i Michał Szeligowski na perkusji. Myślę że jak taki typowy garażowy band przeszliśmy drogę od niezobowiązujących prób, przez próby z autorską muzyką, aż do nagrania razem płyty. I to jest super! Można by powiedzieć ,,muzyczne braterstwo"! Na naszej płycie można usłyszeć siedem moich kompozycji oraz jeden utwór w pełni improwizowany. Bardzo zależało mi na tym, żeby nagrać taką płytę, jakiej sam chciałbym posłuchać - czyli przede wszystkim różnorodną. Te siedem kompozycji odzwierciedla moje inspiracje różnymi starymi (i trochę młodszymi także) mistrzami jazzu i muzyki improwizowanej, a znakomicie pomogli mi zrealizować moją wizję właśnie Mateusz, Piotrek i Michał. Myślę, że udało mi się napisać materiał, w którym każdy z nich miał miejsce na zaprezentowanie swojej wrażliwości i ekspresji. Choć płytę nagraliśmy piętnaście miesięcy temu to mam poczucie, że zrobiliśmy to najlepiej i najodważniej jak wtedy umieliśmy i to mnie cieszy.

Czyli spełniło się jedno z marzeń. Na początku drogi muzycznej przypuszczam sprawy dzieją się dynamicznie, postępy są duże, rozwój gwałtowny. Nie masz czasem uczucia, że w chwili ukazania się płyty Ty sam i twoi kompani jesteście już w zupełnie innym miejscu i że choć świat mówi o albumie to tak naprawdę nie wie jaki zespół go nagrał?

Na pewno tak jest, chociaż z drugiej strony to właśnie cudowna sytuacja w kontekście muzyki improwizowanej, gdzie nikt nie oczekuje coverów. Możemy zagrać ten sam materiał inaczej, mamy możliwość zabawy, poszukiwań i eksperymentowania w ramach tych samych kompozycji. Mnie na ten moment bardzo zależy na takim podejściu. Marzyłbym, żeby słuchacz który przyjdzie na pięć koncertów z rzędu, za każdym razem usłyszał tę samą muzykę w innym wydaniu. I cieszę się, że myślą tak też Mateusz, Piotrek i Michał, czego dowodem był nasz jedyny koncert po premierze płyty. Mam wrażenie, że zrobiliśmy postęp, że jesteśmy w innym miejscu, i że słuchacz znający płytę byłby choć trochę zaskoczony słysząc ten materiał na żywo.

Czyli jak rozumiem nie chcesz żeby Twoja muzyka stała się produktem, dobrze rozpoznawalnym, dobrze dostosowanym do oczekiwań odbiorcy. Takim pewniakiem, po którym wiadomo czego można się spodziewać.

Na pewno nie. Chciałbym zaskakiwać, chciałbym intrygować, ale też nie to jest moim głównym celem.

A co nim jest?

Hmm... właściwie to chyba jednak to, ale dodałbym jeszcze, że jako słuchacz lubię, gdy muzyka nie jest jednowymiarowa, gdy dostarcza różnych bodźców, gdy docierają do Ciebie różne kolory. Dzisiaj, gdy myślę o muzyce, to myślę też sporo o tym. I może dodałbym jeszcze piękno, niekoniecznie takie oczywiste. To słowo, ta kategoria także przychodzi mi na myśl w tym momencie.

A co masz na myśli mówiąc piękno?

Nie posiadam konkretnej definicji piękna w muzyce. Myślę, że jest to jakieś odczucie związane z radością z doznawania czegoś, z obcowania z czymś estetycznym, jakościowym. Ciężko mi to wyrazić. To trochę tak jak z uczuciem. Jak ono jest, to po prostu to czujesz.

Zatem zostawiasz tu spory margines znaczeniowy. Ludzie toczą spory o istotę piękna od niepamiętnych czasów. To może skutkować tym, że Twoją muzykę można będzie uznać za niepiękną. Godzisz się na to?

Jak najbardziej. Jestem zupełnie przygotowany na to, że każdy słyszy muzykę trochę inaczej i zawsze na temat tej samej muzyki usłyszysz skrajne opinie. Ja już słyszałem, że moja płyta jest mainstreamowa, tylko ożywiająca tradycję, słyszałem też, że jest niemainstreamowa...

Ja w ogóle uważam, że w przypadku muzyki sporo mówi się o tym ,,co artysta chciał przekazać,", a za mało o tym, że muzykę słuchacz odbiera przez swoje ,,okulary". Sposób odbioru muzyki zależy przecież od tego, czego słuchaliśmy, do czego przywykliśmy. Dlatego zupełnie rozumiem to, że nawet jakiś mój utwór, który może nawet w zamyśle miał być ,,piękny", przez nikogo nigdy nie zostanie tak odebrany. Swoją drogą ,,muzyka niepiękna" - to byłby ciekawy tytuł płyty.


 

Możesz śmiało go nadać następnemu albumowi. Wróćmy na chwilkę do tego co artysta chciał przekazać. Zastanawianie się nad tym rzeczywiście wydaje się często spędzać sen z powiek ludziom. A może artysta wcale nic nie chce przekazać? Może po prostu gra i tyle?

Hmm. Podejrzewam, że nie ma jednego sposobu myślenia, wspólnego dla artystów. Pytanie też co artysta miałby przekazać? Czy miałby to być dosłowny przekaz pod tytułem ,,utwór o ciężkim rozstaniu" albo ,,utwór opisujący widok z Giewontu"? Czy może miałby to być cały album poświęcony jakiejś tematyce? Na przykład album poświęcony powstaniu warszawskiemu? Wydaje mi się, że ten pomysł artysty - jeśli nie dołączy on żadnego programu, żadnych didaskaliów do swojej muzyki - nie jest aż taki istotny. Nie jest więc ważne, czy artysta go ma, czy też nie.

Jeśli napiszesz utwór o widoku z Giewontu, a dla kogoś będzie to sielska muzyka o życiu na wsi, to jakie ma znaczenie Twój pierwotny zamysł? Jeśli ktoś przesłucha - bez czytania najpierw o albumie - płytę poświęconą tragicznej historii jakiegoś narodu, prawdopodobnie nie odczyta zamierzeń autora. Z drugiej strony można też nagrać po prostu fajne, smutne piosenki, a potem mówić wszem i wobec, że jest to ,,opowieść o moim dzieciństwie" albo coś takiego. Albo że jest to Tribute dla ulubionego, niedawno zmarłego artysty (choć w chwili nagrywania była to po prostu kolejna płyta). Jak widzisz ja chyba należę do tych wątpiących w sens rozważań na temat zamierzeń autora w takim rozumieniu. Oczywiście jak najbardziej można myśleć bardziej abstrakcyjnie - jakimś konkretnym nastrojem, czy jakimś konkretnym rodzajem energii. Ale to też może być przez każdego różnie odebrane. Myślę, że od zamiaru artysty dużo ważniejszy w całym procesie jest odbiór słuchacza. Może podsumuję te rozważania takim pytaniem - czy to co artysta chce przekazać ma jakieś znaczenie? Skoro i tak, nie mając podpowiedzi, słuchacz interpretuje to po swojemu?

Czyżby pojawiło się w Twojej wypowiedzi lekkie szyderstwo z niektórych albumów typu tribute to? Czy całkiem się mylę?

Pewnie coś jest na rzeczy, ale w tym miejscu wolę postawić kropkę.

Zatem stawiamy kropkę!

Dziękuję Ci za rozmowę.

Cała przyjemność po mojej stronie.