17. Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej - relacja

Autor: 
Armen Chrobak

17. Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej, po raz drugi jako festiwal noszący imię legendarnego Tomasza Stańki, jest już historią. Teraz, parę dni po występach 9 różnych konstelacji artystów reprezentujących różnorodne nurty i style w obrębie muzyki jazzowej, można opisać i poddać ocenie jej poziom, przypomnieć najmocniejsze akcenty, dokonać podsumowań i podzielić się wrażeniami.

Ten festiwal od lat łączą mocne więzi z obchodzącą w tym roku 50-lecie oficyną wydawniczą Manfreda Eichera - artyści, których muzyczne projekty wydaje ECM stanowią główną obsadę tego wydarzenia. Dla tych, którym charakterystyczny, wyrazisty styl nagrywanej w ECM muzyki odpowiada, jest to mocna podpowiedź czego mogą się spodziewać od prezentowanej w poszczególnych dniach muzyki, prawie zawsze lekko nostalgicznej, melancholijnej, która ma nierzadko ilustracyjny potencjał i liryczny sznyt.

Jazzowa Jesień to także, a w zasadzie przede wszystkim festiwal będący dzieckiem Tomasza Stańki, który sprawował artystyczną pieczę nad całością wydarzenia i którego duch nieprzerwanie nad festiwalem się unosi i przenika muzyczne inkarnacje ujawniające się na scenie bielskiego Domu Muzyki. Sylwetkę wielkiego trębacza, jego filozofię, poglądy na temat szczęścia, cierpienia, trudu, fundamentalne motywacje, zaprezentował otwierający tegoroczną edycję Jesieni część filmu Bartosza Konopki pt. Droga do mistrzostwa, poświęcona Tomaszowi Stańce. Obraz pouczający, inspirujący, przekonujący ustami mistrza, że rozwój, mistrzostwo jest rezultatem determinacji, improwizacji, wręcz pewnego błędu i słabości, albo tego jak tę słabość się przetwarza, okiełznuje. Bielska publiczność bez trudu rozpoznała znajome zakątki miejskiej starówki, panoramę miasta z perspektywy wagonika kolejki linowej na szczyt Szyndzielni, czy ujęcia kręcone w alejkach parku otaczającego budynek, w którym odbywały się festiwalowe koncerty.

A propos koncertów - pierwszy podczas tej Jesieni był występ tria Django Bates’a, który gdzieś tam do tego o czym próbował nam powiedzieć filmowy Stańko usiłował nawiązać: improwizacja, która stanowi wartość jazzu, jest sekwencją mutacji, które powodują rozwój, ta właśnie improwizacja pozwalała się odnaleźć w materiale prezentowanym przez Django Batesa na fortepianie, Pettera Eldha na kontrabasie i Petera Bruuna na perkusji; wyświetlane w głębi sceny zdjęcie prezentujące członków zespołu wdrapujących się po stromych ścianach urwiska korespondowało ze wspominanym czarnym okresem w życiu, o którym opowiadał Konopce wielki trębacz. W warstwie muzycznej odniesień i analogii nie było jednak tak wielu i tak mocnych. Choć zespół pozwolił nam usłyszeć bardziej wyraziste i ożywiające fragmenty, jak interpretacja dwóch utworów Charliego Parkera (Passport i My little suede shoes), który w przyszłym roku, jak przypomniał Bates, obchodziłby stulecie swoich urodzin, to jednak większość repertuaru utrzymana była w pozbawionym chropowatości, miękkim klimacie, tak charakterystycznym dla stajni Manfreda Eichera. Muzycy zagrali kilka kompozycji z wydanej nakładem ECM Records w 2017 r. płyty The Study of Touch. Te kawałki, słuchane indywidualnie zdołałyby zaintrygować i przykuć uwagę, jednak jako ponad-godzinna całość wydawały się zbyt jednostajne i mało urozmaicone. Szkoda.

Na środę organizatorzy przewidzieli występ kwintetu Giovanniego Guidi promującego utwory z wydanej w tym roku płyty Avec le Temps oraz kwartetu Ambrose Akinmusire.

Pianiście Giovanniemu Guidi towarzyszyli: Francesco Bearzatti grający na saksofonie tenerowym, Roberto Cecchetto z gitarą, Joe Rehmer na kontrabasie i John Lobo na perkusji. Lidera kwintetu jesienna publiczność miała okazję słuchać i oglądać podczas 12. edycji festiwalu, naturalne były więc porównania, a te okazały się dość bezlitosne dla tegorocznego wystąpienia Guidi’ego. Pięć lat temu Guidi wystąpił tylko w towarzystwie puzonisty i ten duet znokautował publiczność potężnym kwatem energii, wigorem, pomysłowością, drapieżnością i frapującą narracją. W tym roku pianista, któremu towarzyszyli: saksofonista Francesco Bearzatti, gitarzysta Roberto Cecchetto, kontrabasista Joe Rehmer i perkusista Joäo Lobo, zaserwował dość przeciętny zestaw o miałkiej konsystencji i leniej temperaturze, danie, jakie nader często wychodzi z kuchni ECM. Długaśne, powłóczyste, owszem, melodyjne kompozycje, o gęstej, miękkiej, delikatnej aranżacji do mnie już nie przemawiają. Fakt, występ miał swoje bardziej intrygujące fragmenty: a to natrętny rytm z zapamiętaniem wybijany sucho na werblu przez perkusistę, psychodelicznie brzmiąca gitara, momenty charakterystycznej dla Guidiego gry całymi dłońmi na klawiaturze fortepianu. Jednak w koncercie jako całości trudno było dopatrzyć się czegoś oryginalnego, zapadającego w pamięć, porywającego. Dla porządku wypada wspomnieć, że wśród innych utworów z ostatniej płyty Avec le Temps muzycy wykonali na żywo kompozycję z dedykowaną patronowi Jazzowej Jesieni - zmarłemu Tomaszowi Stańce, pod wymownym nomen omen tytułem: Tomasz.

W drugiej części wieczoru przed publicznością stanął Ambrose Akinmusire z zespołem. Ten młody kalifornijski trębacz, jak mityczny Prometeusz, przyniósł i rzucił na scenę boski ogień i nie pozwolił mu zagasnąć. Wyróżniony wielokrotnie przez krytyków za styl, pomysłowość, warsztat i talent, nie zawiódł bielskiej publiczności, prezentując niepokorne, drapieżne, albo subtelne i liryczne, ale za każdym razem czerpiące z przeżyć, intuicyjnego przeczuwania istoty wszechświata, oblicze trąbki. Tym razem nie było już prosto i grzecznie; muzyka zaprezentowana przez kwartet Akinmusire miała w sobie nerwy, niepokój, zadziorność, wymagającą skupienia, domagającą się konfrontacji.

Świetnie spisywał się basista Matthew Brewer. Jego rozbudowane, oryginalne sola, z dźwiękami z najniższych dostępnych rejestrów basowych, ciężkie i ponure, z siłą trafiały do widowni. Pozostali muzycy (z Akinmusire klęczącym z tyłu sceny na czele) wsłuchiwali się w skupieniu w splątane, mięsiste tony wydobywające się z miażdżonych bezlitośnie strun kontrabasu. Moc tego przekazu była absolutnie niedostępna dla jakiegokolwiek nagrania na płycie, to mogło się wydarzyć tylko na żywo. Muzycy dali nam także okazję docenić umiejętności techniczne i polot perkusisty. Justin Brown urządził kolejno bezlitosną kanonadę, wprowadził perkusję galop, doprowadził do erupcji i sprowadził potężne grzmoty, grad i nawałnicę. Pianista z kolei urzekał grą i brzmieniem instrumentów klawiszowych, których wibrujący, ciepły ton budował dodatkowy nastrój tych oryginalnych utworów. Takiemu występowi publiczność mogła w odpowiedzi zgotować wyłącznie absolutnie entuzjastyczne przyjęcie.

Na półmetku 17. Jazzowej Jesieni dane nam było wysłuchać solidnej porcję muzyki fortepianowej w postaci recitalu Brada Mehldau (w czwartek) oraz występu Tigrana Hamasyana (w piątek). To całkiem, jak można było oczekiwać, były zupełnie odmienne koncerty.

Mehldau na żywo to po części medytacyjne doświadczenie. Obejrzałem jego występ z balkonu sali koncertowej Domu Muzyki. Ascetyczna oprawa sceny, jaką zapewniono artyście, potęgowała doznania, które wywoływała muzyka płynąca z fortepianu. Skomplikowane, pokrętne akordy, wygrywane obydwoma rękami, składające się na wysmakowane melodie o zmiennym tempie, sugestywnej narracji: czasem nieśpieszne, melancholijne, prowokujące zadumę, innym razem zadziwiająco lekkie i łatwe w odbiorze.

Program recitalu nie nużył dzięki stylistycznemu zróżnicowaniu utworów, z odwołaniami do bluesa, kołyszących piosenek lat czterdziestych, aluzjami do muzyki klasycznej, albo eksperymentów z pogranicza muzyki elektronicznej i art-rocka. Przede wszystkim była to jednak rozbudowana improwizacja skrząca się licznymi ornamentami, oryginalnymi kombinacjami dźwięków, w których wszystko podlegało nieustannej zmianie: wysokość, natężenie, barwa, czas wybrzmiewania. To było to!

Interakcje muzyka z publicznością nie były szczególnie intensywne, właściwie ograniczały się do ukłonu po zakończonym utworze. Przez większość czasu pianista był pochylony nad klawiaturą instrumentu, zatopiony w grze, niczym medium będące łącznikiem między sferą muzycznej transcendencji, a jedynym znanym śmiertelnikom ułomnym trójwymiarem, który wydawał się tak nieznośnie płaski wobec przenikających się tonalnych konstelacji.

Ech, nie chciało się wychodzić z sali po tym występie!

Drugi ze wspomnianych pianistów: Ormianin Tigran Hamasyan, bielskiej publiczności z występów na żywo nie był jeszcze znany; oczekiwaliśmy go na scenie Jazzowej Jesieni dwa lata temu, kiedy to miał prezentować materiał z wydanej w tym samym roku płyty An Ancient Observer. Wówczas plany pokrzyżowała nagła choroba artysty, z powodu której występ musiał zostać odwołany. W tym roku Hamasyan miał zaprezentować swój koncertowy repertuar z towarzyszeniem saksofonu, w rękach norweskiego muzyka Trygve Seima oraz z chórem Camerata Silesia.

Tigran, mimo wciąż młodego wieku, jest artystą dojrzałym o własnym, rozpoznawalnym stylu, który czerpie z tradycyjnej armeńskiej muzyki ludowej i sakralnej. W zapowiedziach do swoich utworów wśród autorów muzyki lub tekstu gospodarz wieczoru wymienił: Komitasa i Mesropa Masztoca, którzy są dla ormiańskiej kultury twórcami o fundamentalnym znaczeniu. Utwory jakie zaprezentował były pełne tęsknoty, rzewne i przejmujące. Wschodnie ornamenty i wykończenia nadawały tej muzyce wyjątkowego charakteru, poruszając jeszcze mocniej i docierając głębiej. Kiedy do dźwięków fortepianu dołączył saksofon, z pewnym zaskoczeniem stwierdziłem, że ten ostatni brzmieniem, o dziwo, przypominał ormiański duduk, choć jednocześnie można było odnieść wrażenie, że po scenie snuje się Garbarek.

Sam Tigran wyraźnie pochłonięty był muzyką. Oprócz fortepianu przygotował na wieczór zestaw elektronicznych instrumentów klawiszowych, którymi ostatnio mocniej się interesuje i z brzmieniem których dokonuje swoich artystycznych eksperymentów. Mnie ich wykorzystanie do końca nie przekonało, całkiem przeciwnie niż np. sprawne pogwizdywanie w tony melodii, która wybrzmiewała spod klawiatury fortepianu.

Na uwagę zasługuje chór, który sprawnie poradził sobie z trudnym brzmieniem ormiańskiego języka. Słowa hymnów napisanych przez Masztoca udało się chórzystom Cameraty zaintonować naturalnie i wiarygodnie.

Bielska publiczność doceniła ten występ, Tigran Hamasyan został skutecznie wywołany do kolejnych bisów, stając się niepisanym zwycięzcą w konkursie na liczbę bisów podczas Jazzowej Jesieni.

Występ Tigrana na Jazzowej Jesieni przeszedł do historii. Przed nami zostały dwa ostatnie dni festiwalu, z sobotnim koncertem muzyki filmowej Tomasza Stańki oraz występem tria: David Torn, Tim Berne i Ches Smith oraz niedzialnymi: zespołu Mauro Ottoliniego i Fabrizzio Bosso wykonywującego jazz tradycyjny i oczekiwanego z emocjami tria Jason Moran and the Bandwagon.

Powtarzanym zwyczajem stało się, że w jeden z finałowych wieczorów scenę Jazzowej Jesieni zajmują liczebne formacje muzyków: w ubiegłych latach mieliśmy możliwość zobaczenia i usłyszenia Davida Virellesa z projektem Gnosis, gościł tu zespół Michaela Formanka - Ensemble Kolossus, był David Douglas z Uplift. W tym roku organizatorzy zaprosili do połączenia sił trębacza Avishaia Cohena trio Marcina Wasilewskiego i cieszącą się uznaniem orkiestrę kameralną AUKSO w składzie liczącym prawie 20 muzyków! Wspólnymi siłami mieli przygotować i zaserwować kolektywną interpretację utworów do obrazów filmowych, które stworzył Stańko.

Ten szczególny, dla Jazzowej Jesieni, koncert zapowiedziała z wyraźnymi emocjami Anna Stańko, córka zmarłego patrona festiwalu, pozostawiając publiczność sam na sam z utworami, które mogły im wcześniej towarzyszyć podczas projekcji ulubionych filmów i seriali, a tych utworów w dorobku Tomasza Stańki było naprawdę sporo: muzyka do filmów Kondratiuka, Zylbera, Pasikowskiego, Wilczyńskiego, Mandokiego, spektakli, seriali.

Rozpoczął się występ: na scenie zasiadła 20-osobowa orkiestra AUKSO, za instrumentami usadowili się muzycy tria Marcina Wasilewskiego (przez wiele lat towarzyszącego zmarłemu trębaczowi), a z przodu stanął charyzmatyczny Avishai Cohen.  Wydawać się mogło, że przy takim składzie chyba tylko przesadnie wybredni słuchacze mogliby pozostać nie w pełni usatysfakcjonowani. A jednak… Bo chociaż skład był zacny, a obecni na scenie muzycy zasługują na uznanie, to jednak w mojej opinii orkiestrowe aranżacje, niestety, nie dają takiej przestrzeni na solowe improwizacje, za którymi przepadam. Niemniej bez cienia wątpliwości należy powiedzieć, że AUKSO było w stanie stworzyć znakomite tło dźwiękowe, które w świetnych warunkach akustycznych sali Domu Muzyki brzmiało doskonale, Wasilewski z kompanami zagrali, jak zwykle, na 120%, a krystaliczne brzmienie trąbki Cohena przenikało do głębi.

Liryzm, ilustracyjna, przekonująca narracja, pastelowe tony w utworach, co było zasługą sekcji smyczków AUKSO pod batutą świetnego Marka Mosia, miękkie, głębokie tony skrzypiec i wiolonczeli, wyznaczona ramami partytury główna oś utworów, na szczęście, wzbogacały i łamały swobodne improwizacje trąbki, choć trafiały się momenty, gdy Cohen nie trafiał w tonację, rozmijał się z nią delikatnie. Ania Stańko, zapowiadając koncert, nawiązywała do wypowiedzi jej ojca utrwalonej w filmie Konopki, mówiącego, że jazz to apoteoza błędu. Był to, być może, przypadkowy, proroczy komentarz do nielicznych mikro-pomyłek Avishaia.

Z kronikarskiego obowiązku należy odnotować pojawienie się na scenie Tima Berne’a, który wspólnie wykonał znany z serialu Homeland utwór Stańki Terminal 7, odrobinę pohałasował na saksofonie i zmącił nieco łagodną toń wcześniejszych utworów.

Zazwyczaj podczas występu na żywo uwagę przyciąga najgłośniejszy, najbardziej wysunięty do przodu instrument. Z oczywistych powodów dźwięk trąbki Cohena  rozlegał się najgłośniej, ale w mojej ocenie faworytem wieczoru był jednak Wasilewski, który z niezwykłą lekkością, ale z najwyższą precyzją i pod pełną kontrolą potrafił przechodzić od spokojnych, cichych partii do dynamicznych, żywiołowych gęstych od dźwięków i ciężkich od maksymalnego napięcia agresywnych tonów, wydobywanych z siłą, i prędkością spod palców. Jego znakomita forma spotkała się parę razy ze słyszalną dla publiczności aprobatą trębacza, gdy pianista zamykał efektowne popisy na fortepianie w środku lub na końcu utworu. Gromkie oklaski, jakie zebrał ten koncert były więc w dużym stopniu adresowane triu Marcina Wasilewskiego.

Z Timem Berne mieliśmy okazję spotkać się jeszcze raz sobotniego wieczoru. Wspólnie z Davidem Tornem i Chesem Smithem prezentując projekt o tytule z ostatniej płyty grupy Son of Goldfinger trio zaoferowało publiczności podróż w krainę awangardy i eksperymentu. Przez ponad godzinę plątanina nieuporządkowanych, dość bezładnych, niewygładzonych dźwięków atakowała uszy tej części publiczności, która nie zdezerterowała z frontu, w jaki zamieniła się widownia sali koncertowej. Było głośno, niespokojnie, bardzo rytmicznie i ekspresyjnie. Artyści zmagali się nie tylko z uciekającymi w popłochu słuchaczami, których taka dawka przesterowanych dźwięków gitary, poganianych pokręconym chrapliwym porykiwaniem saksofonu i szatkującym to wszystko obłąkańczym rytmem perkusji zwyczajnie przerosła. Odnosiłem wrażenie, że ta walka toczyła się wewnątrz, a to co mieliśmy możliwość oglądać i słyszeć było jedynie tym, co w poprzez erupcję wydostało się gwałtownie na zewnątrz.

Na szczęście sala nie opustoszała zupełnie; na widowni pozostali ci, dla których niepokojące próby sięgnięcia za zasłonę, na drugą stronę muzycznej materii, pozostawały fascynujące, oczyszczające, przekonujące. Tych poszukujących w muzyce nieskrępowanych regułami form albo traktujących muzykę jako wehikuł w podróż do krawędzi świadomości sobotnia propozycja tria była kuracją obligatoryjną. Muszę przyznać, że mnie samemu taka twarz Jazzowej Jesieni, w wydaniu „na żywo” całkiem się podobała, jednak nie jestem pewien, czy to danie smakowałoby mi „odgrzane” z płyty.

Znakiem rozpoznawczym tego, że Jazzowa Jesień dobiega końca jest koncert jazzu tradycyjnego, taka tradycja… Na koniec 17 Jazzowej Jesieni zagrali Włosi: puzonista Mauro Ottolini i trębacz Fabrizzio Bosso, którym towarzyszyła charyzmatyczna, bezpretensjonalna, obdarzona pięknym, zmysłowym głosem wokalistka, Vanessa Tagliabue Yorke oraz Glauco Benedetti na nieziemsko wyglądającym potężnym suzafonie w białym kolorze, Paolo Birro za fortepianem i całkiem energiczny, mimo dojrzałego wieku, perkusista Paolo Mappa. Zespół zaprezentował program złożony ze zgrabnych, rytmicznych piosenek wywodzących się z klubów i kawiarni Nowego Orleanu, opowiadających o miłości, złamanym sercu, przygodach i awanturach. Yorke umiejętnie, z energią, prawie nie schodzącym z jej twarzy szczerym uśmiechem interpretowała te piosenki, doskonale radząc sobie z językiem angielskim, ale również francuskim (gdy zespół prezentował francuskie canción). Prym wiodły, co zrozumiałe, puzon i trąbka, ale liderzy nie starali się przejąć całej uwagi widowni i zostawiali dość miejsca pozostałym muzykom. Występ zakończył się, tradycyjnie, bisami i owacjami publiczności.

Finałowy występ przypadł w udziale wyczekiwanemu triu Jasona Morana w składzie, w jakim tworzy i koncertuje od mniej więcej 20 lat: on sam na fortepianie, Tarus Mateen na gitarze basowej oraz Nasheet Waits za bębnami. Skład grupy, po występach grup, które wcześniej gościły na deskach „jesiennej” sceny, mógł wydać się dość skromny i mało imponujący. Ale w myśl obiegowego żartobliwego powiedzonka: „mały, ale wariat!” zespół dość szybko przejął salę koncertową we władanie, prezentując z pasją utwory, rozpoczynające się miłym dla ucha, melodyjnym wstępem, po którym melodia przechodziła w swobodną, odważną improwizację, jednak bez utraty kontroli nad zachowaniem zrozumiałej harmonii w akordach. The Bandwagon - nazwa, pod którą znane jest trio, ze znajomością tematu umiejętnie łączy klasyczne, uporządkowane granie, z awangardowym, swobodnym flow, chroniąc słuchacza przed monotonią i znużeniem.

Zmianom stylistycznym prezentowanych utworów towarzyszyły zmiany tempa, dźwięki grane z rozmysłem na przemian głośno i delikatnie.

Nikt nie tracił sił, nie łapał zadyszki, nie gubił niczego po drodze. Strzelająca seriami werbla perkusja, wysunięta mocno do przodu nadawała kompozycjom rozpędu. Nierówny, z premedytacją kulejący rytm, rozczłonkowywał tkankę utworu, odcinając z chirurgiczną dokładnością takty wygrywane przez fortepian. Były to świeże, urozmaicone, niebanalne kompozycje z wyraźnie zarysowaną melodią, ale przyprawione szczyptą szaleństwa dzięki gęstwie zmierzwionych dźwięków. Gdy utwory zaczynały się zanadto wyrywać spod kontrol, następowało gwałtowne wyhamowanie i powrót do klasycznego, łagodnego grania.

Świetnie słuchało się wygrywanych glissandami pasaży rozciągniętych na całym zakresie skali fortepianu.

Swoboda, radość grania, pogoda ducha udzielały się publiczności budując dyskretną więź między twórcami, a słuchaczami. Zresztą sprzyjała temu również komunikatywność i skłonność do wchodzenia lidera zespołu w interakcje ze słuchaczami. Pomiędzy utworami dzielił się on inspiracjami i nawiązaniami do Stańki, do Theoloniusa Monka, i innych wielkich jazzu.

Gdy muzycy wracali do grania, niezależnie od tempa, czuło się wybuch energii jak z jądra rozszczepionego atomu.

Ten występ opierał się na dramaturgii przygotowanej wg najlepszej recepty: dawkę zwiększać stopniowo, ale konsekwentnie, aż do osiągnięcia masy krytycznej i maksymalnej siły działania, uderzyć, zetrzeć na pył, potem odpuścić i łagodnie i niewinnie otrzeć rany. Tak było i tak mogłoby trwać w nieskończoność. Jednak także Jazzowa Jesień musi dobiec nieuchronnego końca.

Po ostatnim występie tegorocznej odsłony festiwalu z jednej strony czułem, że ten program bardzo mnie zadowolił, prezentując różnorodność brzmień, stylów, pozwalając zobaczyć na żywo artystów, którzy wciąż mają coś nowego do powiedzenia, z drugiej, pozostawił z odczuciem niedosytu, wydał mi się on bowiem zbyt krótki.

Za rok Jazzowa Jesień osiągnie pełnoletniość, ale dojrzałością może pochwalić się już dziś. Do zobaczenia i usłyszenia już za rok!