Paul Bley - być może najważniejszy kanadyjski jazzaman

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat.prasowe

Pianista Paul Bley, zmarł w 2016 roku. Miał 83 lata. Jego gra nawiązywałą stylistycznie do prac Buda Powella, Billa Evansa i Oscara Petersona. Był jedną z przemilczanych osobistości jazzu, ale pamiętajmy też, że jeśli nie licząc Geri Allen, był bodaj jedynym pianistą, z którym chciał współpracować wielki Ornette Coleman. 

Bley jest być może najważniejszym kanadyjskim jazzmanem, występującym w towarzystwie wybitnych, amerykańskich trębaczy i saksofonistów,  który jak mało kto  przysłużył się rozwojowi jazzu w Kanadzie. Był także eksperymentatorem, pionierem używania syntezatorów, kompozytorem i działaczem w środowisku free-jazzowym. Nawet pobieżny szkic, „po życiu” Bleya robi wrażenie, Kanadyjczyk ma bardzo mocne CV.

Urodził się w Montrealu w 1932 roku. W wieku ośmiu lat zaczął grać na pianinie, wcześniej poświęcając się nauce gry na skrzypcach. Muzyczne konserwatorium ukończył w wieku 11 lat. Skończył naukę w Kanadzie, zatem aby rozwijać się dalej – musiał wyjechać. Najlepiej do Nowego Jorku. Bley uczył się w Juilliard, grywając w tym samym czasie, „po godzinach”,  z Royem Eldridgem, Charliem Parkerem, Benem Websterem i Sonnym Rollinsem. W szkole stworzył ciekawy zespół z Donladem Byrdem, Jackiem McLeanem, Dougiem Watkinsem i Artem Taylorem. Przesiadywał w „otwartym domu muzycznym” Lenniego Tristano. Czerpał z Nowego Jorku pełnymi garściami.

 

Dwa pierwsze nagrania Bleya, datowane na początek lat 50., zachowały się w archiwach kanadyjskiej telewizji. Na pierwszym pianista występuje u boku saksofonisty Brew Moore’a, na drugim Charliego Parkera. „Bird” był gościem Jazz Workshop – „warsztatu muzycznego”, który Bley pomógł założyć w 1953 roku. Jego pierwsze studyjne nagranie odbyło się w doborowym towarzystwie – grał z Charlesem Mingusem i Artem Blakeyem.  Zdumiewające, jak wielkie wyczucie do wielkich, znaczących w historii jazzu muzyków miał kanadyjski pianista – w następnych latach grywał również z Lesterem Youngiem i Chetem Bakerem.

W 1957 roku przeprowadził się na drugą stronę Stanów Zjednoczonych, do Kalifornii. Jakby przeczuwając, że coś się święci, ważnego i nietuzinkowego. Już rok później nagrywał z Ornettem Colemanem, Donem Cherrym, Charliem Hadenem i Billym Higginsem – a więc z grupą, która miała niedługo terroryzować nowojorski Five Spot. W tym samym roku poślubił kompozytorkę Carlę Bley. Po flircie z kalifornijską, freejazzową rewolucją, powrócił do Nowego Jorku w poszukiwaniu muzyków, chętnych do eksperymentowania z brzmieniami i odważnymi wyborami. Jeszcze w latach 60 działał w legendarnym, w perspektywie całj historii nowoczesnego jazzu arcyważnym trio klarnecisty Jimmy'ego GIuffre'a, w którym basistą był Steve Swallow.

 

W 1963 roku Bley podróżował z Sonnym Rollinsem po Japonii a także wziął udział w nagrywaniu jego słynnej płyty z Colemanem Hawkinsem. A rok później wziął udział w rewolucji październikowej podczas czterodniowego festiwalu muzyki freejazzowej, zorganizowanego w Nowym Jorku przez Billa Dixona. Bley przystąpił do Jazz Composers Guild. Ten gest zmienił twórczość pianisty – znalazł się w otoczeniu samych żywych eksperymentatorów  w rodzaju Archego Sheppa i Cecila Taylora. Sam szybko także rozpoczął własne próby z dźwiękiem – grywał na fortepianie uderzając bezpośrednio małym młotkiem w struny. Był jednym z pionierów używania syntezatorów w muzyce jazzowej.  W 1967 roku, po rozstaniu z Carlą Bley, związał się z eks-małżonką basisty Gary’ego Peacocka, wokalistką Annette. Związek miał poważne skutki dla rozwoju kariery pianisty – wraz z Annette ćwiczył swoją grę i komponował, wsłuchując się w harmonie zachodzące między jej głosem a jego instrumentem. Przez kilka lat występowali razem, wspomagani przez holenderskiego perkusistę Hana Bennika. Ostatecznie eksperyment zakończył się sukcesem i Bley powrócił do akustycznego brzmienia.

W latach 70-tych, Bley raz jeszcze dał o sobie znać jako o organizatorze. Założył jazzową wytwórnię, Improvising Artists, która wydawała krążki m.in. Lee Konitza, Steve’a Lacy’ego, Pata Metheny’ego, Gary’ego Peacocka i Lestera Bowie.

Na swoim koncie ma ponad 100 płyt. Pierwsza została nagrana w 1954 roku, ostatnia (jak dotąd) pochodzi z 2008. Z perspektywy lat, działania ostatnich dwóch dekad Bleya mogą wydawać się jaskrawym odwrotem od idei awangardowości, która towarzyszyła mu w pierwszym okresie kariery. Dowodzić tego mogą szczególnie albumy nagrywane dla legendarnej Steeplechase Records, ale też te same nagrania z całym ich dyskretnym nowatorstwem i mądrą otwartością sprawiły, że Bley cieszy się dziś w gronach uważnych słuchaczy estymą i szacunkiem równym Keithowi  Jarretowi, Andrew Hillowi, Lenniemu Tristano czy, Cecilowi Taylorowi.

To tylko szkic, ogólny rzut oka na niezwykłą karierę tego muzyka. Po szczegóły – odsyłam z chęcią do autobiografii Bleya „Stopping Time: Paul Bley and the Transformation of Jazz”. Tytuł adekwatny jak rzadko kiedy.