Artykuły

  • Inspirujący akompaniator - Eddie Gomez obchodzi dziś 77 urodziny

    Nie jest łatwo znaleźć dobry akompaniament. Wiadomo – nie po to się człowiek uczył i poświęcał żeby teraz tylko stać w drugim szeregu, przygrywając innym, większym od siebie. Nie po to się pracowało, żeby pomagać innym w budowaniu kariery samemu zgadzając się na pominięcie. Dobry akompaniator musi zgodzić się z faktem, że nie on będzie na pierwszym planie – tam będzie albo lider, albo – jak w przypadku tria Billa Evansa – kompozycja. Kompozycja ponad wszystko. Reszta to tylko ornamentyka.

  • Marcin Olak Poczytalny: Chwila przed

    Noc. Zmierzch teraz zapada wcześniej, wszystko się wycisza, milknie; robi się trochę tajemniczo, życie schodzi w ukrycie, w podziemie. Siedzę w piwnicy klubu, pomału szykuję się do koncertu. Coś gram, nareszcie gram. Jestem spragniony występów przed ludźmi, spotkania, budowania jakiejś wspólnej energii… Ale coś się zmieniło.

  • Django Bates – na skrzyżowaniu muzycznych stylów

    Nieraz, gdy studiuje się życiorysy artystów, rzuca się w oczy, jak pieczołowitą, czasem nawet prestiżową, edukację mają oni za sobą. Układają się często owe historie według następującego schematu: granie na instrumencie od wczesnego dzieciństwa, liceum muzyczne i w jego trakcie pierwsze koncerty, później studia na słynnej uczelni pod okiem legend i wreszcie – wartościowe stypendia ogłaszane w ogólnoświatowych mediach.

  • Dave Holland @75

    W 1968 r. w londyńskim Ronnie Scott’s Jazz Club Miles Davis i Philly Joe Jones usłyszeli 20-letniego kontrabasistę Dave’a Hollanda, członka zespołu, otwierającego przed wydarzeniem wieczoru – koncertem tria Billa Evansa. Davis tak zachwycił się grą Hollanda, że od razu zaoferował mu miejsce w swoim zespole – nie we własnej osobie, wiadomość przekazał Jones; młody Anglik miał zastąpić Rona Cartera, cieszącego się zasłużoną opinią jednego z najwybitniejszych kontrabasistów jazzowych.

  • Roy Campbell - monster of trumpet.

    Nie był u nas bardzo znanym artystą, ale też gwiazdy freejazzu, zaczęły do nas przyjeżdżać regularnie dopiero ostatnio, a na strony branżowej prasy informacje o ich działaniach i randze ich samych jakoś nie potrafiały się przebić. Nawet informację o śmierci Campbella łatwo było pominąć. Tego samego dnia zmarł AMIri Baraka, a kilka tygodni wcześniej jazzowy świat obiegła informacja o Yusefie Lateefie. Ale Roy Campbell był ważną postacią, dla wielu nawet bardzo ważną. Dla muzyki na pewno.

  • Jean Luc Ponty - wzorzec z Sevre muzyki fusion.

    W wrześniu, 79 lat temu urodził się jeden z największych skrzypków w historii nie tylko jazzu, ale i muzyki w ogóle. Człowiek, który przejął pałeczkę po Stephanie Greppellim i stanął w forpoczcie ekipy, która wyniosła ów instrument na nowy poziom. Muzyk, o którego albumach mogę powiedzieć, że są prawdziwą biblią, wzorcem z Sevres dla muzyki fusion – Jean-Luc Ponty. 

  • Kenny Kirkland – sideman może być wielki

    Artysta jednego albumu to niespecjalnie pochlebne pojęcie w świecie muzyków, szczególnie jazzowych. A jednak można być powszechnie szanowanym, uznanym i dobrym jazzmanem, nie skupiając się na wydawaniu albumów pod własnym nazwiskiem. Przykładem na potwierdzenie tej tezy jest Kenny Kirkland – współpracujący z braćmi Marsalis, Stingiem, Michałem Urbaniakiem, czy Elvinem Jones’em - pianista, który dziś miałby 64 lat.

  • John Gilmore - saksofonista, który pozostał wierny Sun Ra

    Wspominając najważniejsze postaci w całej historii muzyki jazzowej, zazwyczaj największą rolę i znaczenie przypisujemy tym instrumentalistom, którzy nie tylko odznaczali się własnym stylem i charyzmą, ale jednocześnie posiedli umiejętność przewodzenia stadem. Bycie prawdziwym liderem, nadającym nowy kierunek rozwoju, to cecha nieoceniona. I z tym nie mam zamiaru polemizować.

  • Bud Powell - dogonić Birda!

    Był listopad 1947 roku i choć Bud Powell miał przed sobą jeszcze dobre 19 lat życia, można zaryzykować tezę, że zmarł właśnie wtedy - w listopadzie 47’. Wtedy został siłą ulokowany w zakładzie psychiatrycznym w Creedmoore. Powodem było, cóż, „dziwactwo” jego sposobu bycia, nie pasujące do obowiązującej, purytańskiej normy. Witkacy wyśmiewając się kiedyś z idei ‘intuicji’ w myśli niemieckiego fenomenologa Edmunda Husserla, powiedział że najlepszym lekarstwem na intuicję jest milicja. W przypadku Powella za najlepsze lekarstwo na ekscentryzm uznano kurację elektrowstrząsową.

  • Sam Rivers – Emanation, Zenith

    No to wreszcie się doczekaliśmy. Muzyki Sama Riversa człowieka, który oparł się Milesowi Davisowi, artyście, który przez swoje siedem dekad na scenie muzycznej, stał się w sporej mierze jednym z ojców kreatywnego tworzenia w przestrzeni jazzu i mentorem dla wielu pokoleń młodszych muzyków, nie ma wiele. To znaczy nie ma jej na płytach kompaktowych bo jakoś nie spełniał nigdy warunków muzyka, na którym można zarobić, a na winylach ponieważ rzadko kiedy wydawane przed laty albumy doczekiwały się reedycji i dziś mają charakter białych kruków.

  • Życie jak rzeka - Sam Rivers w dniu 98 urodzin!

    Starzy mistrzowie odchodzą, taki mamy czas. Wielu z wielkich właśnie dożywa bardzo sędziwego wieku, ale jakoś ciągle mamy nadzieję, że to jeszcze nie teraz, że jeszcze może uda się posłuchać ich najnowszej płyty, a czasem nie gasną także nadzieje, że posłuchamy i obejrzymy ich na żywo. Z Cecilem Taylorem się udało, Sonnym Rollinsem także.  Na kolejny przyjazd Sama Riversa już się nie doczekamy. Ale możemy obchodzić jego urodziny, 97 urodziny.

  • Święty Graal Święta Krew

    Co myślisz o tej ostatniej płycie Johna Coltrane’a? Tej odnalezionej, wiesz? Wiem pomyślałem, ale co o niej myślę trudno oderwać od kontekstu, w jakim pojawiła się na rynku, a raczej bez kontekstu dziennikarskiej euforii. Święty Graal odnaleziony! Epokowe nagranie! Wielka płyta! To tylko niektóre sentencje z reakcji medialnych na niedawną premierę albumy John Coltrane - Both Directions at Once: The Lost Album.

  • Święty Coltrane!!!

    W pięćdziesiątym siódmym roku John Coltrane wspinał się na najwyższy szczyt świata.  I był coraz bliżej celu – bycia najlepszym saksofonistą na świecie w najlepszym zespole na świecie. Ostatnie lata należały do tych udanych. Ciężką, niemal morderczą pracą wdrapał się na samą górę, do zespołu Milesa Davisa, co było obietnicą wielkiej kariery i sukcesu. Wszystko rozwijało się harmonijnie. Wydawać by się mogło, że saksofonista wzorem legendarnego bluesmana z Delty Roberta Johnsona sprzedał duszę diabłu w zamian za dwadzieścia lat niczym nie zakłóconej wszechwładzy.

  • Michael Cuscuna - jeden z trzech, którzy uratowali jazz!

    Wyobraźmy sobie, że ktoś daje nam klucze do archiwum wytwórni Blue Note. Brzmi fajnie. Takie klucze dostał w 1975 Michael Cuscuna: DJ radiowy, dziennikarz, producent (m. in. Dave’a Brubecka, Art Ensemble of Chicago) i muzyk-amator. Cuscuna miał za zadanie grzebać w tych starych, zakurzonych, skazanych na pożarcie czasu taśmach. Kilometrach taśm. Taśmach nieopisanych, nieadministrowanych, poplątanych i w ogólnie fatalnym stanie.

  • Steve Coleman - człowiek, który zmienił jazz!

    Coleman pochodzi z Chicago, a to nie byle jakie miejsce, więc od razu jest bardzo na serio. Urodzony w 1956 roku, Coleman – saksofonista, kompozytor i jeden z założycieli ruchu M-Base, dojrzewał otoczony słodkimi dźwiękami muzyki Charliego Parkera, Sonny'ego Rollinsa czy Johna Coltrane'a, których jego ojciec był nie tyle fanem, co wyznawcą. Chicago było dla niego bardzo łaskawe, jak sam wspomina „muzyka była w tamtym czasie wszędzie wokół. Miasto żyło w zgodzie z muzyką w sposób zupełnie naturalny.” Wystarczyło się po prostu włączyć do zabawy.

Strony