Odbieram napięcia barwowe - wywiad z Patrykiem Zakrockim

Autor: 
Piotr Wojdat
Autor zdjęcia: 
Kasia Rysiak

Gdy kilka lat temu przeprowadzałem z Tobą wywiad, powiedziałeś, że jesteś przygotowany do tego, żeby być nieprzygotowanym. Jak obecnie zapatrujesz się na to stwierdzenie?

Patryk Zakrocki: Myślę, że wciąż nad tym pracuję, żeby być odpowiednio nieprzygotowanym. Wiadomo, gromadzi się materiał, doświadczenie i wiedza. Chodzi o to, żeby to wszystko nie przytłumiło takiego pierwotnego entuzjazmu.

Ostatnio zastanawiam się nad tym, jak w ogóle funkcjonuję w muzyce. Teraz dużo gram z gitarzystą Marcinem Olakiem, który jest artystą myślącym dużo o strukturze. Operuje on harmonią bardzo biegle i ma tzw. background jazzowy. Zmierzam do tego, że zastanawiam się nad tym, w jaki sposób słyszę muzykę. Mógłbym powiedzieć, że jestem barwowcem. Odbieram przede wszystkim napięcia barwowe.

Jestem jednym z tych muzyków, którzy ćwiczą codziennie. Wydaje mi się, że wciąż się uczę. Czasami mam to szczęście, że jestem na warsztatach i spotykam, np. Joëlle Léandre, która może mi powiedzieć - grasz za dużo różnych rzeczy, wybierz coś! To jest wspaniałe. Mam 44 lata, a mimo to Joëlle zwróciła mi uwagę.

Sądzę, że wciąż się przygotowuję do tego, żeby móc wejść nieprzygotowanym na scenę i nie wiedzieć, co się zdarzy. Ze spokojnym sumieniem.

Czego nauczyła Cię jeszcze Joëlle Léandre?

PZ: Po spotkaniu, które mieliśmy w zeszłym roku w ramach kolejnej edycji festiwalu Ad Libitum, pozostały mi jej słowa. Był zespół zebrany z polskich muzyków, którym kierowała Joëlle Léandre. Mieliśmy kilka dni warsztatów. Zaczęło się od duetów, w które mogliśmy się swobodnie dobierać. Ja grałem z klarnecistą Mateuszem Rybickim. Wyobraziłem sobie, że jestem orkiestrą. Chciałem grać wielobarwnie, oplatać linie Mateusza mgławicą dźwięków. A Joëlle powiedziała wtedy, że strasznie dużo tych technik używam i mógłbym coś wybrać. Zastanawiałem się nad tym i wciąż mam to w pamięci. Doszedłem do wniosku, że może za bardzo coś chciałem i że mniej często oznacza lepiej.

A czy myślisz też, że mniej oznacza, iż muzyka staje się bardziej spontaniczna?

PZ: To fajne pytanie. Myślę, że niekiedy tak. Jeżeli więcej oznacza korzystanie z gotowców, a często przy dużych prędkościach używamy gestów, no to wtedy taki gest w obrębie swojej konstrukcji nie jest już spontaniczny. Spontaniczne jest użycie gestu. Natomiast przebieg pasażu czy jakiegoś chwytu muzycznego sam w sobie jest już zgranym patentem. Wobec czego mniej i wolniej oznacza większą ilość decyzji na ułamek sekundy. Ale jest też możliwe, by grać szybko i wybierać.

Wspomniałeś o Joëlle Léandre, którą poznałeś na Ad Libitum. Pianistę Agustiego Fernandeza też spotkałeś na tym festiwalu, choć na wcześniej edycji. Jakie wrażenie wywarł na Tobie ten artysta?

PZ: Agustiego Fernandeza poznałem, gdy to on kierował zespołem na wspomnianym festiwalu. Wyszedł zresztą z tego trzypłytowy album. Tam też spotkałem się z Marcinem Olakiem, z którym ciekawa historia się wiąże.

Grałem z perkusistą Hubertem Zemlerem, a Hubert z kolei z Marcinem w jego trio. I Hubert się śmiał, że ja i Marcin jesteśmy na zupełnie różnych biegunach. Moje podejście fantastycznonaukowe i strukturalne przywiązanie Marcina były odległe względem siebie. Przy okazji powstania zespołu Agustiego Fernandeza i wykonania jednego z utworów Bogusława Schaeffera polubiliśmy się. Od tamtej pory gramy razem. Spajającą klamrą tego wszystkiego okazała się płyta z Agustim Fernandezem i Marcinem Olakiem. Odbyliśmy piękny spacer po lesie, weszliśmy do studia i po prostu przycięliśmy kilka dobrych take’ów.

Jak przebiegało nagranie albumu “Spontaneous Chamber Music vol. 2”?

PZ: Każdy z nas miał dwa arsenały środków wyrazu. Agusti miał fortepian klawiaturowy i fortepian strunowo-preparowany. Marcin gitarę klasyczna i elektryczną, a ja skrzypco-trąbkę i altówkę. Zagraliśmy kilka utworów spontanicznie w trio, potem postanowiliśmy zrobić miniaturki w duetach. No i Agusti raz na jakiś czas zapytywał: wolisz klawiaturowy, czy strunowy? Było więc bardzo miło i przyjaźnie.

Na szczęście nie brakowało tej iskry. Czasami muzycy wchodzą do studia. Wszystko się niby zgadza, artyści są wyśmienici i darzą się sympatią, a mimo to czegoś brakuje. W tym przypadku było to coś. Przepraszam, Michał Kupicz był (śmiech). On nie jest czymś, tylko kimś wyjątkowym. Stwarza dobrą atmosferę i pięknie nagrywa. To może on był tym kimś.

W każdym razie weszliśmy do studia. Nagrywaliśmy od rana, bo chcieliśmy zdążyć wieczorem na koncerty Ad Libitum. To była sesja w ciągu dnia, przedobiednia, w pełnym słońcu. I taka energia chyba jest na tym albumie. To nie jest nocna muzyka.

Jestem zadowolony z tej płyty i z tego, że udało się zagrać z Marcinem i Agustim. Ważne dla mnie jest także to, iż zachowałem swój głos w tym zespole.

Czy zdarza Ci się porównywać oba wolumeny “Spontaneous Chamber Music”? Jakie wnioski z tego wyciągasz?

PZ: Tak, słuchałem porównawczo obu płyt. Było to ciekawe. Dzięki temu dowiedziałem się, jak pracowaliśmy wtedy, a jakie podejście do tematu przyświecało nam teraz. No i to spotkanie z Agustim, który jest mistrzem.

Taka dygresja, bo muszę o tym powiedzieć. Agusti, na początku jak był strojony fortepian, sprawdzał go w studiu i zagrał Arię z Wariacji Goldbergowskich Bacha. Zagrał ją tak, że chciałbym ją mieć na płycie. Mam wiele wykonań Bacha, Wariacji również, ale ta była przepięknie zagrana. Od razu okrzepliśmy z Marcinem. Dowiedzieliśmy się tak naprawdę z kim mamy do czynienia i z jak wielkiego formatu artystą współpracujemy.

Takie porównanie, jak graliśmy z Mikim Wieleckim, a jak z Agustim Fernandezem, jest bardzo istotne. Z Mikim pierwsze spotkanie odbyło się w studiu. Proszę więc słuchać i wyciągać wnioski samemu. Ja bardzo lubię tę pierwszą płytę. Jest bardzo motywiczna. A ta nowa raczej energistyczna. Ciekaw jestem jaki będzie kolejny album.

Te płyty to wciąż ważne wydarzenia w życiu muzyków. Są to takie punkty, do których się dąży. Cieszę się, że to zebranie muzyki w około 50-minutowym formacie wciąż funkcjonuje.

A czy ten format nie ogranicza spontaniczności w tworzeniu?

PZ: Wydaje mi się, że nie. Oczywiście można grać bardzo długo. Realnie ten format około 60-minutowy, co sprawdziliśmy z klarnecistą Pawłem Szamburskim, to jest ten czas spontaniczności. Wtedy rzeczywiście są pomysły, jest strumień i uważność, a także pomysłowość. Później następuje już jakiś rodzaj zmęczenia. Być może jest to związane ze słuchem, a może inwencją. Zastanawiam się co to jest. Te 50-60 minut to jest taka dawka muzyki, kiedy można być kreatywnym. Poza tym to taki ludzki format, zarówno dla artysty, jak i słuchacza.

A jak się ma rdzeń Spontaneous Chamber Music, czyli Twój duet z Marcinem Olakiem znany wcześniej jako Ryba?

PZ: Teraz jesteśmy już Spontaneousem, żeby już nie mnożyć bytów. Cały czas wzmacniamy ten rdzeń. Jednocześnie podejmujemy projekty na duet. Zagraliśmy koncert do filmu “Nosferatu - symfonia grozy”. Teraz będziemy na Święcie Niemego Kina w warszawskim Iluzjonie. Wykonamy na żywo muzykę do filmu „Hiszpańska tancerka” z Polą Negri w roli głównej.

Poza tym, że nasz duet jest rdzeniem Spontaneous Chamber Music, to kolejną zasadą jest to, żeby spotykać się z innymi muzykami. Myślę, że kolejnym krokiem powinno być stworzenie większego składu niż trio. Ale jeszcze się nad tym zastanawiamy razem z Marcinem, gdyż chcemy, żeby ten krok był uciechą dla nas wszystkich.

Co planujesz na najbliższe miesiące?

PZ: Niebawem premiera płyty, na którą bardzo czekałem. Jest ona efektem spotkania z trębaczem Arturem Majewskim. Namierzaliśmy się już od dłuższego czasu, gdyż Mikrokolektyw i SzaZa spotykały się już na różnych festiwalach. Pewnego razu umówiliśmy się z Arturem. I nagraliśmy piękny materiał, który będzie się nazywał “Czas Panowania Traw”. Jest to muzyka na trąbkę z delay’ami i na moją elektroakustyczną altówkę z przetworzeniami, oscylatorami itd. Zupełnie inny materiał od tego, co robię ze Spontaneous, które jest raczej akustyczne i bardzo czyste brzmieniowo. W tym przypadku będzie elektroakustyczna muzyka, którą wyda Fundacja Kaiser Söze. Premiera już niebawem, będziemy też grać koncerty.

Drugi temat to Nebular Noise, czyli mój duet z Olgą Mysłowską, którą można kojarzyć z Polpo Motel. No i ten duet właśnie powiększył się do tria (śmiech). Dołącza do nas Miłosz Pękala na wibrafonie i elektronicznych instrumentach. To właściwie elektroniczny zespół. Kosmiczne, smutne historie. W ogóle wszystko zaczęło się od tego, że zaczęliśmy przygotowywać najsmutniejsze piosenki na świecie, m.in. pieśni renesansowe Johna Dowlanda. Chcieliśmy je wykonać elektronicznie. Zrobiliśmy ich kilka, ale zaczęliśmy spontanicznie wytwarzać nasz własny materiał i skupiliśmy się na tym. Teraz będziemy pracowali nad płytą.

Jest jeszcze jeden zespół-niespodzianka, na który bardzo się cieszę. Znowu chce mi się pisać piękne melodie. A przez dłuższy czas nie wierzyłem w to, że można. Wróciło to do mnie i mam ochotę pracować w ten sposób. Mam nadzieję, że będzie to bardzo ciekawy materiał. Ale na razie więcej nie mówię, bo zespół się jeszcze wykluwa.