Absolutnie powinniśmy się po prostu, kurwa, obudzić - wywiad z Julianem Lagem

Autor: 
Przemysław Chmiel
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Przemysław Chmiel: Przesłuchałem ostatnio prawie wszystkie albumy w Twojej dyskografii…

Julian Lage: Wow, świetnie!

P.Ch.: ...i zaciekawiło mnie to, że przynajmniej cztery z tych płyt to albumu nagrane w duecie..

J. L.: Tak, masz rację!

P. Ch.: Trzy z tych płyt nagrałeś z innymi gitarzystami. Co zainteresowało Cię w graniu akurat w duecie?

J. L.: W młodości miałem zajęcia z Randym Vincentem, świetnym gitarzystą. Częścią mojej edukacji, i myślę że jest to specyficzne właśnie dla gitarzystów, było to, że graliśmy koncerty w duetach. Graliśmy w restauracjach, barach, klubach, a następnie omawialiśmy te koncerty podczas lekcji. Dwie gitary brzmią ze sobą naprawdę dobrze. Nawet jako dziecko czułem się w tym bardzo dobrze. Takie granie to spora odpowiedzialność – i nie chodzi mi tu o odpowiedzialność jako ,,ciężar” – ale masz wpływ na akompaniament, na granie solówek, na melodię, na sposób realizowania pulsu. Bogactwo możliwości. Bardzo duże. Kiedy dodasz trzecią osobę do składu to tak jakbyś dodał 100 osób, bo tych kombinacji robi się dużo więcej, prawda? Jako muzyk na pewno o tym wiesz. Ale duet jest dla mnie najbardziej klarowny – w pewnych aspektach bardziej od grania solo – dlatego, że wydaje się być od razu treściwy. Także duet jest dla mnie najbardziej komfortowy, później trio,  na końcu solo. Im bliżej formuły solo, tym mniej komfortowo. Podobnie zresztą jest z tymi płytami, o których wspomniałeś. Wiesz że ten partner ma swoją silną osobowość. Fred Hersch – wybitny muzyk. Nels Cline – wybitny muzyk. Chris Eldridge – wybitny muzyk. Nagle mówimy o tradycji bluegrassowej – także widzisz jak ci muzycy różnią się między sobą. Dwóch muzyków to wszystko czego potrzebujesz. To jest trochę tak, że moje 100% i 100% tego drugiego muzyka daje 200%. Jest to potężne. Dlatego tak bardzo to lubię.

 

P. Ch.: To zabawne, że choć zdaniem niektórych osób gitara i fortepian zawsze będą w pewnym sensie walczyć ze sobą w muzyce, to Ty i Fred brzmicie tak barokowo, jak dwa głosy zmierzające w tym samym kierunku. Pięknie, bardzo mi się to podobało.

J. L.: Dziękuję, to bardzo miłe.

P. Ch.: Niektórzy artyści grają z tymi samymi muzykami przez lata, ale ty akurat często wybierałeś różnych partnerów na kolejne albumy co jest fajne, bo można usłyszeć cię dzięki temu w różnych muzycznych układach. Ciekawi mnie czym kierujesz się wybierając muzyków na swoje płyty?

J. L.: Fajne pytanie. Jak łapiecie się na płytę. Jest to kwestia zgrania się pewnych rzeczy w czasie. W moim pierwszym trio grali Kenny Wollesen i Scott Colley. Grałem ze Scottem sporo w zespole Gary’ego Burtona. Chciałem dołączyć go do mojego tria. Kenny natomiast – uwielbiałem jego grę, myślałem o graniu z nim, ale nigdy razem nie graliśmy. Także wtedy pomyślałem tak: weź jeden element komfortowy – czyli Scotta – i dodaj element czegoś nowego. Potem jeździliśmy w trasy koncertowe i Scott nie mógł z nami koncertować, ale Jorge Roeder mógł. Były też sytuacje, w których ani Scott, ani Kenny nie mogli zagrać, zacząłem więc myśleć o Dav’ie Kingu. Jeśli żaden z perkusistów nie mógł, w mojej głowie pojawił się Eric Dube, który następnie także był częścią mojego tria. Dobrze czuję się grając z różnymi muzykami, ponieważ wszyscy oni są bliskimi mi osobami. Każdy należy do tej samej drużyny, w tym sensie że każdy z nich to jeden z najlepszych muzyków na świecie, wiesz co mam na myśli. Niezależnie od tego z którym z nich gram, jestem szczęśliwy. Każdy z nich wnosi swoje cechy. Ale pytałeś mnie o to, jak wybieram muzyków na płyty. Kiedy nagrywałem te konkretne płyty, akurat z danymi muzykami współpracowałem najczęściej. Był na przykład taki moment kiedy nie graliśmy zbyt dużo, ale sporo rozmawialiśmy o wspólnym graniu i akurat dostałem propozycję nagrania płyty, a dzień wcześniej dostałem propozycję zagrania koncertu. Wziąłem wtedy Dave’a na koncert i wiedziałem że potem nagra też ze mną płytę. Czasami chodzi też o trochę wiary, o bawienie się tym. Możesz zrobić na co tylko masz ochotę. Ostatnia kwestia jest jeszcze taka, że jak już wiem kto nagra ze mną płytę, to muzyka którą nagramy będzie bardziej nakierowana na tych muzyków. Jak wiem że nagrywam z Kennym i Scottem, chcę mieć pewność, że napisane dla nich partie będą w zgodzie z ich naturalnym sposobem grania, z ich wrażliwością. Tak samo jest z Dave’m i z Jorge. Muzyka którą gram z Dave’m i Jorge bywa czasami inna. Wydaje mi się że teraz, razem z tą ostatnią płytą, to wszystko zacznie się stapiać, co jest dobre. Chciałbym żeby to wszystko brzmiało jak Muzyka z Trio Juliana. To by mi się bardzo podobało.  Postrzeganie tego jest jednak bardzo indywidualne. Bardzo indywidualne.

P. Ch.:  Zapewne mogę założyć, że zapraszasz do współpracy takich muzyków, z którymi dobrze brzmicie razem jako zespół. Ale czy uważasz, że wasze osobiste relacje są tu istotne?

J.L.: To jest najważniejsze. Absolutnie. Wydaje mi się, że nie musisz grać z dupkami, nie musisz grać z ludźmi, z którymi nie czujesz się świetnie. Na szczęście w tym środowisku jest dużo świetnych ludzi. Jest tu dużo wspólnoty, miłości, ryzyka. Wszyscy mamy problemy, które w pewien sposób nas łączą. Jedną z rzeczy które uwielbiam w jazzie jest to, że jesteśmy w tym razem i że nie jest to główny nurt. Wiesz co mam na myśli? Że jest to subkultura genialnych, kochających ludzi pełnych pasji. Czuję, że wręcz powinniśmy trzymać się razem. Słyszy się czasem historię o ludziach, których źle potraktowano. Ale nie musisz tego robić, jeśli coś ci nie odpowiada. Nie jest też tak, że twoi koledzy z zespołu muszą być twoimi najlepszymi przyjaciółmi, ale jako muzyk sam pewnie o tym wiesz. Miałem tak naprawdę dużo szczęścia, że gram z ludźmi których uwielbiam. Są dla mnie jak bracia. Inspiruje mnie ta sytuacja, sprawia że chcę być dla nich dobry i że chcę stawać się lepszy dla nich. To jest duże szczęście, duże szczęście.

 

P. Ch.: Uczyłeś się i jazzu i klasyki, podejrzewam więc że spotkałeś na swojej drodze sporo nauczycieli, którzy powiedzieli ci wiele o grze na gitarze, o harmonii czy kompozycji, ciekawi mnie jednak czy spotkałeś kogoś takiego, kto wpłynął na ciebie jako na artystę?

J. L.: Absolutnie. Kilka osób przychodzi mi o głowy, miałem to szczęście spotkać na swojej drodze mentorów. Moi rodzice są moimi mentorami w pewnym sensie. Kocham ich, są moimi rodzicami, ale są też naprawdę genialni i dzielili się ze mną różnymi rzeczami przez całe moje życie. Jeśli chodzi o muzyków, to Gary Burton był chyba pierwszą osobą, która pokazała mi co to znaczy być profesjonalnym muzykiem. Jak układać kolejność utworów na koncert, jak zrobić próbę dźwięku, jak wyprodukować nagranie. Jak zrobić to wszystko… profesjonalnie. Jim Hall był kolejnym z moich mentorów, który nauczył mnie że muzyka jest sztuką. Żeby postrzegać improwizację nie jako ,,to umiem, to zagram w taki sposób, tego nauczyłem się w szkole”, tylko żeby postrzegać ją jako pędzel malarza: masz ogromny wybór. W kwestii twojego brzmienia, podejścia do instrumentu, jak muzyka będzie postrzegana. Ale jest to dziedzina sztuki. John Zorn to prawdopodobnie trzeci z mentorów. Pracowałem z nim tak wiele razy, że czuję się w jakimś sensie jego uczniem, kontynuatorem jego wizji. I jest to kwestia postrzegania muzyki jako sztuki, ale także tego, że muzyka to część naszej ludzkiej natury. Potrzebujemy tego, jest w nas jakaś wewnętrzna, silna potrzeba. Nie tylko dlatego że możemy, tylko dlatego że nie będziemy żyć wiecznie, umrzemy, chcemy zostawić po sobie rzeczywistość w lepszym stanie, niż ten w którym ją zastaliśmy. Z Johnem chodzi też o tę wspólnotowość w tym sensie, że John napisze sto kompozycji, a my przyjedziemy do Polski i zagramy je z trzydziestoma muzykami, w piętnastu zespołach. On swoim działaniem tworzy nowe działanie. Zawsze to w nim podziwiałem. To trochę coś takiego, jak robił Duke Ellington. Tworzymy rzeczy dla rozwoju wspólnoty, nawet po tym jak odejdziemy. Także to są trzy osoby, które pokazały mi rzeczy, o których wcześniej nie myślałem. Albo może były gdzieś wcześniej z boku, w mojej psychice. Pewnie znasz taką sytuację, jak ktoś coś ci opowiada a ty myślisz sobie, że ,,jest w tym dużo racji, myślę podobnie”, ale nie przyszło ci to wcześniej do głowy, zanim ktoś tego nie wypowiedział.

P. Ch.: Jedną z płyt, które nagrałeś powiedzmy jako sideman, był Voyager Erica Harlanda. Jak wspominasz tą przygodę?

J. L.: Pierwsza płyta to było chyba  ,,Live by night” – jeśli o tej płycie mówisz – to nagranie nie było zaplanowane, to był nasz pierwszy koncert.

P. Ch.: Naprawdę? Wow!

J. L.: Tak. Ktoś to wtedy nagrał, a dopiero później Eric zdecydował się to wydać. I ta płyta brzmi świetnie! Taylor Eigsti i ja znamy się od bardzo dawna, uwielbiam go, i na początku Eric Harland i Rueben Rogers grali w trio Taylora. Ja grywałem z Taylorem bardzo dużo. W pewnym momencie Eric stwierdził, że chciałby zaprosić mnie i Taylora do swojego zespołu, a następnie Harish Raghavan i Walter Smith dołączyli. Na początku to był Harish i Chris Potter. Zagraliśmy jeden koncert z Potterem w USA. A potem zaczęliśmy w Paryżu grać z Walterem i wtedy to był ten właśnie koncert. Ten zespół sformował się bardzo organicznie. Naprawdę uwielbiam Erica. On jest jednym z moich duchowych mentorów w życiu. Graliśmy potem razem sporo w zespole Charlesa Lloyda. Czuję się szczęściarzem, bo Eric jest wspaniałą osobą i do tego cały czas się rozwija – czyli wszystko o czym można marzyć, prawda?

 

P. Ch.: Słuchając twojej muzyki można zauważyć że uwielbiasz różne estetyki i czerpiesz inspiracje z różnych gatunków muzyki, nie słyszałem u ciebie jednak inspiracji muzyką free improvised, może jakąś odrobinę na płycie z Nelsem Cline’m. Słuchasz w ogóle takiej muzyki?

J. L.: Tak, słucham tego najwięcej. Cokolwiek z muzyki Ornette’a, albo Paula Bley’a, sporo Dewey’a Redmana, cokolwiek z muzyki Paula Motiana. I masz rację co do moich płyt… Boże, ostatnio nagraliśmy taką dobrą płytę, która niedługo będzie wydana. Trochę takich rzeczy jest na moich płytach z wytwórni Zorn, gdzie można tam kupić tylko fizyczną płytę CD. W każdym razie właśnie nagraliśmy płytę ze mną, Johnem Zornem, Kennym Wollesenem i Jorge, jako Masada, nowy kwartet. Ta płyta w większości zawiera muzykę free improvised. W takiej swobodnej improwizacji najbardziej fascynuje mnie to, w jaki sposób z improwizowania wyłaniają się piosenki. To jest tak jak posłuchasz Ornette’a, Dewey’a albo Charliego Hadena. Mówię cały czas o tej ekipie na potrzeby tej rozmowy – wiadomo, że to jest globalne zjawisko. Ich sola są tak jak u Archie’go Sheppa, tak jakby były piosenkami, tak jakby w ich improwizacjach zawierały się piosenki o miłości. Także moja fascynacja rytmem i melodyką i to jak wyrastają one ze swobodnej improwizacji, to interesuje mnie najbardziej. Nie swobodna improwizacja jako coś co dzieje się tylko tu i teraz. Ale słucham rzeczywiście sporo takiej muzyki.

P. Ch.: Ostatnio podczas rozmowy, moja znajoma która też jest muzykiem powiedziała, że muzyk mający sporą popularność i sporo obserwujących go fanów w mediach społecznościowych mógłby użyć swojej rozpoznawalności do wypowiadania się na temat rzeczy istotnych, takich jak polityka czy problemy społeczne. Co o tym sądzisz?

J. L.: Absolutnie tak. Myślę że to zależy oczywiście od osoby. W ostatnim roku wydarzyło się tak dużo popieprzonych rzeczy na świecie, niestety nie było to nic nowego. Rasizm, szczególnie w USA… nazwanie tego ogromną tragedią nie oddaje powagi zjawiska. Jak zaczęła się pandemia - Ameryka zaczęła rozliczać się z tragiczną historią rasizmu i białej supremacji, wówczas coraz więcej zacząłem myśleć o tym co oznacza bycie artystą i jakie mamy narzędzia. Stworzyłem stronę internetową guitar.study, gdzie zaczęliśmy nauczać, gdzie zbieraliśmy pieniądze w celu wsparcia organizacji anty-rasistowskich, wsparcia walki o prawa reprodukcyjne kobiet na Południu, czy inicjatywy związane ze zmianami klimatu. Wiesz, mamy stronę, możemy zarobić na niej jakieś pieniądze, przeznaczmy je więc na tego typu cele. Jeden dolar od każdego sprzedanego biletu z naszych koncertów także idzie do tych organizacji. W taki sposób używam mojego głosu w tych sprawach. Jak zdobyć środki, to mnie teraz zajmuje. I poświęcenie się edukowaniu siebie, aby dzięki temu móc się wypowiedzieć. Ta muzyka to tradycja afro-amerykańska, forma sztuki, czuję się szczęściarzem, że mogę być dzieckiem tej tradycji. Absolutnie powinniśmy się po prostu, kurwa, obudzić. I jest wiele sposobów na to, wiele narzędzi komunikacji. Ja osobiście nie mam konta w social mediach. Mój management ma, moja wytwórnia również. Nie udzielam się tam od lat, nie czuję żeby to było moje miejsce. Natomiast angażuję się szukając różnych platform do wyrażania moich przemyśleń. Myślę że każdy ma jakiś swój stosunek do tych rzeczy. To co my robimy to poszukiwanie środków, uświadamianie, pieniądze, edukacja. No i do tego jest jeszcze muzyka jako dziedzina sztuki… muzyka powinna brzmieć jak protest. Z artystycznego punktu widzenia – to są moje przemyślenia. Jako nauczyciel – uczę bardzo dużo. Jest to rodzaj służby społecznej, szczególnie jak rozmawiasz z młodymi ludźmi i mówisz im w jakim kontekście zamierzają się znaleźć, jak się obudzić i jak czynić dobro. I wydaje mi się, że ta platforma komunikacji jest potężna. Uważam też, że każdy powinien odnaleźć swój stosunek do tych spraw, ale powinniśmy działać i coś robić.

 

P. Ch.: Julian w młodości nazywano cię genialnym dzieckiem i posmakowałeś sławy bardzo wcześnie, podejrzewam że było wiele zalet tej sytuacji. Patrząc na to z perspektywy trzydziestolatka, dostrzegasz jakieś wady, ciemne strony tego wszystkiego?

J. L.: Hmm. Nic nie przychodzi mi do głowy. Byłem uznawany za cudowne dziecko przed erą YouTuba, przed social mediami. Mogłeś usłyszeć mnie tylko jeśli zagrałem w twoim mieście, a ja wtedy nie koncertowałem. Ćwiczyłem po prostu w domu na gitarze, będąc rzeczywiście bardzo młodym, i ćwiczyłem naprawdę dużo. Ale myślę że moja sytuacja nie była tak trudna jak mogłaby być dzisiaj. Wiesz o co mi chodzi? Ja nie nagrałem żadnej płyty dopóki nie miałem 21 lat. Pomimo tego, że zacząłem grać na gitarze w wieku 5 lat. Oczywiście poświęcono mi dużo uwagi, ale pamiętaj że ludzie starają się być bardzo mili, widzą dziecko które coś tam robi i mówią ,,Jesteś świetny!”. Oni potrzebują widzieć we mnie geniusza. Potrzebują widzieć we mnie geniusza, bo daje im to radość. Dla mnie zawsze jasne było to, że ta sytuacja nie mówi nic o mnie, a mówi właśnie o nich. Nie pozbawiałbym ich tego. Ale byłem tajemnicą przez 20 lat. Może teraz zaczyna się o tym mówić głośnej. Czuję, że to dzisiaj może być to dla kogoś bardzo drażliwe, jeśli masz 10 lat, jesteś w czymś dobry i naprawdę wszyscy to widzą. To musi być ogromna presja. Ja nie miałem takiej presji. Ja słyszałem: ,,Idź, poćwicz sobie na gitarze”. Musimy kończyć rozmowę. Świetne pytania, bracie.

P. Ch.: Dziękuję Ci za twój czas!