Arild Andersen – mistrz ze Skandynawii

Autor: 
Marta Jundziłł
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Sam o sobie mówi: „Moim największym sukcesem jest, to że wciąż jestem na scenie. Mało tego, nadal mam poczucie, że dopiero zaczynam”. Arild Andersen, pomimo 70 lat na karku jest jednym z bardziej kreatywnych, nowatorskich i otwartych kontrabasistów jazzowych. Doskonałe wyczucie stylu i silne, przestrzenne brzmienie to atuty, dzięki którym już lata temu zdominował europejskich kontrabasistów. Obecnie płyty Arilda Andersena ludzie kupują w ciemno. Nic dziwnego, bo każdy projekt z jego udziałem to stylistyczna perełka.

Arild Andersen swój pierwszy poważny pomysł zrealizował z Janem Garbarkiem na przełomie lat 70 XX. wieku. Kwartet (wraz z Tyrje Rypdal i Jonem Christensenem) debiutanckie albumy wydawał w raczkującej wówczas wytwórni ECM (Afric Pepperbird, 1970; Sart, 1971). W tym samym czasie Arild Andersen był w sekcji rytmicznej towarzyszącej koncertom amerykańskich gwiazd, odwiedzających w tamtym czasie Oslo. Dzięki tej „posadzie” poznał Dextera Gordona, Billa Frisella, Sonny’ego Rollinsa, Chicka Corea i wielu innych topowych graczy, którzy zainspirowali go do kilkuletniego pobytu za oceanem. Dla Andersena zaczął się amerykański sen. W Stanach Zjednoczonych powstał zamysł o pierwszym zespole skupionym przez kontrabasistę. Tuż po powrocie do Norwegii, Arild Andersen wcielił go w życie. Do współpracy zaprosił: Juhani Aaltonen – saksofon tenorowy, Lars Jansson – fortepian, Pål Thowse- perkusja.Kwartet ten w nieco zmienionym składzie (Jon Balke – piano, Knut Rissnaes – saksofony) wystąpił nawet w Polsce na Jazz Jamboree ’74.

 

Do dziś jednym z najbardziej rozpoznawalnych projektów kierowanych przez Andersena pozostaje kwintet Masqualero, który był trampoliną dla trębacza Nilsa Pettera Molvaera, czy Tore Burnborg – zaledwie dwudziestokilkuletnich muzyków, którzy obecnie są twarzami sceny skandynawskiej. Zespół nagrał zaledwie cztery płyty. Wszystkie bardzo plastyczne, nawet w swoich balladowych momentach mają rześki charakter, ale co ważniejsze –niesamowicie przestrzenny dźwięk.

Andersen od początku jest ściśle związany z wytwórnią ECM. Do dziś nagrał dla niej 23 albumy. To dzięki takim artystom jak on, studio w Oslo przez pierwsze lata było głównym miejscem nagrań ECM-u. Ostatnim albumem kontrabasisty we współpracy z monachijską wytwórnią jest „Mira” z Tommym Smithem na saksofonie i Paolo Vinaccia na perkusji.

 

Obecnie muzykę Andersena scharakteryzować należy jednym słowem: wielokierunkowa, właściwie w każdym względzie. Skupia się głównie na kameralnych składach, dzięki którym może poznać artystów którym powierza swoje pomysły. Gra zarówno ze swoimi starymi przyjaciółmi (Jon Christensen), jak i nowymi nazwiskami w świecie jazzu europejskiego.   Jego ostatni pomysł to współpraca z Marcinem Wasilewskim (obok Tomasza Stańko, jedynego polskiego artysty w ukochanej wytwórni Andersena- ECM). Wraz z polskim pianistą, Arild Andersen niebawem wystąpi u boku legendarnego perkusisty Milesa Davisa - Ala Fostera. Konfrontacja trzech pokoleń, trzech narodowości i trzech jazzowych geniuszy z różnych światów już dziś zapowiada się co najmniej interesująco.