Tworzenie albumu jest dla mnie tworzeniem przeżycia - rozmowa Davidem Virellesem

Autor: 
Kajetan Prochyra

Z Davidem Virellesem rozmawialiśmy ostatnio przed kilkoma laty, gdy nieliczni szczęśliwi sięgnąć mogli po jego album „Continuum”, wydany przez nowojorską oficynę Pi Recordings. W Polsce zaś ukazywała się płyta „Wisława” Tomasza Stańko, przy okazji której ten pochodzący z Kuby pianista zasilił szeregi kwartetu naszego znakomitego trębacza. Przez ten czas Virelles albumem „Mboko” dołączył do ekskluzywnego grona artystów wytwórni ECM. Podczas tzeszłorocznej Jazzowej Jesieni w Bielsku Białej David zaprezentował muzykę ze swojej nowej ECM’owskiej płyty – „Gnosis”.

Zanim porozmawiamy o Twojej nowej płycie „Gnosis” wróćmy do albumu, który ukazał się jedynie jako EPka na winylu i w plikach. „Antenna” - to bardzo specyficzna muzyka. Moje pierwsze skojarzenia po przesłuchaniu to szkicownik, w której na każdej stronie jest inny rysunek. Jak pracowałeś nad tym dość eklektycznym materiałem, gdzie obok Henry’ego Threadgilla słychać rap i dźwięki owadów?

David Virelles: Choć ten materiał ukazał się na płycie dopiero w ubiegłym roku, pracę nad nim zacząłem zaraz po płycie „Continuum”. Praca nad nim trwała wiele czasu. Miałem określony pomysł na to, co chcę przedstawić, ale długo trwało doprowadzenie tego do końca. Wymagało to także innego podejścia do samego procesu nagrywania. Nie była to jazzowa sytuacja, w której wchodzisz do studia i nagrywasz muzykę od pierwszego, do ostatniego utworu. Miałem pewne szkice, które przygotowałem na komputerze. Później pracowałem nad nimi wspólnie z producentem: moim przyjacielem Alexem Overingtonem. Od dawna podziwiałem jego twórczość, ale nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji by wspólnie popracować. Materiał powstawał krok po kroku. Muzycy, którzy zaanagażowali się w ten projekt są bardzo zajęci - koncertują po całym świecie, jak Marcus Gilmore, czy ja. Kolejnym etapem była produkcja dźwięku, projektowanie brzmienia tej muzyki. Zaczęliśmy pracę w 2012 roku. Materiał gotowy był chyba w2015. Rok później płyta się zmaterializowała.

Jakie były te szkice, od których wszystko się zaczęło? Jaki był punkt wyjścia?

Od kilku lat badałem możliwości tworzenia muzyki jedynie przy pomocy mojego komputera. Chciałem spróbować stworzyć muzykę bez użycia akustycznych instrumentów, lub też wykorzystując je w inny sposób niż dotychczas. Np. pierwszy i ostatni utwór na tej płycie - oba brzmią jakby były to nagrania terenowe. Dźwięki bębnów, które tam słychać są nagrane na taśmę i samplowane. Szczególnie zależało mi na brzmieniu taśmy, w tym tych charakterystycznych dla niej zakłóceń. Te nagrania wprowadziłem do samplera i z jego pomocą stworzyłem konkretne rytmy. Te zaś przepuściłem przez oprogramowanie i plug iny, których używam do produkowania i komponowania muzyki. Na początku nie myślałem o tym materiale jako o czymś co ma trafić na płytę. W pewnym momencie pojawiła się jednak taka szansa i to nadało pracy tempa i rozmachu.

Na płycie słychać wielu moich stałych współpracowników: jest Ramon Diaz czy Henry Threadgill, w którego zespołach gram, z którym gram w duecie, i od którego uczę się odkąd przyjechałem do Nowego Jorku, Marcus Gilmore, Rafiq Bhatia - z nimi wszystkimi łączy mnie głęboka muzyczna i duchowa więź. Chciałem by byli tego częścią. Pomysł na ten album polegał podjęciu tej starożytnej koncepcji, ale przedstawienie jej w sposób współczesny, wykorzystując środki wyrazu, technologii które dziś jest w naszym zasięgu.

Starożytnej koncepcji?

Tak. Gross muzyki, którą słychać na tej płycie bierze się z rytmów, które znajdziesz w tradycyjnej muzyce kubańskie - jednak wcale nie narodziły się na Kubie. Te rytmy są częścią starożytnej tradycji, które przez tysiąclecia zachowały się jedynie dzięki ustnym przekazom. Właśnie te zbiory wiedzy, zakorzenione głęboko w tradycji są dla mnie szczególnie interesujące. I to właśnie staram się badać. Związek z tradycją jest dla mnie niezwykle ważny. Staram się do niej podchodzić na swój własny, osobisty sposób. Próbuję połączyć to z moją rzeczywistością i tym co dzieje się dookoła tu i teraz.

Tytułowa „Antenna” to przekaźnik tych starożytnych tradycji do współczesności?

Nie do końca. To moje zainteresowanie w tej starożytnej kulturze i wiedzy przejawia się w sposób, który jest dzisiejszy i współczesny, bo spoglądam na nią przez okulary współczesnego Nowego Jorku i muzyki, którą żyję. Nie chodzi mi koniecznie o łączenie obu tych rzeczywistości - to po prostu narzędzia, którymi przyszło mi dysponować i które mnie interesują. Często łączenie dwóch różnych elementów - trochę tego, trochę tamtego - jest bardzo powierzchowne. Dlatego ważne jest dla mnie szukanie korzeni, badanie pochodzenia. Szukanie własnego sposobu ich interpretacji. Dopiero wtedy mogę być jednym z uczestników danej kultury.

Każdy Twój autorski album jest rodzajem dźwiękowego spektaklu. Nie jest to zbiór piosenek. Jak podchodzisz do pracy w studio?

Tak. Nagranie jest dla mnie czymś zupełnie innym niż koncert. W studio możesz manipulować dźwiękiem na wiele różnych sposobów. Tworzenie albumu jest dla mnie tworzeniem przeżycia, dlatego też wymaga ono szczególnej troski o szczegóły. Słuchałem materiału w kółko, szukając tego, co mogę ulepszyć. Choć oczywiście może to przynosić piękne owoce, sam nie jestem tak bardzo zainteresowany nagrywaniem płyty, która jest dokumentacją: zapisem zespołu, który gra muzykę. Chcę by moja muzyka miała swój sens i leżącą u jej podstaw ideę - nie tylko w sensie filozoficznym czy psychologicznym, ale także dźwiękowym. Kiedy tworzę płytę bardzo wiele uwagi poświęcam produkcji. Tu nie chodzi o nagrywanie piosenek, ale o pewną deklarację, zabranie głosu w sprawie. To wypowiedź na temat tradycji i jej przedłużenia we współczesności.

Czy „Gnosis” jest kontynuacją „Mboko” i „Continuum” czy to dla Ciebie nowy rozdział?

To jedno i drugie. Dla mnie to logiczna kontynuacja procesu, który zacząłem płytą „Continuum”. Album stanowi oczywiście zamkniętą całość, ale dla mnie to cały czas praca w procesie. Płyta jest, mimo wszystko, punktem na linii kreatywności, wzdłuż której staram się podążać. „Continuum”, „Mboko”, „Antenna” i „Gnosis” są częścią tej samej koncepcji. Oczywiście powstały w różnych momentach mojego rozwoju, angażowały różne osoby, które wnosiły do tych projektów odmienne umiejętności - po to ich zapraszałem. Ale wszystkie są spokrewnione. Wszystkie realizują tę samą ideę: szacunek dla kultury, szacunek dla tradycji i szukanie jej początków.

Jak powstała Gnosis? Utwór miał swoje prawykonanie jeszcze w 2015 rok w Toronto. Dopiero co ukazał się na płycie. Koncert w Bielsku będzie europejską premierą utworu.

Początek wszystkiego w tym utworze wziął się z fortepianu. Chciałem napisać utwór na fortepian. Kiedy zaczęły się krystalizować pomysły, wyłaniać formy, wszystko zaczęło rosnąć. Wiedziałem, że chcę wykorzystać brzmienie tego konkretnego zespołu, barwy tych właśnie instrumentów. Długo przygotowywałem się do pisania. Czytałem, dokumentowałem. Dłużej zajęły mi moje badania, niż samo pisanie muzyki. Muzyka powstawała w trasie. Część napisałem w Sienie, gdzie w 2014 przebywałem na rezydencji. W Brazylii pa koncercie, postanowiłem zostać tydzień dłużej w Sao Paulo. Oczywiście wiele pracowałem w domu. Wchodząc do studia miałem szczegółową mapę utworu - wiedziałem co, jak i kiedy ma się wydarzyć. Jednak w kiedy ta dźwiękowa rzeczywistość staje przed twoimi oczami, pojawiają się nowe możliwości. Niektóre z nich udało nam się rozwinąć w trakcie nagrania.
Koncepcyjnie, to rozwinięcie tego, nad czym pracuję od wielu lat - można powiedzieć, że wszystko zaczęło się gdy jeszcze mieszkałem na Kubie, kiedy byłem nastolatkiem. Dopiero teraz czuję, że to, co zaczęło się wtedy, teraz zaczyna przynosić rezultaty.

To znaczy?

Wtedy chciałem wchłonąć bardzo wiele muzyki, na której działanie byłem wystawiony. Zawsze byłem wielkim fanem Theloniousa Monka, Buda Powella, Andrew Hilla czy Cecila Taylora. Chciałem jak najgłębiej poznać te tradycje - inne od tych, w których dorastałem. Studiowałem tę muzykę, starałem się nawiązać kontakt z tymi, którzy byli jej blisko – z ludźmi takimi jak Barry Harris, Kenny Barron, Stanley Cowell. Oni byli dla mnie przekaźnikami tej tradycji, historii i muzyki. Chciałem znaleźć się w miejscu, w którym mógłbym dotrzeć do źródła, zrozumieć jakimi zasadami rządzi się ta muzyka - oraz jakie relacje łączą taką muzykę, z tą, w której dorastałem ja.

Thelonious Monk jest dla mnie wzorem, nie tylko co do muzycznej treści, ale co do formy, idei tego kim jest muzyk. Monk, Ellington - oni używali fortepianu do tego by przekazać wiadomość, przekazać duchowość. Jednak ich muzyka zakorzeniona jest głęboko w tradycji. O Monku mówi się jako o wielkim innowatorze - jasne, ale był nim dlatego, że doskonale czuł i rozumiał tradycję tej muzyki, wywodzącej się z Harlemu. Grał z tak wieloma muzykami owego miejsca i czasu. Był częścią tej kultury. Nawet będąc muzykiem niezwykle kreatywnym, wciąż musiał spełniać pewne tradycyjne parametry. Wciąż musiał być zrozumiały dla muzyków, z którymi grał. Mówi się o nim jako o outsiderze. Oczywiście był jedyny w swoim rodzaju, był geniuszem, ale przede wszystkim nosił w sobie szacunek do kultury i tradycji, z której się wywodził. Wielu zapomina o tym, zbyt wiele uwagi poświęcając jego kapeluszom i okularom.

Na pewnym powierzchownym poziomie, wiele osób bierze jakieś kubańskie rytmy, łączy je z jazzowymi harmoniami. Mnie interesowała wejście głębiej. Zrozumienie sposobu, w jaki funkcjonują te rodzaje muzyki - i dlaczego. Dla niektórych wartością samą w sobie jest osobista wypowiedź - i to jest piękne. Jednak dla mnie niezbędne do tego jest oparcie w materiale. Muszę się wciąż wiele nauczyć. Jestem wiecznym studentem muzyki i kultury. Studiowałem więc to, co te kultury mają ze sobą wspólnego.

Jak bardzo, jeśli mogę to tak nazwać „mistycyzm kubański” jest częścią Twojego doświadczenia?

Muzykę kubańską często odbiera się przez pryzmat muzyki tanecznej, rozrywki - czegoś, co towarzyszy towarzyskim spotkaniom. W rzeczywistości jej korzenie wrośnięte są głęboko w sferę religii. To, co ludzie nazywają „salsą” ma swoje źródło w rytuałach i praktyce duchowej. Ja w tej tradycji wyrosłem.
Interesuje mnie sposób w jaki te tradycje udało się zachować, mimo okresu niewolnictwa, aż do dziś. To muzyka pozwoliła zachować ludziom ich tożsamość. To mnie interesuje. To, w jaki sposób muzyka wykorzystywana jest w kontekście rytuału i jak może być łącznikiem, spoiwem, katalizatorem. To cecha, którą znaleźć możesz w wielu miejscach, w których znalazła się muzyka z Afryki.

Nie będę ukrywał, że świat, który przedstawiasz na swoich płytach jest dla mnie – jak i pewnie dla większości słuchaczy – ziemią niemal zupełnie nieznaną. Na ile bierzesz pod uwagę fakt, że mało kto zna korzenie kultury kubańskiej tak jak ty.

Pochodzę z miejsca o bardzo określonej kulturowej tożsamości. Chcę ją poznać jak najlepiej, bo czuję z nią bezpośrednie połączenie. I choć ty możesz czuć się w tym świecie jak outsider, ja szukam właśnie tego co tkwi głębiej, co czerpie z naszego człowieczeństwa. Mamy wiele tych samych problemów, pomysłów, odczuć. Do tego staram się dotrzeć. Narzędzia, którymi próbuję to osiągnąć związane są oczywiście z tym gdzie dorastałem, skąd pochodzę - co jest dla mnie ważne: w tym zachowanie i rozwój mojej kultury - ale nie musi to znaczać, że ktoś, kto wychował się w innej kulturze nie będzie mógł czerpać z tego przyjemności. Kiedy słucham muzyki z Indii czuję się jak outsider, ale to nie znaczy, że nie sprawia mi to przyjemności. Podobnie gdy słucham muzyki brazylisjkiej, afrykańskiej, balisjkiej, koreańskiej. Oczywiście często nie znam szczegółów czy zasad, według których jest ona zorganizowana, ale jestem poruszony nią na poziomie wibracji. I może to jest to, do czego chcę się dostać.

Czy w domu, w którym dorastałeś tradycyjna muzyka kubańska była mocno obecna, czy odkryłeś ją dopiero później?

Kiedy jesteś dzieckiem, nie do końca rozumiesz, czego doświadczasz. Kiedy dorastasz i, przy odrobinie szczęścia, stajesz się nieco mądrzejszy, zaczynasz dostrzegać wagę rzeczy i patrzeć na nie inaczej. W tym zwłaszcza na to, co przekazywali ci rodzice, czy wokół czego przebywałeś. Moi rodzice są muzykami. W domu słychać więc było pieśni mojego ojca, który jest piosenkarzem i autorem  tesktów. Moja mama jest flecistką w orkiestrze - stąd często bywaliśmy na koncertach symfonicznych. Do tego świat ich znajomych i całe to otoczenie. Od bardzo wczesnego wieku byłem wystawiony na działanie praktycznie każdej muzyki, jaka wydarzała się wtedy w Santiago. Byłem częścią ich świata, a był to świat artystów.

Kiedy opuściłem Kubę, zyskałem dostęp do wielu źródeł, do których nie miałbym szansy trafić na wyspie. Pochodząc z Kuby, żyjąc poza nią a przy tym mając okazję swobodnie podróżować tam i  z powrotem, nawiązywać relacje z tamtejszymi artystami i w ogóle z ludźmi, daje mi inną perspektywę niż gdybym cały czas mieszkał na Kubie. Mogę z innego punktu widzenia spoglądać na różne elementy mojej własnej kultury. Zyskuję dystans, który pozwala mi spojrzeć na wiele spraw szerzej. Z drugiej strony mam dostęp do zasobów, dzięki którym mogę pogłębiać moją wiedzę. To doświadczenie wielu ludzi, a z pewnością wielu artystów, którzy opuszczają swoją ojczyznę, czy miejsce, które nazywali domem. Z pewnością dotyczy to wielu artystów pochodzących z Kuby.

Kolejnym Twoim nauczycielem, a może już przybranym członkiem rodziny, jest Henry Threadgill. Niedługo weźmiesz udział w koncercie, swoistej jego rezydecncji w Lincoln Center.

Tak. Zaprezentowane zostaną dwa utwory. Pierwszy nazywa się „Game is Up” - to kompozycja sprzed paru lat, napisana dla zespołu, w którym graliśmy wtedy na dwóch fortepianach, razem z Jasonem Moranem. Oprócz nas także perkusja, tuba, puzon, wiolonczela i dwa saksofony altowe. To rozwinięci kompozycji, która trafiła na album „All Locks and Irreguar Verbs”.  Drugi utwór to nowa kompozycja „Dirt and more dirt”, który jest testamentem do jego wspaniałości jako kompozytora oraz jego zainteresowania by nieustannie pozostać kreatywnym. Choć nagrał już tak wiele płyt i stworzył tak wiele rzeczy, ciągle pozostaje twórczy. Jest dla mnie wzorem - kimś, kto przez całe swoje życie pozostaje kreatywny. Niezwykle ciężko pracuje. To dla mnie bardzo ważne wartości w życiu muzyka. Pozostając niezależnym od wszelkich mód i komercyjnych wymysłów.

I tego Ci życzę. Dziękuję za rozmowę.