Niech wszystkie kwiaty kwitną! - wywiad z Nilsem Petterem Molvaerem

Autor: 
Jan Błaszczak
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Tuż przed wejściem na scenę warszawskiej Fabryki Trzciny popularny norweski trębacz zgodził się odpowiedzieć na kilka naszych pytań. Z tego wywiadu dowiecie się, kto jest największą bohaterką Molvaera, za co ceni sobie norweską scenę i o czym przypominają mu dźwięki wydobywana przez gitarę hawajską. 

Od początku swojej muzycznej aktywności prowadzisz dialog pomiędzy jazzem, a muzyką elektroniczną. Jak on ewoluował?
Tkwię w tym od bardzo dawna. Moja fascynacja muzyką elektroniczną zaczęła się jeszcze w latach osiemdziesiątych. Zawsze pociągały mnie syntetyczne brzmienia. Wydawały mi się zarazem piękne, jak i bardzo melancholijne. Czasem myśli się o muzyce elektronicznej, że jest bardziej poukładana, zwarta, ale ja znalazłem w niej dużo emocji i nostalgicznych tonów. Zwłaszcza, gdy zestawimy ją z brzmieniem instrumentów akustycznych. Ten kontrast zawsze był dla mnie bardzo pociągający.

Objawi się on także dziś. Choć już niekoniecznie usłyszymy go na tegorocznej płycie.
Tak, w swoim zespole stawiam dziś na brzmienie analogowe. Dzisiaj wystąpię zaś z Janem Bangiem i Erikiem Honoré – organizatorami festiwalu Punkt i moimi dobrymi przyjaciółmi. Za ich sprawą ta muzyka zyska elektroniczny sznyt, jednak nie oznacza to również, że oni będą grali na – przykładowo – syntezatorach. Skupią się raczej na samplowaniu i miksowaniu mojej muzyki na żywo, wyginając dźwięki w najróżniejsze strony. Nie jest to dla mnie nowość, bo w innych projektach sam często sięgam po takie praktyki.

Czasami dość jednoznaczne, jak w przypadku wydanej w ubiegłym roku płyty „1/1”.
Album z Moritzem von Oswaldem to jest już czysta elektronika. Zawsze lubiłem muzykę Berlina – to minimalistyczne techno, czyli nagrania rodem z wytwórni Chain Reaction czy nawet Rhythm & Sound, która swoimi korzeniami sięga jednak dubu. Oczywiście uwielbiam również flagowy zespół Moritza – Basic Channel.

Wydaje mi się, że na płytach sygnowanych własnym nazwiskiem nie zapuszczasz się tak daleko w te rejony. Czy istnieje taki podział, a ryzyko podejmujesz gdzie indziej?
Sięgałem po takie brzmienia także na solowych płytach. W największym stopniu na albumie „NP3”, a także – choć już w mniejszym stopniu – na „Hamadzie”. W ostatnich latach rzeczywiście skupiałem się jednak na nagrywaniu płyt o analogowym brzmieniu. Nie zmienia to faktu, że ciągle myślę o nagraniu radykalnie elektronicznego albumu. Staram się nie ograniczać. Mam dużo pomysłów i wiele możliwości. Zobaczymy, dokąd poniesie mnie droga.

Mam wrażenie, że w tym roku poniosła cię do Stanów. I to nie tyko dlatego, że „Switch” to twój pierwszy album wydany przez amerykańską wytwórnię Okeh…
Nie do końca tak jest. Wciąż nagrywam dla Sula Records – mojej własnej wytwórni, a ostatnio podpisałem po prostu licencje na dystrybuowanie mojej muzyki w Stanach Zjednoczonych. Dotyczy to nie tylko „Switch”, ale także moich wcześniejszych płyt, które zaczną pojawiać się w amerykańskich sklepach. I to jest coś, co mnie bardzo cieszy.

 

Uprę się jednak przy tej Ameryce, skoro sam powiedziałeś, że tytuł tej płyty to twój hołd dla Joni Mitchell.
Oczywiście, ale – jak powiedziałeś – ten hołd sprowadza się tylko do tytułów. Chciałem zrobić taki gest, bo moim zdaniem ona jest niesamowita! Bez dwóch zdań to jest moja największa bohaterka wszech czasów. Po prostu ją kocham! Jednak, słuchając kompozycji na „Switch”, nie zgadniesz, że ostatnimi czasy słuchałem jej albumów. Ta inspiracja nie odcisnęła bowiem piętna na samych utworach. Ograniczyłem się do tytułów, także z tego powodu, że ona jest przecież wielką poetką. Chciałem więc wyrwać cząstki tudzież fragmenty jej wersów i uczynić z nich tytuły swoich piosenek.

 

W warstwie muzycznej też pojawia się element, który budzi moje skojarzenia z Ameryką – gitara hawajska. 
Masz rację, to w oczywisty sposób budzi takie skojarzenia. Od dawna myślałem o tym instrumencie. Kojarzył mi się ze świetnymi płytami Neila Younga czy zespołu Little Feat. Później przyciągnęła mnie do niego gra Daniela Lanoisa, który grał na gitarze hawajskiej w duecie ze wspaniałym perkusistą (prawdopodobnie chodzi o Briana Blade’a – przyp. autora). Słuchając tego jak gra, pomyślałem, że ten instrument ma to coś, co słyszę w brzmieniu swojej trąbki. W ostatnim czasie próbowałem różnych bardziej intensywnych brzmień i form ekspresji. Było to ciekawe, ale także bardzo męczące. Pomyślałem więc, że przyjemnie byłoby znów skupić się na melodiach i popracować nad nimi. Właśnie przy akompaniamencie gitary hawajskiej. Zgłosiłem się więc do Geira Sundstøla – znajomego  muzyka, który gra na tym instrumencie i zaczęliśmy próby. Uważam, że dzięki niemu uzyskaliśmy piękne, bardzo przestrzenne brzmienie. Czasem czułem się tak jakbym grał z falami oceanu.

A jak czułeś się, grając z nieznajomymi muzykami we Wrocławiu?
To było bardzo przyjemne. A co więcej, wydaje mi się, że wraz z Eklektik Esnemble stworzyliśmy naprawdę ciekawą propozycję muzyczną. Sprawę ułatwiał fakt, że to są świetni instrumentaliści, którzy dodatkowo przygotowali się do tego spotkania. Kolejne pomysły przychodziły nam z dużą łatwością. Taka współpraca to przyjemność. Zwłaszcza, gdy zawiązuje się ją w tak pięknym mieście jak Wrocław.

Mam wrażenie, że nasze sceny trochę się różnią. W Norwegii świadomość muzyczna i poziom edukacji są bardzo wysokie, ale ludzi jest niewielu, więc wszyscy grają najróżniejszą muzykę. Nawet u twojego obecnego pianisty można doszukać się metalowej przeszłości.
Masz rację, ale wydaje mi się, że to właśnie czyni naszą scenę wyjątkową. Wszystko rozlewa się po najróżniejszych muzycznych zakamarkach. Ludzie pracują we wszelkich gatunkach i stylistykach. Jednego dnia nagrywają muzykę tradycyjną, później trafiają do zespołów metalowych, skąd przenoszą się w rejony ambientu, by skończyć na przykład w jazzie czy awangardzie. Przez to, że ta scena jest tak niewielka masz jej lepszy ogląd, a poza tym – no właśnie – musisz otwierać się na różne style.  

Mając takich muzyków, trochę głupio byłoby nie kombinować i grać, tak po prostu, jazz?
Może niekoniecznie głupio, ale to po prostu nie moja rzecz. Rozumiem Amerykanów, którzy pomimo nowych trendów i pomysłów chcą grać tradycyjny jazz – to jest przecież ich dziedzictwo. Chcą podtrzymać tę muzykę przy życiu i ja to szanuję. Sam odnoszę się czasem do skandynawskich tradycji. Przede wszystkim, grywając z ludowymi śpiewakami. Na pewno jednak te doświadczenia, tradycje przemawiają czasem poprzez moją muzykę. Choć ja ich specjalnie nie szukam. Staram się grać to, co akurat przynosi chwila. Łapać ten moment. Niezależnie od tego czy będzie to brzmienie skandynawskie, afrykańskie czy indyjskie. Pozwólmy wszystkim kwiatom kwitnąć!