Nie całkiem taki EMANON jak go malują

Autor: 
Maciej Karłowski
Zdjęcie: 

Chyba na niczyją inną płytę nie czekam tak jak na albumy Wayne’a Shortera. Lubię na nie czekać i prawdę powiedziawszy nigdy nie czułem zniecierpliwienia kiedy czas pomiędzy kolejnymi płytami wydłużał się. Pomiędzy poprzedniczką a pięknym potrójnym Emanonem dystans był szczególnie długi. Pięć lat. Kawał czasu niby i można by już było trochę poprzestępować z nogi na nogę, ale jakoś tak się dzieje, że czas pomiędzy kolejnymi albumami wypełnia mi rozkoszowanie się już nagranymi dziełami legendarnego muzyka.

18 lat temu Shorter założył swój do dziś istniejący kwartet i przez te prawie dwie dekady przesadnie nie rozpieszczał słuchaczy nowymi płytami. Jeśli nie liczyć nagranej w szerszym i innym składzie płyty Alegria oraz tej najnowszej, tych kwartetowych albumów było ledwie trzy. Wszystkie koncertowe, bo jak się okazało Shorter powołał do życia band, który tak naprawdę nie potrzebuje zacisza studia nagraniowego żeby tworzyć muzykę na kosmicznym poziomie. Nie potrzebuje też zapisu nutowego, ani aranżerskich ustaleń. Mało tego nie potrzebuje nawet prób, bo po co próby skoro najbardziej fascynujące jest pozwolić muzyce płynąć i tworzyć się na naszych oczach, a czegoś takiego jak kreacja nie sposób wyprobowywać. Albo dzieje się albo nie dziele. U Shortera się dzieje. W tajemniczy sposób potrafi sprawić, że w jego otoczeniu muzycy wznoszą się wysoko ponad poziom, na którym sądzili, że są, i którego w równie tajemniczy sposób nie potrafią osiągnąć kiedy Shortera nie ma w pobliżu.

Wraz z EManonem dostajemy więcej jeszcze więcej SHortera, bo i czyste kwartetowe nagrania, i muzykę, w której samemu liderowi towarzyszy Orpheus Chamber Orchestra i w końcu także sytuację kiedy to wspomniana orkiestra zasiada za pulpitami w towarzystwie czteroosobowego superwehikułu pana Wayne’a. Dostajemy także pierwsze od chwili powstania bandu nagranie studyjne, a także, co nie bez znaczenia dla ogólnego odbioru „Emanon”, 74 stronicowy komiks powstały z shorterowskiej wyobraźni, hołubionej od wczesnego dzieciństwa fascynacji tym rodzajem sztuki, oraz talentów pisarskiego i graficznego odpowiednio  Monici Sly i Randy’ego DuBurke’a, który tak na marginesie ma na koncie prace dla słynnej DC Comics. W swojej najbardziej rozbudowanej formie, a więc z płytami winylowymi, kompaktami i komiksem, Emanon może i słusznie powinien jawić się jako urodzinowe opus magnum wydane w później jesieni życia artysty oraz przepiękny i ogromnie efektowny przedmiot, adekwatny w swojej formie i rozmachu do pozycji jaką we współczesnej muzyce jazzowej zajmuje Wayne Shorter.

Zwykliśmy twierdzić, że dziś Shorter to najbardziej zdumiewająca osobistość na jazzowej scenie, że to muzyk, który w przeciwieństwie do swoich kolegów z czasów lepszych dla jazzu (jakże mało ich już zostało) zachował twórczą energię, żywy umysł i naturalną, wypływającą z samego jądra duszy potrzebę kreacji. Że to człowiek, który mógłby z powodzeniem odcinać kupony od swojej historycznej wielkości, nie oglądać się na nic tylko stroić w drogie ciuchy i czerpać profity ze swojej upoważnionej skąd inąd celebryckości i nikt nie miałaby do niego o to pretensji. Tak działa przecież Chick Corea, Quincy Jones, George Benson, Wynton Marsalis, ale przede wszystkim Herbie Hancock, jego stary druh, który jak chyba nikt inny z wymienionych, rozkochał się w od niedawna trwającej przynależności do tzw. world’s upper class. Na fali podziwu dla Wayne’a SHortera już tylko krok by wytworzyła się wokół jego sztuki atmosfera apriorycznej apoteozy, a w jej konsekwencji przyjmowanie nowych jego dokonań jako wielkie i wiekopomne z samego faktu, że wyszły z jego genialnej głowy. W takim tonie też utrzymują się recenzje Emanon, szczególnie tej jej studyjnej części, obejmującej nagrania kwartetu z 34 osobową orkiestrą.

A tymczasem, bądźmy szczerzy, choć rozmach i satysfakcja z kontaktu z utworami “Pegasus,” “Prometheus Unbound,” “Lotus,” i „Three Marias” oraz kompetencjami lidera, kwartetu i Orpheus Chamber Orchestra jest wielka (jakże pięknie byłoby gdybyśmy w Polsce mieli zespół choć trochę przypominający ją klasą, umiejętnościami i świadomością), chyba przesadą byłoby stwierdzić, że oto zdarzyło się coś bardzo unikatowego i coś zapowiadającego nieznaną dotychczas jakość. Że lider i kwartet są w cudownej formie to oczywiste, że z ich talent budowania wielkiej muzyki tu i teraz jest olśniewający również wiadomo, że prędzej czy później nastąpi próba zmierzenia się z większym aparatem wykonawczym też raczej było oczywiste. Ale na boga nie za bardzo da się uznać, że orkiestracje, jakimi posłużył się Shorter to coś o wiele bardziej intrygującego niż muzyka Aarona Coplanda z pierwszej połowy XX wieku.  Oczywiście podziwiajmy i doceńmy niezaprzeczalny fakt, że całość nie poszła we wstydliwym kierunku „uswingowiania smyczków”, ale też pamiętajmy, że zanim uznamy to za najbardziej na świecie oryginalne i bezsprzecznie ponadczasowe, podobne rzeczy robił i to z ogromnym powodzeniem, choć na nieco inny sposób, wielki niedoceniony band lider Bob Brookmeyer, legendarny Gil Evans i ich najzdolniejsza uczennica Maria Schneider, że wymienię tylko tych najbardziej uznanych.

Dziś mamy początek XXI i pomimo najsilniejszej woli i najbardziej nieprzepartej ochoty ustanowienia Shortera najwspanialszym innowatorem jazzu, dobrze byłoby nie zamykać też oczu i uszu na to co robił Lawrence „D” Butch Morris, Anthony Braxton, Darcy James Argue czy pracujący jednorazowo ze studentami z Australii George E. Lewis podczas sesji MONASH. O europejskich kompozytorach nie wspominając.

Jakkolwiek jednak czas spędzony z Emanonem czy może jak kto woli z Nonamem (EMANON to anagram słów NO NAME, a tytuł zaczerpnięty wprost z kompozycji Dizzy’ego Gillespiego i Miltona Shawa o takim właśnie tytule) to czas bardzo dobrze spożytkowany. I przyznam szczerze chciałbym ogromnie, żeby tylko takie albumy trafiały mi w ręce. Świat muzyki byłby wówczas piękny i dobry.