Impresje Rollinsonowskie

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
Krzysztof Machowina

Sonny Rollins na scenie pojawił się wcześnie, bo zaledwie chwilę po godzinie 19. Przypominało to wkroczenie na ring wielkiego mistrza wagi ciężkiej. Wyobrażam sobie, że tak mógł się czuć pisarz i dziennikarz Norman Mailer kiedy przyglądał się wejściu na ring Muhammada Alego i George'a Foremana w Kinszasie. Porównania bokserskie nie są tu grubą przesadą, ponieważ Rollins nazywany jest przez wiele prominentnych jazzowych osobistości tytanem pracy i jednym z najbardziej zdeterminowanych muzyków w historii jazzu.

Jeśli Miles Davis za swój wzór uznawał mistrza świata wagi średniej Sugar Raya Robinsona, jestem zdania że wzorem Rollinsa musiał być Ali. Po okresie gry w zespole Davisa, Sonny ucierpiał jak większość muzyków stykających się z wybitnym trębaczem w tamtym okresie – wpadł w nałóg heroinowy. Jednak Rollins nie schował się za zamkniętymi starannie drzwiami swojego pokoju-lecznicy, jak Coltrane, tylko postawił na nieco bardziej awangardowe, ale o ile ciekawsze, rozwiązanie – wyjechał w poszukiwaniu spokoju i achinsy do klasztoru w Indiach, gdzie spędził dwa lata na podróżach duchowych. Zagłębiał się w sekrety metafizyki i meandry sztuki joginów; wrócił nie do poznania, jeszcze twardszy i gotowy do pracy bardziej niż kiedykolwiek. Legenda mówi, że aby ćwiczyć w spokoju, Rollins wspinał się na jeden z nowojorskich mostów i siedząc na nim, sam na sam ze swoim saksofonem, trenował oszalałe zagrywki i techniki. Jak Muhammad Ali trenował przed swoją historyczną walką z młodszym, silniejszym i faworyzowanym Foremanem. Cała masywna konstrukcja opierała się właściwie wyłącznie na sile woli i determinacji.

I teraz przychodzi ten moment i Rollins wychodzi na scenę, jak Ali na ring w Kinszasie i wita go ten rodzaj owacji, zarezerwowany ekskluzywnie dla

największych mistrzów. Taka owacja przywitała Rollinsa zanim jeszcze zdążył wydobyć z siebie dźwięk. Dyrektor festiwalu Jazztopad, Piotr Turkiewicz, zapowiedział drżącym głosem „jednego z największych muzyków jazzowych w historii” ale równie dobrze mógł powiedzieć: „W prawym narożniku, w czerwonej koszuli, mistrz świata wagi ciężkiej, prosto z Nowego Jorku, Sonnyyyy Rolliiiins”, i saksofonista pojawił się na scenie.

Na sali było zimno ale dosyć szybko zimno być przestało, ponieważ kwintet Rollinsa od razu wskoczył na wysokie obroty. Saksofonista, choć sędziwy, zaczął od popisów, które jakby miały udowodnić ewentualnym wątpiącym, że owszem, jest w formie, i to formie nie byle jakiej. Tłum został porwany a Rollins co chwila unosił w górę pięść w geście pozdrowienia, który od razu przypomniał mi gest Alego w kierunku afrykańskiej widowni, która reagowała oszalałym skandowaniem „Ali! Boma Ye!” [Ali! Zabij go!] Rollins imponował formą – zaczął od popisu techniki 'cyrkulacyjnego oddechu', bujając się do rytmu i przechadzając się z jednego kąta w drugi. Sonny doskonale wiedział, co robi; imponował panowaniem nad instrumentem i swobodnie kierował swoim zespołem (Peter Bernstein – gitara, Bob Crenshaw – kontrabas, Sammy Figueroa – perkusjonalia, Jerome Jennings – perkusja) nie starając się go jednak przytłoczyć; Rollins, choć ani na chwilę nie pozostawił wątpliwości kto jest gwiazdą wieczoru, dawał swoim muzykom bardzo wiele miejsca na popisy, z której to swobody ci chętnie korzystali. Rollins mówił dokładnie tyle, ile trzeba było powiedzieć. Ani słowa więcej, ani mniej. Jest precyzyjny jak wytrawny narrator, któremu sterowanie emocjami swojej publiczności nie sprawia żadnych trudności. Usuwał się na bok, długo stojąc z boku sceny przyglądając się swojemu zespołowi. Pozornie mógł wydawać się nieco nieobecny, ale to tylko wrażenie. Tak jak Muhammad Ali wydawał się nieobecny w kinszaskiej potyczce; wydawał się nieskoncentrowany ale to on przez cały czas nad wszystkim panował. Wystarczyły cztery precyzyjne ciosy w ósmej rundzie i wszystko było idealne. Rollins przypomina na scenie boksera, który potrafi wszystko objąć wzrokiem, zrozumieć i zająć swoją pozycję w tym obrazie. Grał oszczędnie; gdzie jedni powiedzą, że to z powodu wieku, szybkość już nie ta, oddech coraz krótszy, inni powiedzą, że to wyobraźnia i głęboka muzyczna mądrość. Wielkiego boksera poznaje się między innymi po tym, że potrafi dostosować swój styl do okoliczności i wymogów ciała. To samo tyczy się wielkiego muzyka, który traktuje ciało nie jak przeszkodę, tylko jako możliwość. Pochłonięty ideami filozofii wschodu i jogą, Rollins ma głęboką świadomość obecności cielesności w grze i potrafi nią znakomicie sterować.

Zgodził się z tym również perkusista Jerome Jennings, potwierdzając bokserskie analogie: „Wielkość Alego polegała na tym, że kiedy wrócił po okresie dyskwalifikacji i wszyscy mówili, że już nie jest tak szybki jak był, on po prostu zmienił styl. Boks i jazz to bardzo podobne dziedziny; obie wymagają ogromnej dyscypliny, sprytu i umiejętności przewidywania. Cieszę się, że mogę się tego uczyć od Sonny'ego”

Rollins zagrał koncert uroczy, podrywając publiczność energetycznymi numerami ale potrafił też stonować atmosferę przejmującą balladą. Patrzeć na Sonny'ego,  zgarbionego na scenie przypomina obserwowanie rozumnej maszyny, ideału filozofów analitycznych. Jest do bólu dokładny; gdy tylko wydaje się, że za moment wszystko się rozleci, on robi błyskotliwy unik i wszystko znów do siebie pasuje.

Patrzeć na Sonny'ego Rollinsa na scenie dziś, jest także mimowolnym patrzeniem na Sonny'ego Rollinsa kiedyś. Młodzieńczość tego osiemdziesięcioletniego muzyka jest obezwładniająca, witalność w grze utrzymuje się na poziomie dzwudziestolatka. Nawet jeśli Sonny człapie lekko niezdarnie po scenie, podpiera to człapanie silnym i wciąż, nawet po tylu latach gry, zaskakującym dźwiękiem. To jak oglądanie chorego dziś Alego i stałe przeplatanie się tego widoku z migawkami jego walk z Listonem, Clevelandem Williamsem czy Frazierem. Rollins wydawał mi się w niedzielę młodszy niż kiedykolwiek. Po półtoragodzinnym koncercie i dwóch bisach zszedł ze sceny, żegnany długą owacją na stojąco od wypełnionej po brzegi sali.

I tak kończy się wielka walka w Zairze. Ali wyprowadza właściwie tylko cztery ciosy i Foreman leci w dół jak drzewo. Również Sonny nie musi się popisywać; nigdy tak naprawdę tego nie robił, nie było potrzeby. Gra Rollinsa jest z gatunku tych wyjąkowo przemyślanych i sprytnych – efekt sytości da się osiągnąć przy jedynie czterech ciosach. Najważniejsze uderzenie walki nie pada; Foreman leci bezwładnie na płótno a Ali wyprowadza kończący cios, jednak w ostatnim momencie wstrzymuje się i pozwala Foremanowi upaść. Jakby obawiał się, że ten jeden cios za dużo zepsuje estetyczny efekt, na którym tak bardzo mu zależało. Sonny też się wstrzymuje – nie ma potrzeby, by przesadzać. A na koniec, jeszcze słowo od perkusisty, który analogie bokserskie między Rollinsem a Alim podsumował prostym: „Dobry wybór. Jest największy”