Barre Phillips - koniec końców?

Autor: 
Maciej Karłowski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Sprawa jest poważna niesłychanie, choć wiadomo, że świat jazzu woli rozprawiać o nowych nagraniach często pomniejszych, ale za to głośniejszych i bardziej na czasie muzykach. Jak już się nasyci nimi to kieruję swój wzrok w stronę zamierzchłych gigantów, którzy przecież grali lepiej niż, tworzyli donioślej niż inni i, za którymi teraz tęsknimy, ponieważ przecież wszystko co pochodzi z zamierzchłej przeszłości jest automatycznie lepsze niż co co dzieje się dzisiaj.

Barre Phillips nie łapie się niemal w żadnej interesującej współczesny świat kategorii. Po pierwsze jest żywy, choć doczekał sędziwego wieku 83 lat, po drugie nie był nigdy uznawany za taką legendę tak jak choćby Charlie Haden czy Ron Carter. Choć urodził się w USA, pechowo jednak nie w Nowym Jorku ani od biedy w Chicago tylko w San Francisco to jednak od ponad czterech dekad mieszka nie w Paryżu czy Londynie, ale na południu Francji. Na dobrą sprawę więc nie spełnia też  należycie ważkiego kryterium amerykańskości. Jest tym gorzej, że nie fotografuje się i nie umieszcza  selfie na Instagramie ani na Facebooku. Nagrywa mało, koncertuje rzadko. Łatwiej go spotkać w zapomnianym monastyrze południowej Francji z instrumentem w dłoniach niż na salach koncertowych. W takiej sytuacji fakt, że uczestniczył aktywnie z działaniach artystycznych takich muzyków jak Archie Shepp, Cecil Taylor, Jimmy Giuffre, George Russell, a po przeprowadzce na Stary Kontynent, m.in. Derek Bailey, Evan Parker czy London Jazz Composers to już niekoniecznie warte pamiętania.

Jedyne za co jazzowa masa ludzka w ostateczności go łaskawie zapamięta, ale to i tak po tym jak przypomniał jej o tym Manfred Eicher to fakt, że to właśnie Barre Phillips nagrał na płytę pierwszy recital na kontrabas solo i pierwszą w historii duetową płytę na dwa kontrabasy z Davem Hollandem.

Dobrze się stało, że w początkach lat 70. Manfred Eicher zaczął dokumentować muzyczne poczynania Barrego Phillipsa, bo obawiam się, że gdyby nie to, to do dziś artysta ten byłby znany tylko wąziutkiej grupie jazzowych świrów, którzy na domiar złego postanowili zakochać się w brzmieniu kontrabasu. Ciężkie jest więc życie artysty, który postanowił za własnym głosem, a nie zbiorowymi oczekiwaniami ludu. Ale Barre Philips nie wydaje się tym zanadto przejmować. Tak jak wielu jemu podobnych kroczy swoją drogą z mądrym spojrzeniem i nad wyraz wyczulonymi zmysłami, każącymi mu na bieżąco oddzielać to, co uważa za ważkie od tego co miałki i zbędne.

I taka jest też jego najnowsza płyta. Albumem „End To End” Barre Phillips żegna się z recitalami solo. Może jakieś zagra jeszcze na żywo, ale płyta to ma być w jego karierze ostatnia. Pozostawia nam na niej same ważne dla niego dźwięki, ba pewnie te najważniejsze. Pozwala im wypełnić przestrzeń a nam sycić się nimi bez ryzyka, że coś pominiemy w natłoku zdarzeń. Co nie znaczy, że Phillips żegna się muzyką niepodejmującą ryzyka. Wręcz przeciwnie. W odróżnieniu od bardzo wielu ostatnich płyt z katalogu ECM, właśnie tu do ryzyka jesteśmy namawiani i sądzę, że gdy namawia do niego taki mistrz, to możemy mu zaufać. Trzy kompozycje składają się na tę płytę. Każda złożona z szeregu miniatur. Pierwsza w pięciu pozostałe dwie z czterech. I choć nie ma tu fajerwerków, popisów i mrugania do ludzi oczkiem, to sądzę, że trzeba być naprawdę wielkim improwizatorem, że w tak subtelnej i oszczędnej w dźwięki formie stanąć sam na sam z muzyką i słuchaczem. W zaciszu studia L Buissonne w Pernes-les-Fontaine, we Francji Barre Phillips gra tak jakby grał tylko dla nas. Mamy więc okazję przeżyć z nim i jego opowieścią szczególne tete a tete. Ale żeby tak się stało musimy spełnić kilka warunków i to bezapelacyjnie. Musimy znaleźć w sobie odwagę żeby spróbować, dać sobie czas podczas którego nie będziemy surfować po internecie w poszukiwaniu opinii branży o Barre Phillipsie i przestrzeń pozwalającą zatopić się w rozmyślaniach o naturze dźwięku, jego wielowymiarowym pięknie i ciszy, która otulając go uwypukla jego istotę i urodę.

To spore wymagania, tym bardziej, że świat jazzowy wokół wyzywa nas na pojedynek zarzucając lawiną muzyki, średnio potrzebnej do czegokolwiek innego niż bardzo chwilowe uniesienie. I weź tu człowieku daj temu odpór, rzuć wszystko i uważnie posłuchaj muzyki, pozwalając jej działać. To wyzwanie niemal nie na te czasy i rzecz prawie niemożliwa. Ale prawie robi różnicę.