Jazztopad 2012: Szepty i krzyki

Autor: 
Lech Basel
Autor zdjęcia: 
Lech Basel

Ostatnim akordem 9.Festiwalu Jazztopad 2012 był klubowy koncert zespołu Damasiewicz/Lebik Venn Circle Quartet z gościnnym udziałem Zbigniewa Kozery grającego na kontrabasie, perkusisty Wojciecha Romanowskiego i kontrabasisty Jakuba Cywińskiego. 

Wiedzieliśmy już wcześniej, że Ornette Coleman jest chory i nie przyjedzie do Wrocławia. W dniu, w którym miał grac przesłał na ręce Dyrektora Festiwalu maila z prośbą o przekazanie go wszystkim:
“I am very sad that I cannot be at the festival. I was looking forward to seeing everyone and having a great show. I appreciate everyone in Poland who has supported my music through the years. I hope to be with you some time very soon” Ornette Coleman

Jego treść i forma zrobiły na mnie duże, pozytywne wrażenie.

Ale wracam do koncertu w Collosseum Jazz Caffe. Nie zgromadził on zbyt wielu słuchaczy, tak na oko kilkunastu. Najwyraźniej wśród wrocławskich fanów jazzu nastąpiło już zmęczenie materiału, wyczerpanie miesiącem obfitującym w bardzo dużą ilość koncertów jazzowych. Dodatkowo muzyka tej formacji nie należy do najłatwiejszych w odbiorze, nie nadaje się do niedzielnego rytmicznego tupania nóżką. Zawiera w sobie elementy znane raczej z Warszawskiej Jesieni czy wrocławskiego festiwalu Musica Electronica Nova. Przyznaję, że i ja nie zaliczam się do fanów tego gatunku i długo nie rozumiałem o co w tych szumach generowanych z laptopa, konsolety i kilku elektronicznych gadgetów chodzi.

Tytułowe szepty to nietypowe dźwięki wydmuchiwane przez Piotra Damasiewicza ze swojej trąbki uzbrojonej w tłumik. Jeżeli dodam do tego, że Jakub Cywiński w pewnej chwili gwizdał w kontrabas a Zbyszek Kozera zablokował swój instrument jednym patykiem a drugim nie do końca rytmicznie go obijał to dość zrozumiałe będzie, że kilka osób tego nie wytrzymało.

Ci, którzy pozostali zaatakowani zostali krzykiem freejazzowej trąbki, transowym dźwiękiem tybetańskiej misy i pozornie chaotycznym miotaniem różnych drobiazgów otaczających Damasiewicza, który z pasją obijał je perkusyjnymi pałkami. Gdy do tego doszło jeszcze granie smykiem kontrabasowym na talerzach zestawu perkusyjnego to mieliśmy już gotowy klasyczny zestaw współczesnej awangardy. Z tego dźwiękowego galimatiasu wyłoniły się na koniec tradycyjne brzmienie wszystkich wymienionych instrumentów i kiedy już mieliśmy wrażenie,że nareszcie posłuchamy czegoś zwyczajnie jazzowego nastąpił nieoczekiwanie koniec występu.

Jak w tym wszystkim odnaleźć muzykę, jak nie pogubić się w odmienności środków wyrazu, jak to wszystko razem ugryźć i strawić?...  Te pytania pozostały otwarte do spotkania z Piotrem Damasiewiczem, na które umówiłem się po koncercie. Ekologicznie pojedziemy rowerami na kawę i w spokoju porozmawiamy. Bardzo jestem zaskoczony taką propozycją Piotra i jednocześnie ogromnie ciekaw jego przemyśleń. Mam nadzieję,że wkrótce będę mógł podzielić się nimi z czytelnikami portalu Jazzarium.pl

Nie udało mi się w tym roku uczestniczyć w kilku wydarzeniach festiwalowych. Najbardziej żałuję tego,że nie mogłem być na „domówkach”, czyli jazzowych koncertach w prywatnych mieszkaniach. Miałem na nie ogromny apetyt, zasmakowałem w nich w ubiegłym roku. Bardzo podobała mi się również idea wejścia z jazzem na żywo do kina czy to podczas projekcji niemego filmu "The Great Flood", czy też oswajania dzieci z jazzowymi dźwiękami granymi jako podkład muzyczny do kreskówek.

W swoim głównym nurcie festiwal bardzo pozytywnie zaskoczył mnie weekendem koreańskim i optymistycznie nastrajającymi projektami skierowanymi do młodych europejskich jazzmanów. Jest w tych młodych muzykach spora energia i nadzieja na przyszłość jazzu na naszym kontynencie. Perkusiści bardzo sobie chwalili warsztaty z Jackiem DeJohnettem a publiczność wypełniła salę filharmonii na jego koncercie do ostatniego miejsca. Pod nieobecność Ornette'a Colemana to właśnie ten koncert był nieoczekiwanie największym wydarzeniem festiwalu. Dla mnie jak zwykle wielką frajdą była możliwość posłuchania niektórych gwiazd festiwalu na nocnych jamach w klubie Collosseum Jazz Caffe a rozmowy z nimi to była już prawdziwa wisienka na festiwalowym torcie.

Jazzowy listopad we Wrocławiu dobiegł na szczęście do końca. Piszę „na szczęście”, bowiem brakowało mi już sił. Pomiędzy jazztopadowymi weekendami zaliczyłem jeszcze koncert zespołu Johna McLaughlina, podziwiałem Full Drive3 Henryka Miśkiewicza, zahipnotyzowało mnie Trio Marcina Wasilewskiego i totalnie odpłynąłem na koncercie kwartetu Torda Gustavsena. A na Gypsy Jazz Meeting dałem radę wpaść już tylko na pół godziny... a  Diana Krall „przegrała” tym razem z Marcinem Wasilewskim. Tyle jazzu w jazzie dawno we Wrocławiu nie było. Szkoda tylko, że kilka koncertów nakładało się terminami na siebie i trzeba było z czegoś rezygnować bez możliwości wyboru.

To był piękny miesiąc. I ciesze się, że choć szron na głowie i nie to zdrowie, to w sercu ciągle jazz !

A za rok jubileuszowy, dziesiąty już Jazztopad. Aż strach się bać, co to będzie !