Urszula Dudziak - Od Straconki na Broadway

Autor: 
Maciej Karłowski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
fot. materiały prasowe

Napisać artykuł o Urszuli Dudziak, z którego będzie jasno wynikało dlaczego jest tak genialną śpiewaczką. To ci zadanie! Z kilku powodów zupełnie niemożliwe do zrealizowania. Prawdę powiedziawszy, zastanawiam się również czy warte podejmowania trudu. Dlaczego?

Głównie dlatego, że - jak zresztą sama Urszula Dudziak stwierdziła - muzyka to nie sportowe zawody, w których można sobie bezkarnie pozwalać na tak jednoznaczne pozycjonowanie. I ja ten pogląd podzielam. Zastanawiam się jednak, zapewne pod wpływem niezwykle często słyszanych opinii tego typu, co upoważnia do rozsądzania czy ktoś jest genialny czy nie i jak to się dzieje, że wypowiadanie podobnych myśli przychodzi z tak ogromną łatwością. Jednym z wytłumaczeń może być jakaś ogólnoludzka potrzeba porządku i jasności kto jest kim.

 

Kim jest Urszula Dudziak trochę wiemy, a trochę się domyślamy. Czytamy przecież wywiady, jakich udzieliła, zarówno te traktujące o muzyce, jak i te z tematyką muzyki związane luźno. Wyłania z nich osoba niezwykle miła, której sukces do głowy nie uderzył, a która ma ten rodzaj pewności siebie, który przykuwa uwagę, a nie zniechęca. Z drugiej jednak strony nie mogę się oprzeć wrażeniu, że może bardziej niż wiemy, to raczej pamiętamy kim była w czasach swojej największej artystycznej aktywności, kiedy to w legendarnym koncernie Columbia ukazywały się płyty jej autorstwa oraz nagrania wspólne z Michałem Urbaniakiem, kiedy brała udział w bardzo ważnych przedsięwzięciach muzycznych jak Vocal Summit, śpiewała z Bobby McFerrinem albo bywała solistką wyśmienitej austriackiej Vienna Art. Orchestra, towarzyszyła Gilowi Evansowi. Kto wie, czy nasza pamięć o tamtych zdarzeniach w wyrazisty i mocny sposób nie rzutuje na nasze dzisiejsze, nierzadko podświadome potrzeby koniecznego uplasowania pani Urszuli w panteonie jazzowych wspaniałości. Tym bardziej to zdumiewające, że przecież płyty dokumentujące owe dokonania nie doczekały się nigdy kompaktowych reedycji, więc w mniemaniu dzisiejszego słuchacza zachodzić może podejrzenie, że nigdy się nie wydarzyły.

 

A jednak Urszula Dudziak funkcjonuje w powszechnej świadomości jako gwiazda jazzowej sceny. Chciałoby się powiedzieć, że to jej funkcjonowanie dzieje się, jakby w kredycie, bo ostatecznie wcale nie aż tak często można jej posłuchać na żywo, a jak już nawet się to przydarza, to przecież spora część tych zdarzeń ma charakter incydentalny, nazbyt często wręcz eventowy i prawdę powiedziawszy nie demonstrujący jakichś specjalnie konkretnych, długofalowych twórczych zamysłów, które pomogłyby wskazać czym Urszula Dudziak tak naprawdę sama dla siebie chciałaby się zajmować. Może zmieni ten fakt jej najnowsza płyta, która kilka tygodni temu trafiła na sklepowe półki i która jest być może pierwszym od bardzo dawna dowodem na to, że muzyka dla pani Urszuli jest wciąż najważniejszą dziedziną twórczego wyrazu.

Bo prawdę powiedziawszy częściej spotykamy ją w prasie kobiecej, niż na scenie, częściej podsłuchujemy jej opinii w niezliczonych programach telewizyjnych i oglądamy na szklanym ekranie jako celebritie, niż obserwujemy w rzeczywistości scenicznej albo płytowej. Ba, wielu słuchaczom kojarzy się nie tyle z jasnymi momentami polskiej historii jazzu co z tanecznym szaleństwem „Papayi”, pisaniem książek oraz promocjami bestsellerowej zapewne autobiografii „Wszystko Wam wyśpiewam”,  zdradzającej wiele pikantnych szczegółów z jej bujnego i ciekawego życia. A jednak, kiedy już udaje nam się schwytać ją w sidła koncertu, najczęściej otoczoną młodymi muzykami, w których ona sama bardzo wierzy i których zapewne w jakiejś mierze namaszcza swoją sławą, to rzadko mamy wątpliwości, czy na pewno obcujemy z oryginalną propozycją artystyczną.

Nie będąc specjalistami dostrzegamy jej ogromne możliwości głosowe. Śpiew bez słów, Ella Fitzgerald i Billie Holiday jako największe inspiracje oraz owiane już legendą pięć oktaw skali głosu, do których zresztą sama pani Urszula nie ma przesadnie fetyszystycznego podejścia. Słyszymy, że jej głos uwikłany w najróżniejsze elektroniczne przetworzenia, daleko wykracza poza standardowe myślenie o estetyce jazzowego śpiewania, choć od czasu kiedy traktować można było je jako prawdziwą nowość minęły kilka dekad temu.  I tu rodzi się kolejne pytanie. Czy jest w nas więcej prawdziwego przekonania, że zabiegi te to dowód wielkiej oryginalności i twórczego nowatorstwa w dziedzinie wokalistyki w ogóle czy raczej domyślamy się, że musi to być coś wyjątkowego, skoro tak niewiele jazzowych śpiewaków tak konsekwentnie sięga po elektronikę, a jeszcze mniej z tego eksperymentalnego działania uczyniło swój znak rozpoznawczy.

Imponująca kariera Urszuli Dudziak, o której sama żartobliwie mówi: „Od Straconki na Brodway” wydaje się ostatecznym dowodem jej, tak usilnie przez słuchaczy poszukiwanej genialności. Klasa potwierdzona za Oceanem -wciąż bardzo tego potrzebujemy w budowaniu naszych opinii.

Być może jednak też wcale nie sprawa zidentyfikowanej i zatwierdzonej genialności jest tu najważniejsza. Może clue tkwi w świadomości artysty i umiejętności oddzielenia w całym przebiegu twórczych działań rzeczy ważnych od dekoracyjnych. I podejrzewam, że obydwie te cechy Urszula Dudziak ma i wie jak z nich korzystać. Kiedy tę wiedzę spróbują posiąść także słuchacze, wówczas etykietka geniusza nie będzie ani tak bardzo potrzebna ani tak bardzo ważna.