Roy Campbell - monster of trumpet.

Autor: 
Maciej Karłowski
Zdjęcie: 

Nie był u nas bardzo znanym artystą, ale też gwiazdy freejazzu, zaczęły do nas przyjeżdżać regularnie dopiero ostatnio, a na strony branżowej prasy informacje o ich działaniach i randze ich samych jakoś nie potrafiały się przebić. Nawet informację o śmierci Campbella łatwo było pominąć. Tego samego dnia zmarł AMIri Baraka, a kilka tygodni wcześniej jazzowy świat obiegła informacja o Yusefie Lateefie. Ale Roy Campbell był ważną postacią, dla wielu nawet bardzo ważną. Dla muzyki na pewno.

Kim więc był? Otóż był urodzonym w 1952 roku, w Los Angeles muzykiem, który dorastał w Nowym Jorku i który swoją muzyczną przygodę zaczął od lekcji gry na fortepianie, jeszcze jako dziecko. PO trąbkę sięgnął późno w wieku studenckim, będąc już zaznajomionym z grą na flecie prostym, poprzecznym oraz skrzypcach. Jego pierwszą muzyczną inspiracją był ojciec, zresztą pierwsza trąbka jakie używał była instrumentem taty, który, bagatela, grywał z Ornettem Colemanem, pech chciał zanim stał się on słynnym reformatorem i innowatorem jazzu.

Młody Roy miał szczęście spotkać jeszcze w młodym wieku muzyków, którzy w znanym stopniu wpłynęli nie tylko na sposób jego gry, ale również na sposób postrzegania muzyki. W tym gronie były takie postaci jak Lee Morgan oraz Yusef Lateef, u którego studiował teorię muzyki, aranżację I kompozycje.

Pierwszy zespół Spectrum założył na początku lat 70., w tych samych latach był bardzo aktywny jako sideman, ale także co-lider, wespół z Radhą Reyesem Botofasiną formacji Spirit of Rhythm. Przez jej skład przewinęło się wielu słynnych i wpływowych jazzmanów z Omarem Hakimem, Rodneyem Jonesem, Kennym Kirklandem, J.T. Lewisem, Zanem Masseyem, Cecil McBee, czy Marcusem Millerem, Charlesem Nevillem (z Neville Brothers), na czele.

 

Z pewnością jednym z decydujących momentów w jego muzycznym życiu było spotkanie, tym razem pod koniec lat 70.  z Williamem Parkerem. Ten zarekomendował go innej niestety zapomnianej u nas postaci freejazzowej sceny amerykańskiej, saksofoniście Jemeelowi Moondocowi. W taki sposób Roy Campbell stał się członkiem jednej z najsłynniejszych formacji tego rodzju muzyki – Muntu. I już z Muntu mieliśmy okazję gościć go na polskich scenach w czasach kiedy na festiwal Jazz Nad Odrą przyjeżdzali nie tylko artyści z okładek komercyjnych pism branżowych. To było jednak dawno, na kolejny przyjazd Roya Campbella do Polski musieliśmy poczekać kilka dekad I nie był to powrót w świetle reflektorów, ale w kameralnym koncercie w nieistniejącym już żoliborskim klubie, podczas prywatnej uroczystości zamkniętej dla szerszego grona słuchaczy. Zespół był fascynujący. Na saksofonie grał Jemeel Moondoc, a na perkusji John Betsch. Potem kolejna przerwa, ale już nie tak dotkliwie długa i powroty dzięki staraniom Marka WIniarskiego najczęściej do Krakowa czy to z Nu Band, czy z Pyramid Trio z Williamem Parkerem I Hamidem Drakiem, a tak całkiem ostatnio w październiku ubiegłego roku jako jeden z filarów zespołu Matsa Gustafssona – Nu Ensemble.

Znakomitą i większość swojego artystycznego życia spędził w USA, choć w latach 90. przytrafił mu się także trzyletni epizod europejskiej rezydencji, podczas którego przez dwa lata szefował Thelonius New World Orchestra z Rotterdamu. Był aktorem, eseistą, nauczycielem, poetą, kompozytorem muzyki do off-brodwayowych przedstawień, programów telewizyjnych, ale przede wszystkim jednym z najświetniejszych amerykańskich trębaczy.

Niektórzy określali go mianem „monster trumpet player”, inni jednym z ostatnich wielkiej linii od Fatsa Navarro przez Clifforda Browna czy Bookera Little” niezależnie od tego czy grał na trąbce kieszonkowej, myśliwskiej sygnałówce czy trąbce klasycznej. Przestaje to dziwić kiedy wsłuchamy się w nagrywane przez niego płyty, szczególnie te ze wspomnianym już Jemeelem Moondoc’iem oraz z innymi słynnymi formacjami ot choćby jak wielo stylistyczną, funkową TAZZ – prowadzoną z Andrew Bemkeyem, Chrisem Sullivanem i Michaelem Thompsonem z Other Dimmention In Music, w której dzielił scenę z Danielem Carterem, Williamem Parkerem i Rashidem Bakhrem czy w fascynującej grupie prowadzonej przez wielkiego Henry’ego Grimesa, kiedy ten po dekadach artystycznej alienacji powrócił do muzycznej aktywności. Nie powinien więc nikogo dziwić fakt, że to waśnie Roy Campbell wraz z Davem Douglasem powołał do życia słynny, istniejący ponad dekadę nowojorski Festiwal of New Trumpet Music działający niejako w opozycji do działań koncertowych Wyntona Marsalisa w Lincoln Center.

Brał udział w tak wielkiej ilości przedsięwzięć muzycznych i grywał z tak wieloma muzykami że trudno byłoby ich wszystkich zliczyć. Byli wśród nich Rashied Ali, Billy Bang, Evelyn Blakey, Carlos Garnett, Eddie Harris, Makanda Ken McIntyre, Jemeel Moondoc, David Murray, Sunny Murray, William Parker, Hannibal Marvin Peterson, Sun Ra, Woody Shaw, Cecil Taylor, Charles Tyler, Wilbur Ware, Frank Wright oraz John Zorn.

Zwykł mawiać „Jeśli nie masz w sobie ducha wolności i koncentrujesz się tylko na aspekcie teoretycznym, nigdy nie będziesz naprawdę improwizował. Roy Campbell swoje życie zaimprowizował wspaniale, do tego stopnia wspaniale, że potrafił uwolnił się od sztywnych granic stylistycznych, grać muzykę, niezależnie od tego jaki jest jej rodowód. I pewnie właśnie dlatego oprócz cudownych stricte jazzowych albumów mieliśmy okazję doświadczyć jego współpracy z jednej strony z Peterem Brotzmannem, z drugiej, z Yola Tengo czy poetą i artystą hip-hopowym Mikiem Laddem (Negrofilia). Roy Campbell nie dożył swoich 62 urodzin. WIelu miłośników jazzu nie doczekało się nigdy posłuchać go na żywo. Tym pozostaną płyty. Na szczęście jest ich wiele, tak wiele i tak świetnych, że czas z nimi spędzony będzie długi i piękny.