Pomocnik i przewodnik Coltrane'a! Pharoah Sanders

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Ornette Coleman ogłosił go swego czasu „najlepszym tenorowym saksofonistą na planecie”, Albert Ayler mawiał: „Trane jest Ojcem, Pharoah Synem a ja jestem Duchem Świętym”. Tak przedstawia się w ogólnym zarysie hierarchia duchowa jazzu lat 60., wchodzącego w swoją fazę duchową i awangardową. Saksofonista Pharoah Sanders był jedną z wyróżniających się postaci na tej scenie. Charakteryzował go silny, bezkompromisowy ton oraz filozoficzno-duchowa otoczka. Nic dziwnego, że John Coltrane, dopiero stawiający pierwsze kroki w nowym świecie mistyki, za swojego pomocnika – może nawet przewodnika – obrał sobie właśnie młodego saksofonistę z Little Rock w Arkansas. Coltrane zaprosił go do Nowego Jorku by wspólnie z nim kłaść podwaliny pod nadchodzący wielkim krokami free jazz.

„Zaprosił mnie do grania dlatego, że byłem wówczas bardzo zaangażowany w filozofię indyjską i buddyzm. Coltrane dopiero się tego uczył. Saksofonistą byłem wtedy raczej początkującym” – wspominał w wywiadach początki swojej przyjaźni z Coltranem. Sanders generalnie nie należał nigdy do instrumentalistów wybitnych technicznie, jednak udała mu się rzecz istotna – ucznił z tego swój atut. Sam przyznawał się do tej ułomności wielokrotnie, jednak w jego przypadku znacznie większą wartością od technicznej sprawności jest uduchowienie. A głos saksofonu Sandersa jest głosem uduchowionego muzyka.

 

Urodził się jako Ferrell Sanders w 1940 roku w Little Rock w stanie Arkansas. Mieście, którym w latach 50. zarządzał gubernator Orval Faubus, który w 1957 roku sprzeciwił się desegregacji szkół w Little Rock i stając się mimowolnym bohaterem prześmiewczego utworu Charlesa Mingusa „Fables of Faubus”. Little Rock nie było odpowiednim miejscem do wychowywania młodego, czarnoskórego artysty. Po latach ogrywania się w zespołach rhythm & bluesowych, w 1961 roku przeniósł się do Nowego Jorku. Pseudonim „Pharoah” nadał mu – któżby inny – Sun Ra, w zespole którego młody saksofonista terminował. Ekscentryczny pianista zaopiekował się nieopierzonym przybyszem z prowincji. Gdy Sanders przybył do Nowego Jorku nie miał nawet gdzie mieszkać. Spał w parkach, pod schodami kamienic, przypominał lumpa. Ra znalazł mu dach nad głową i kupił nowe ubranie – zielone spodnie w żółte paski, jak na niego przystało. Sanders nienawidził tych spodni, ale jego wdzięczność przekraczała granice estetyki. Nie był już tylko Ferrellem, chłopcem z redneckiego Little Rock. Teraz był Pharoah Sandersem z Brooklynu. Nawiasem mówiąc – Armiri Baraka przypisuje sobie nadanie Sandersowi pseudonimu. W wywiadzie dla magazynu „Down Beat”, wspomina swoje pierwsze zetknięcie z saksofonistą, który przedstawiał się na scenie jako „Ferrell Sanders”, co natychmiast skojarzyło się poecie z „Pharoah Sanders”. 

W 1965 roku poznał Coltrane’a a wraz z nim kształtujący się nowy ruch awangardy w jazzie reprezentowany przez Cecila Taylora i Alberta Aylera. Coltrane zaprosił go do współpracy, mając nadzieję, że dowie się od niego czegoś więcej na tematy nurtujące jego myśli. Sanders mógł pomóc, był już zupełnie nieźle oczytany – być może za sprawą Ra – i zorientowany w kwestiach mistyki. Pharoah zagrał na płytach „Ascension” i „Meditations”, dających wyraz zmianie kierunku w myśli coltrane’owskiej. Następnie przystąpił do nowego zespołu autora „A Love Supreme”, gdzie zachęcany był do podejmowania ryzykownych, długich solowych partii, opartych na dysonansach i próbie przekroczenia granic instrumentu, materii. Trudne zadanie. Sanders usiłował podążać za Coltranem – w swoich nagraniach wpadał w trans, powtarzając tę samą frazę, podśpiewując mantrycznie między partiami. W 1968 roku występował w Jazz Composers Orchestra Association, jednym z najważniejszych zespołów free-jazzowych, dowodzonym przez Michaela Mantlera.

Niestety dla niego, to właśnie lata 60 były okresem największej prosperity muzycznej. Kolejne lata, choć wypełnione ciekawymi współpracami m.in. z Alice Coltrane, Billem Laswellem i Stanleyem Clarkiem, eksperymentami z jazzem modalnym, bopem a nawet hip-hopem, zdaniem wielu nie były już tak owocne, ale to wciąż wielki Pharoah Sanders.  Dziś nadal koncertuje na całym świecie i niech to trwa jak najdłużej.