Kanon ze znakiem zapytania: „Lennie Tristano” Lenniego Tristano i „Conversations with myself” Billa Evansa

Autor: 
Maciej Krawiec
Zdjęcie: 

W cyklu, gdzie przypominamy zasługujące na to nazwiska i albumy, nie mogło zabraknąć Lenniego Tristano. O owym „człowieku, który wymyślił cool jazz” – jak zatytułował nasz portalowy esej o artyście Piotr Jagielski – przeczyta się w fachowym artykule, usłyszy od muzyka czy konesera. Próżno jednak szukać wzmianek o nim w popularnych zestawieniach.

John Fordham w „The Guardian” nazwał go „mało znanym geniuszem”, „wielkim innowatorem” i „niedostrzeżonym pianistą”. Robert Palmer z „New York Timesa” określił go mianem „zlekceważonego jazzmana”. Wśród miłośników jego gry jest także Ethan Iverson, były już muzyk The Bad Plus, który pisał o Tristano w sposób następujący: „Jako pianista, Tristano był w pierwszej lidze jeśli chodzi o techniczne umiejętności. Urodził się z wyjątkowym talentem i następnie pracował bez wytchnienia, by być jeszcze lepszym”. I co ciekawe, cenił go także bardziej znany od Tristano muzyk, z którym jest tu zestawiony: Bill Evans.

 

Tristano bowiem, choć może być kojarzony z bebopem – wszak występował z Charliem Parkerem czy Dizzym Gillespiem – uwolnił jazz od harmonicznych zasad i gatunkowych konwencji. Z tego powodu jego muzyka z lat 40. i 50. była szczególnie nieprzewidywalna, mogąca dziwić nawet przyzwyczajonych do improwizacji słuchaczy. W książce „Wszystko o jazzie” Joachim Ernst Berendt cytuje krytyka Lynna Andersona. Pisał on o Tristano, że „był pierwszym pianistą improwizującym swobodnie całymi szeregami akordów, przy czym wszystkie łączyły się cudownie w melodyjną całość”. Z kolei Gunther Schuller miał powiedzieć o jednym z nagrań Tristano z lat 40., że wyprzedzało swój czas pod względem harmonicznej wolności i złożoności rytmicznej. Jego swoboda i otwartość umysłu sprawiły, że postrzega się go jako artystę, który na dziesięć lat przed rewolucyjnym „The Shape of Jazz to Come” Ornette'a Colemana nagrał pierwsze freejazzowe utwory. Chodzi o „Intuition” i „Digression” nagrane z Warnem Marshem i Lee Konitzem na płycie „Intuition” z 1949 roku.

Ale to nie jedyna innowacja, jaką temu „zlekceważonego pianiście” zawdzięczamy. Mianowicie na albumie „Lennie Tristano” z 1955 roku zdecydował się on na nałożenie na siebie paru ścieżek fortepianu, a także manipulował ich naturalnym tempem. Płyta wywołała z tych powodów nie lada kontrowersje, wielu zszokowało tak odważne wykorzystanie technologii. I choć na przykład Aaron Copland przyjął ją z entuzjazmem, to owa eksperymentalna strona twórczości Tristano nie spotkała się z szerokim poklaskiem. Jego muzykę postrzegano jako chłodną, wykalkulowaną, a przy tym nazbyt progresywną. Dobrze wydaje się podsumowywać ten wątek cytowany już Palmer: „Tristano to ważny myśliciel i człowiek czynu, który był kluczowym łącznikiem między jazzem współczesnym z lat 40. i bardziej swobodnymi formami z końca lat 50. oraz późniejszymi. I, jak wielu znaczących myślicieli, czasami tworzył dzieła, które były bardziej stymulujące intelektualnie aniżeli przystępne”.

 

A skąd zestawienie „Lennie Tristano”, gdzie pianista zarówno gra solo jak i w kwartecie, z wyłącznie solowym „Conversations with myself” Billa Evansa? Na tym albumie z 1963 roku Evans, którego inspirację grą Tristano odnotowuje Berendt, również zastosował technikę symultanicznego zestawienia ścieżek fortepianu. Efekt nie należy do nadmiernie komunikatywnych, wymaga skupienia i tym samym koresponduje nie tylko z techniką rejestracji, ale i estetyką albumu Tristano. Mimo to płyta Evansa spotkała się ze świetnym odbiorem, czego symbolem może być pierwsza zdobyta przez niego za ten właśnie album nagroda Grammy. Stało się tak pewnie dlatego, że te i inne eksperymenty nie dziwiły publiczności do tego stopnia, jak dekadę wcześniej wyczyny „ekscentrycznego” Tristano. Nie bez znaczenia musiał być też fakt, że Bill Evans – w przeciwieństwie do starszego o dekadę Tristano – jako jeden z pierwszych białych pianistów został zaakceptowany przez jazzową społeczność.

A jak dziś odbiera się oba albumy? Ja mam skojarzenie z filmem „Do utraty tchu”. Podobnie bowiem jak arcydzieło Jeana-Luca Godarda, płyty Tristano i Evansa oferują ten rodzaj awangardy i odwagi, które wprawdzie nie zadziwiają, ale są w stanie silnie zainteresować i mimo upływu czasu przekonać swoimi świeżymi wtedy koncepcjami. Zachęcam Państwa do sprawdzenia tego na własne uszy.