Julian Lage – kiedyś cudowne dziecko, dziś dojrzały mistrz

Autor: 
Maciej Krawiec
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Dotychczas miałem okazję słuchać gitarzysty Juliana Lage'a na żywo raz – było to przed kilkoma miesiącami w warszawskim klubie Pardon, To Tu. Grał wówczas w duecie z Nelsem Clinem, prezentując materiał z ich wspólnego albumu „Room”. Tak się akurat złożyło, że kilka dni występował tam inny duet: Joe McPhee z Chrisem Corsano. Były to całkiem odmienne koncerty. McPhee z Corsano eksplorowali intensywne free, z kolei Lage z Clinem opowiedzieli się za muzykowaniem radosnym, komunikatywnym, ewidentnie wirtuozowskim, pełnym lekkości. Mam wrażenie, że tamten występ był reprezentatywny dla filozofii 28-letniego artysty: ważne dla niego są melodia, kompozycja oraz precyzja. A realizując te bliskie mu założenia, jest porywająco muzykalny i autentyczny.

Nic to dziwnego, skoro grać na gitarze rozpoczął już w wieku 5 lat i od razu niemal został obwołany cudownym dzieckiem. Bardzo szybko zaczął występować na scenie i to we wcale niezłym towarzystwie: ot, choćby jako dziewięciolatek zagrał z Carlosem Santaną. I to jak!

 

Wśród wielkich muzyków, którzy zainteresowali się talentem Lage'a, byli również Pat Metheny, Kenny Werner czy Toots Thielemans. Powstał o nim wtedy krótkometrażowy film pt. „Jules at Eight”, który demonstruje jego umiejętności i naturalną pasję grania. Dokument był nominowany do Oscara w 1997 roku. Dwa lata później 13-letni Lage został zaproszony przez Davida Grismana na sesję do albumu „Dawg Duos”. W 2000 roku wystąpił na uroczystości rozdania nagród Grammy, a jeszcze przed ukończeniem 20. roku życia zagrał na dwóch płytach Gary'ego Burtona. Czy można lepiej rozpocząć artystyczną karierę?

 

Najważniejsze jednak jest to, że jego muzyczne losy nie tylko wybornie się rozpoczęły, ale i okazale rozkwitły. Otóż po wspomnianych nastoletnich doświadczeniach Lage bynajmniej nie zwalniał – wręcz przeciwnie. Jego projekty nabierały intensywności i różnorodności. Kontynuował współpracę z wielkimi jazzowego świata – jest stałym muzykiem grup Erika Harlanda czy Gary'ego Burtona. Regularnie nagrywa z Dayną Stephensem i Nelsem Clinem. W 2009 roku światło dzienne ujrzała pierwsza płyta, na której wystąpił jako lider i która została nominowana do nagrody Grammy. Mowa o albumie „Sounding Point”, na którym dołączył do niego m.in. Béla Fleck. W kontekście jego drugiej płyty „Gladwell” z 2011 roku pisaliśmy na naszym portalu, że „oto pojawiła się w jego osobie postać, która – jeśli dalej tak będzie się rozwijać – może zająć miejsce w panteonie wielkich jazzowych mistrzów. O techniczne mistrzostwo Juliana już dawno możemy być spokojni. (…) Możemy też z wolna nabierać pewności, że Lage wkroczył na drogę znalezienia nie tylko swojego głosu jako gitarzysta, ale również odkrycia własnej przestrzeni jako lider i główny kompozytor”. Teraz, pięć lat później, nie ulega żadnej wątpliwości, że sam już zasługuje na bycie wymienianym wśród najjaśniejszych gwiazd współczesnej jazzowej gitary.

W tym roku wydał pierwszy album w trio. Nosi on tytuł „Arclight” i towarzyszą mu na nim Scott Colley na kontrabasie i Kenny Wollesen na perkusji. Skład to nieprzypadkowy: tych właśnie muzyków Lage widział na scenie, gdy po raz pierwszy słuchał na żywo jednego ze swych mistrzów – Jima Halla. Album jest formą hołdu dla zmarłego w 2013 roku gitarzysty i z tym repertuarem Lage wystąpłi na tegorocznym festiwalu Jazz Jantar w Gdańsku.