Jezus czy jazzowy potępieniec? - dziś 116. urodziny Bixa Beiderbecke'a

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

Historia jazzu nie jest równie łaskawa dla wszystkich. Wybrańców eksponuje, stawia na piedestał, odziewa w barwną aurę tajemniczości. Dla innych nie jest łaskawa, potępia i skazuje na zapomnienie, nie bacząc na zasługi. Jazzowym potępieńcem jest Bix Beiderbecke, jedna z najbardziej wpływowych person w historii gatunku, jak również jednak z najmniej rozpoznawalnych. Mało, że kornecista wsławił się jako jeden z solistów-pionierów, okazał się przy okazji natchnieniem dla całych generacji muzyków.

Jego dramatyczna historia zapisana została przez Dorothy Baker i zatytułowana „Młody człowiek z trąbką”. Główny bohater jednej z najpopularniejszych na początku lat 40 powieści wzorowany jest właśnie nie osobie Beiderbecke. W 1950 r. została przeniesiona na ekran, rozszerzając wpływ kornecisty na szerszą publiczność. W filmie Michaela Curtiza w rolę udręczonego geniusza jazzu wcielił się Kirk Douglas. Film, ozdobiony atrakcyjną ścieżką dźwiękową, wywarł duży wpływ na młodych ludziach, szukających dla siebie miejsca w powojennej Ameryce, targanej drobnomieszczańską moralnością, nie znajdującej miejsca na dywagacje artystyczne i niejasności tożsamościowe. „Młodym człowiekiem z trąbką” stał się później Chet Baker, wpływ Beiderbecke sięgnął nawet afrykańskiego trębacza Hugh Masekeli, który wymienia kornecistę jako jedno ze swoich największych inspiracji. Krytyk jazzowy Benny Green nazwał go „pierwszym świętym jazzu”, a inny muzyczny pisarz, Ralph Berton porównał go nawet z Jezusem. Bix Beiderbecke, oryginalny „Młody człowiek z trąbką” urodził się 116 lat temu. Niestety, tylko na krótko.

                                                                         ***

„Stara zdarta płyta, nieustanne skrzypiące drapanie, skrobanie, skrzeczenie, rozpaczliwy saksofon, który jakiejś nocy 28 lub 29 roku grał z lęku przed własną zgubą, podtrzymywany przez instrumenty ze szkolnej orkiestry i byle jaki fortepian (…) Nagle kornet wzbił się ponad inne głosy i wyśpiewał dwie pierwsze nuty nowego tematu, wsparty na nich niby na trampolinie; Bix dał skok w samo serce, czysty rysunek wpisał się w ciszę. Łącząc się i rozdzielając, dwóch umarłych walczyło ze sobą jak bracia, Bix i Eddie Lang (który naprawdę nazywał się Salvatore Massaro)” – taką scenerię słuchania muzyki Bixa Beiderbecke malował w 1963 r. argentyński prozaik Julio Cortazar w swojej najsłynniejszej powieści „Grze w klasy”. Bohaterowie książki Cortazara słuchają utworu „I’m coming, Virginia” pochodzącej z 1927 r., w którym Bix zapisuje się w historii jazzu, jako jeden z pierwszych solistów i pionierów stylu później znanego jako „cool jazz”.

„Wpływ techniki na sztukę – powiedział Ronald zanurzając ręce w stosie płyt, przeglądając tytuły. – Ci sprzed longplayów mieli zaledwie trzy minuty na nagranie. Teraz przychodzi taki cwaniak jak Stan Getz i rąbie ci przez 25 minut przed mikrofonem, może pokazać co chce, wszystko, co ma najlepsze. Biedny Bix musiał się zadowolić jedną solówką i tyle; jeszcze się nie rozgrzali – ciach i już po krzyku. Co to musiała być za męka, nagrywanie…” – ciągnie swoje rozważania Cortazar. Z tego ograniczenia być może brała się udręka Bixa. Technika zabraniała mu wyrazić siebie w dostatecznym stopniu. A wokół nie brakowało innych ograniczeń, tabu, zakazów, nie związanych nawet ze sferą produkcji.

Beiderbecke przyszedł na świat w 1903 r. w Davenport w stanie Iowa jako Leon Bismarc „Bix”. Całe swoje życie spędził w Ameryce, toczonej przez raka segregacji rasowej. Był białym w świecie czarnych, w którym nie miał prawa się znajdować – politycznego i obyczajowego – w którym nie będąc już akceptowanym przez jednych, nadal pozostawał obcy dla drugich. Bix był zmuszony przyozdabiać kiczowate melodyjki komercyjnych orkiestr, by móc spełniać się grając w piwnicach muzykę, uznawaną na salonach za niemoralną, grzeszną a często po prostu niecywilizowaną.

Jego ojciec był drobnym przedsiębiorcą, niemieckim imigrantem, matka lokalną organistka. Jako dziecko zdradzał objawy ogromnego talentu pianistycznego. Lokalna gazeta krzyczała nawet nagłówkiem  „Siedmioletnia sensacja! Mały Bickie Beiderbecke gra, co zachce!” Gdy jeden z braci Bixa wrócił z walki na frontach pierwszej wojny światowej, świat młodego muzyka zmienił się. Jego zainteresowanie z pieśni kościelnych przeniosło się na jazz: brat-żołnierz przywiózł z wojny gramofon i nagrania jazzowe, między nimi „Tiger Rag” Original Dixieland Jazz Bandu. Wkrótce Beiderbecke zaczął grać z lokalnymi muzykami, jednak występy skończyły się, gdy okazało się, że nie legitymuje się „kartą muzyka”. Wystąpił o jej przyznanie, jednak spotkał się z odmową. Być może po raz pierwszy Beiderbecke spotkał się z koniecznością legitymizowania siebie samego, udowadniania swojego znaczenia nawet tylko po to, by móc się wyrazić. Zdaniem biografów kornecisty poczucie odtrącenia i wieczna wątpliwość „czy jestem wystarczająco dobry” stanowiły trzon jego osobowości. Poczucie to pogłębiło się zapewne po tym, jak na krótko przed swoimi osiemnastymi urodzinami został aresztowany za „dopuszczenie się czynów o lubieżnej naturze” na pięcioletniej dziewczynce. Choć ofiara jednoznacznie nie zidentyfikowała Bixa jako winnego, to doświadczenie – choć biografowie spierają się co do jego znaczenia – mogło sprawić, że muzyk poczuł się „odtrącony i zawstydzony; ujrzał siebie jako zboczeńca”, jak pisze Jean Pierre Lion. Być może by ukarać syna, a może by osłabić jego zainteresowanie jazzem rodzice wysłali Bixa do surowej Lake Forest Academy w Chicago, gdzie Bix miał poznać dyscyplinę. Plan nie wypalił – bliskość Chicago, jednego z największych ośrodków jazzowego życia, działał na młodego ucznia pobudzająco; Bix notorycznie uciekał ze szkoły, by posłuchać grupy New Orleans Rhythm Kings w chicagowskich lokalach. Przy powrocie z jednej z takich eskapad Beiderbecke został złapany, gdy usiłował wspiąć się z powrotem do swojego pokoju. W dodatku był pijany. Rada szkoły nie musiała długo dyskutować – Beiderbecke został wydalony z Forest Academy. Wreszcie spokojnie mógł zająć się muzyką.

                                                                                     ***

W 1923 r. grał już na kornecie i dołączył do grupy The Wolverines, z którą nagrał nawet kilka utworów i zdobył pewien rozgłos.  Jego styl cechowała przede wszystkim dbałość o melodię, nawet za cenę popisów technicznych i udowadniania swojej wirtuozerii. Jak wiemy – nie miał też zbyt wiele czasu na rozpostarcie skrzydeł, ledwie kilkanaście taktów. Kolejna próba kariery akademickiej znów okazała się niepowodzeniem. Zapisał się na zajęcia w University of Iowa, z myślą o studiowaniu muzyki francuskich impresjonistów. Jednak zapełniono mu grafik wykładami z etyki, religii i szkoleniem wojskowym. Po licznych ekscesach alkoholowych i wywołaniu bójki, Bix został po raz kolejny, wyrzucony. Co gorsza, zła sława ciągnęła się za nim aż do jazzowych klubów. Nie chciano go zatrudniać jako pijaka i awanturnika, nie zapraszano go także na sesje nagraniowe, ponieważ jego styl nie pasował do oczekiwań szerokiej publiczności.

Szukając sposobu na zarabianie, zatrudniał się w komercyjnych orkiestrach Paula Whitemana i Jeana Goldkette’a, uznając to za sposób opłacania nocnych występów, gdy mógł grać to co chciał, jak chciał. Inna sprawa, że – jak ujął to George Avakian – „nikt Bixowi nie przykładał pistoletu to pleców, aby wciągnąć go do tych orkiestr”. Benny Green opisuje nawet grupę Whitemana jako tandetny wodewil, tolerowany dziś wyłącznie przez wzgląd na obecność bixowskich perełek. Joachim Ernst Berendt maluje nawet bardziej sugestywny obraz: „kolekcjonerzy płyt na całym świecie kupowali dawno przestarzałe, okropne płyty Paula Whitemana, aby usłyszeć i potem w nieskończoność przesłuchiwać ośmio lub szesnasto-taktowe sola Bixa”.  Dla Beiderbecke’a  gra w tych orkiestrach spłacała czynsz i pozwalała na realizowanie swoich zachcianek, jednak na dłuższą metę nie różniła się od formalnych szkółek muzycznych, z których był już wypraszany. Ponadto, podróżowanie z Whitmanem odbijało się na jego zdrowiu – trasy koncertowe spędzał przy barku. Zaczął być traktowany jako dziwak, miejscowy ekscentryk. Z tego okresu jego życia utarła się legenda Bixa – obraz młodego człowieka, wędrującego ulicami jak lunatyk, z pogiętym instrumentem pod pachą. Takim sportretował go Kirk Douglas; takim pozostał w świadomości młodych aspirantów jazzowych, wśród nich m.in. Cheta Bakera.

                                                                                    ***

30 listopada 1928 roku w Cleveland, Beiderbecke przeszedł załamanie nerwowe. Prawdopodobnie cierpiał na delirium tremens. Puzonista Bill Rank wspominał: „Kompletnie się rozleciał. Zdemolował wszystkie meble w pokoju hotelowym”. Z kolei trębacz Jimmy McPartland stwierdził: „Pił nadmiernie może między innymi i z tej przyczyny, że – jak sądzę – był maksymalistą. Muzyką chciał osiągnąć więcej, niż mogła podołać jakakolwiek ludzka istota. Myślę, że zrodzony na tym tle kompleks był tego zasadniczym powodem”.

Już rok wcześniej u Bixa pojawiły się, kompletnie zignorowane naturalnie, objawy choroby płuc. Gdy Whitman odesłał go w końcu na płatny wypoczynek do Davenport, było już za późno. Podczas jego nieobecności, Whitman zostawiał podczas koncertów wolne krzesło, podkreślające że kornecista jest po prostu niezastąpiony. Wszystko zmieniło się po „czarnym czwartku” 1929 roku, w dniu w którym ceny akcji na Nowojorskiej Giełdzie Papierów Wartościowych gwałtownie spadły, stawiając Amerykanów przed najpoważniejszym dotąd kryzysem ekonomicznym w historii kraju. Nagle nikomu nie chciało się już tańczyć do melodii orkiestry Whitmana. W 1931 roku Whitman nie mógł dalej opłacać „chorobowego” Bixa. Kornecista po raz ostatni przyjechał do Nowego Jorku. Ostatnie dni życia spędził mieszkając u kontrabasisty George’a Kraslowa. Zmarł w sierpniu.

                                                                                     ***

W ciągu tych ostatnich dni, nie zarzucił gry – miał w zwyczaju wstawanie około czwartek nad ranem i witanie nowego dnia grą na kornecie przy otwartym oknie, dla całego Nowego Jorku. Nie spotkało się to z żadnym protestem sąsiadów, nikt nie rzucił z okna przekleństwem, nikt nie stukał po rurach, nikt nie uderzał butem w ścianę. Sąsiedzi w tajemnicy zwracali się do Kraslowa z prośbą: „Proszę mu nie wspominać, że mówiliśmy o tym. Nie chcielibyśmy go martwić; chcemy żeby grał”.