Jeff „Tain” Watts – ku niezależności

Autor: 
Maciej Krawiec
Zdjęcie: 

Na tegorocznym Jazzie nad Odrą dwóm z zagranicznych składów, które zostały zaproszone na festiwal, przewodzą znakomici amerykańscy perkusiści. Chodzi o Jeffa „Taina” Wattsa oraz Kendricka Scotta. To doskonała okazja, by poznać lepiej dorobek obu artystów, którzy być może kojarzeni są bardziej z uczestnictwem w grupach słynnych liderów aniżeli z prowadzeniem własnych składów. Na pierwszy ogień niech pójdzie Jeff „Tain” Watts, który 28 kwietnia wystąpi we wrocławskim Imparcie z Davidem Kikoskim na fortepianie, Troyem Robertsem na saksofonie oraz Yuniorem Terrym na kontrabasie. Watts to jeden z tych muzyków, którzy przez dziesięciolecia gry ze znakomitymi liderami zapracowali na szczególną pozycję w świecie jazzu.

Zanim zajął się muzyką improwizowaną, bardziej interesowały go inne gatunki muzyczne. W szkole podstawowej w Pittsburghu – mieście, gdzie się urodził i wychował – rozpoczął grę na werblu i występował w szkolnym zespole. Wówczas miał okazję oglądać na żywo gwiazdy funku i soulu: Jamesa Browna, grupę Temptations czy Jackson 5. Mając kilkanaście lat, brał udział w występach lokalnych zespołów, orkiestr koncertowych i marszowych etc. Wtedy również rozszerzały się jego zamiłowania muzyczne: bliscy stali mu się Jimi Hendrix, Stevie Wonder, George Clinton, Frank Zappa, a także artyści spod znaku fusion lat 70.

Przez dwa lata studiował w Duquesne University, eksplorując przede wszystkim muzykę klasyczną i grę na kotłach. Do dziś wspomina wykonywanie symfonii Beethovena czy dzieł Strawińskiego i Milhauda. W tym samym okresie poznał lepiej jazz, interesując się zwłaszcza twórczością saksofonistów: Charliego Parkera i Johna Coltrane'a. Prawdopodobnie to właśnie ta rodząca się pasja do muzyki jazzowej sprawiła, że mając 19 lat przeniósł się do Bostonu, by kontynuować naukę w słynnym Berklee College of Music. Tam spotkał m.in. przyszłych muzycznych kompanów: Kevina Eubanksa, Donalda Harrisona czy Branforda Marsalisa.

Znajomość z tym ostatnim w sposób szczególny pomogła mu w karierze. Mianowicie to Branford zasugerował młodszemu bratu Wyntonowi, by zaangażował Wattsa do swojej grupy. Był członkiem kwartetu trębacza od 1981 do 1988 roku, zdobywając z nim trzy nagrody Grammy. Z kolei z zespołem Branforda grał przez dwadzieścia lat (1989-2009), również przyczyniając się do zdobycia przez saksofonistę Złotych Gramofonów (1993, 2001). W grupie tej występował także pianista Kenny Kirkland, bliski przyjaciel Wattsa i autor przezwiska „Tain”, czemu kres położyła tragiczna śmierć artysty w 1998 roku (zastąpił go później Joey Calderazzo, do dziś członek kwartetu Marsalisa). Grał naturalnie również z innymi artystami – do najważniejszych przedsięwzięć zalicza pracę z Ronem Carterem, McCoyem Tynerem, Georgem Bensonem, Gilem Evansem, Lewisem Soloffem. Danilo Perezem, Michaelem Breckerem, Betty Carter, Courtney Pine, Geri Allen, Alice Coltrane, Gregiem Osbym, Stevem Colemanem, Gonzalo Rubalcabą, Harrym Connickiem Jr. czy Ravim Coltranem.

Watts cieszy się także sporym dorobkiem jako lider, mając na koncie dziesięć albumów wydanych na przestrzeni minionych osiemnastu lat. Jakość jego gry oraz poszukiwań kompozytorskich doceniają zarówno koledzy po fachu – Wynton Marsalis określił Wattsa jako „absolutnego, dokładnego, kompletnego, jedynego w swoim rodzaju mistrza formy” – ale również gremia naukowe. Świadczy o tym otrzymane przez niego w tym roku stypendium Fundacji Guggenheima w dziedzinie kompozycji. Tę stronę swej aktywności zintensyfikował po odejściu z grupy Marsalisa, realizując regularnie nowe wydawnictwa we własnej wytwórni Dark Key Music.

Przed dwoma laty, koncertując na nowojorskim Charlie Parker Jazz Festival z własnym kwartetem, powiedział do widowni: „Nie grałem tutaj dawno z moją grupą. To się zmieni”. Jego nadchodzący występ na Jazzie nad Odrą to kolejny dowód na to, że jego droga ku niezależności trwa w najlepsze. Swoją drogą – myślicie Państwo, że wykona utwór „Vodville”, związany z jego zamiłowaniem do popularnego w Polsce trunku?...