Chet Baker - James Dean jazzu

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Elegancki Chevrolet zatrzymuje się na rogu Broadwayu i 57 ulicy na światłach. Tylko dlatego, że jest czerwone a kierowcy się nie spieszy. Jest środek grudnia a dach drogiego, sportowego samochodu jest schowany. Śnieg pada wprost do środka, na eleganckie obicia siedzeń i na samego kierowcę. To Chet Baker. Siedzi spokojnie w swoim wozie, cały obsypany śniegiem, w swojej najlepszej marynarce i słucha Zoota Simsa grającego „I understand”. Padający śnieg nie mógł obchodzić go mniej.

 

 

William Claxton, fotograf pracujący przy sesji do albumu „Chet With Strings” wspomina: „Zakochałem się w nim jako fotografii. I aparat też się w nim zakochał.” Wszyscy kochali Cheta Bakera, był idealny w każdym calu. Choć jego możliwości muzyczne pozostają kwestią sporną, jego czar i urok osobisty zdobył mu bezapelacyjną miłość publiczności i krytyków. Chet nie był wielkim trębaczem. Nie był też wielkim wokalistą. Jego gra do złudzenia przypominała kopię brzmień które w tamtym okresie można było usłyszeć w Harlemie, w klubach na 52. ulicy jak Onyx czy Three Deuces. Baker był rozkochany w melancholijno-romantycznej grze młodego, czarnoskórego trębacza, Milesa Davisa. Przejął bardzo wiele ze specyfiki davisowskiej gry i w pewien przewrotny sposób spopularyzował ją wśród białej publiczności, nadal podejrzliwie spoglądającej w kierunku „czarnego” jazzu. Baker, nieświadomie, zrobił to samo, co przed nim zrobili dla jazzu Benny Goodman czy Glenn Miller. Jego nagrania nie cieszyły się popularnością wśród konkurencji z Harlemu. Baker szybko stał się majętny, obsypywany nagrodami prasy jazzowej, jego płyty sprzedawały się doskonale, podobnie jak bilety na koncerty. Miał wszystko, był na samym szczycie świata na który wjechał spokojnie swoim Chevroletem z otwartym dachem. Muzycy w Harlemie byli wściekli na młodego „białasa”, który zarabiał krocie kopiując ich brzmienie, podczas gdy oni głodowali. Jednak trzeba przyznać, że często krytykowani przez środowisko czarnoskórych muzyków za komercyjność i kradzież muzycznej tożsamości, artyści jak Glenn Miller, Chet Baker czy Dave Brubeck (jego również dosięgło ostrze davisowskiej krytyki) otworzyli szeroko drzwi domów wielkomiejskiej publiczności na takich twórców jak Ellington czy Davis.

Ameryka okresu powojennego ma mnóstwo bohaterów. Jest Jack Kerouac z powieścią „W drodze”, jest James Dean w „Buntowniku bez powodu” i jest Chet Baker. To jest ta biała strona zbuntowanej Ameryki lat 50. Wszystkie te trzy ikony popkultury łączy to, że właściwie to nie byli technicznie najlepsi w swoim fachu. Dziś trudno nie skrzywić się przy kłopotliwie balansującej na granicy kiczu prozie Kerouaca, zakłopotać się odrobinę przy pretensjonalnym aktorstwie Deana czy nie powstrzymywać ziewnięcia przy nagraniach Bakera. Nie byli to wielcy pisarze, aktorzy i trębacze. Jednak cała trójka dysponowała ładunkiem, który okazał się w ostatecznym rozrachunku znacznie cenniejszy – charyzmą. Baker mieścił w sobie zarówno Deana, jak i bohaterów popularnych i wielkich amerykańskich powieści, jak „The Man With A Horn” Dorothy Baker czy „Stąd do wieczności” Jamesa Jonesa. Baker był tak atrakcyjny dla świata popkultury, że zaoferowano mu rolę w filmie na podstawie jego życia. Miał zagrać samego siebie, nic łatwiejszego, przygotowywał się na to całe życie. Jednak Baker został aresztowany w Europie i w filmie „All The Fine Young Cannibals” w rolę trębacza imieniem Chad wcielił się Robert Wagner partnerując Natalie Wood.

 

Inna sprawa, że temat jego sprawności muzycznej nadal jest obiektem sporów. Podobno po wspólnym graniu z Charliem Parkerem, saksofonista zadzwonił do swoich przyjaciół w Nowym Jorku – Dizzy'ego Gillespiego i Milesa Davisa – i ostrzegał ich, że powinni uważać na jednego białego chłopaka z San Francisco. Więc może nie było z nim znowu tak słabo.  Nawet jeśli Baker nie był wirtuozem ani wizjonerem to nie robiło mu to różnicy. Nie miał zamiaru by ten drobiazg stanął mu na drodze na szczyt. Nie miał zamiaru przejść przez życie niezauważony.

Chet wyglądał jak z obrazka. Z łatwością rozkochiwał w sobie młode dziewczęta podczas koncertów, był idealny. James Dean muzyki jazzowej, zagubione melancholijne spojrzenie, zaczesane do tyłu włosy, eleganckie ubrania i drogie samochody. Baker żył ponad stan ale traktował to jako jedyny sposób życia. Jedyne czym chciał się w życiu zajmować było dalsze bycie Chetem Bakerem. Wyrobił sobie markę grając w słynnym kwartecie Gerry'ego Mulligana, mógł sobie pozwolić na luksus. Stojąc na skrzyżowaniu w swoim ośnieżonym samochodzie, Baker był jeszcze gówniarzem. Ledwo wyszedł z wojska, grywał z Mulliganem, robił furorę, palił marihuanę i po prostu był królem życia. Wkrótce jednak znudziło mu się bycie tylko grajkiem w zespole Mulligana. Chet robił się coraz większy, jego ego rozrosło się już tak bardzo, że nie mogło zmieścić ich obu. Baker zostawił kwartet i zaczął szukać szansy dla siebie. Nie było trudno, jego chłopięcy urok z miejsca wygrywał mu ludzi. W niedługim czasie stał się ikoną nowego stylu, rozpowszechniającego się w zastraszającym tempie na Zachdonim Wybrzeżu – cool jazzu.

Baker się sprzedawał, była na niego moda. Był gładki i przystępny, ani jednej skazy. Jednocześnie nadal pozostawał buntownikiem swoich czasów. Miał wszystko ale wciąż nie czuł się zadowolony. Jeździł z przyjaciółmi za miasto, palić, pić i eksperymentować seksualnie. Zabawne, że klasa „wyższych sfer” tak mało wiedziała o swoim idolu. Stylem bycia i ducha bardziej niż maskotkę białej society, Baker przypominał wyrzutka społecznego w stylu Deana i Kerouaca.

Wszystko szło pięknie i nudno, wzorowo. Zbyt gładko, aż do mdłości. Więc Chet przerzucił się na heroinę. Stracił niewinność i naturalność. Został wyrzucony z Anglii i RFN za posiadanie narkotyków i eksmitowany do USA. W 1966 roku usiłował kupić heroinę w San Francisco. Podobno. Wmieszał się w sprzeczkę z dilerami i został potwornie pobity. Podobno. Ucierpiało szczególnie uzębienie oraz wargi. Z pewnością. To jest legenda, wersja rozpowszechniana przez samego muzyka. Jak było naprawdę, nie wiadomo. Zdaniem policji, sprawa mogłabyć kłamstwem, próbą ukrycia silnego uzależnienia od którego tak ucierpiało uzębienie. Inna wersja jest taka, że Chet faktycznie kupował narkotyki, ale zadłużył się u dilera, który postanowił dać mu nauczkę. Ponoć Baker potrafił dosadnie manifestować swoje poczucie wyższości i być może trafił akurat na niewłaściwego człowieka. Jakby nie było, Baker stracił przednie zęby, miał rozharataną wargę i nie mógł grać. Więc po raz pierwszy od lat, Chet musiał zejść ze swojego piedestału między śmiertelników. Pracował na stacji benzynowej i, jak wspominał w filmie Webera „Chet Baker: Let's Get Lost”: „nikt mnie nigdy nie rozpoznał.” Baker miał umiejętność zjednywania sobie ludzi i wzbudzania empatii. Nabierał znajomych, wyłudzając od nich pieniądze na narkotyki, był doskonałym aktorem. Pewnie nawet lepszym aktorem niż James Dean. Wyłgał się nawet z wojska, udając przed armią niepoczytalność i skłonności homoseksualne. Umiał sprzedać swój czar, którego nadal miał pod dostatkiem. Jednak teraz, nie był już „złotym chłopcem”. Był zniszczonym mężczyzną, z poranioną, zniszczoną twarzą, starczym głosem i zgarbioną posturą. W krótkim czasie, Chet bardzo się postarzał. Kiedyś nie musiał nawet ćwiczyć. Znał każdą melodię, a jeśli nie znał to udawał że zna, zawsze wiedział co się dzieje i w jakim jest miejscu. Wszystko przychodziło mu naturalnie. Nagle, gdy w lustrze nie czekało go oblicze młodego zdobywcy, wszystko stało się zaskakująco trudne. Teraz był stary facet ze sztuczną szczęką. A minęło ledwo kilka lat.

 

Ostatnie lata kariery Cheta Bakera są przykre. W pogodni za utraconą sławą i pieniedzmi grywał banalne, głupiutkie pioseneczki swoim słabym, cierpiętniczym głosem. Nikt nie chciał słuchać Cheta Bakera, który nie był już piękny i młody. Teraz przypominał jeden wielki wyrzut sumienia czy może ostrzeżenie. Nikt nie chce się bawić przy ostrzeżeniach. Zrezygnowany, wyjechał z Nowego Jorku i zamieszkał w Europie. W 1988 roku, na kilka dni przed planowanym występem w Polsce, podczas festiwalu Jazz nad Odrą, Chet Baker wypadł z okna swojego pokoju hotelowego w Amsterdamie i zginął. Nie wiadomo dokładnie, co się stało. Według jednej z wersji, Chet został wypchnięty, inne że po prostu przesadził z dopalaczami. Dziś, przed amsterdamskim hotelem Prins Hendrik, znajduje się pamiątkowa tablica.

Lawrence Trimble, znajomy muzyk, wspomiał dni, gdy próbował podrywać dziewczyny w paryskich klubach jazzowych. Przysiadał się do siedzącej samotnie tuż przed sceną, atrakcyjnej Francuzki. Zaczynał subtelnie zagajać, ale ledwo zaczynał już musiał kończyć, gdy słyszał: „Zamknij się, kocham się w Checie Bakerze.” „Ja też” - odpowiadał Lawrence.