Love Sonet For Billie Holiday

Autor: 
Maciej Karłowski
Wadada Leo Smith, Vijay Iyer & Jack DeJohnette
Wydawca: 
TUM Records
Dystrybutor: 
TUM Records
Data wydania: 
19.11.2021
Ocena: 
4
Average: 4 (1 vote)
Skład: 
Wadada Leo Smith: trumpet; Vijay Iyer: piano; Jack DeJohnette: drums.

Osiemdziesiąte urodziny Wadady Leo Smitha świat świętuje prawdziwym wydawniczym szturmem na uszy i kieszenie słuchaczy. W sumie do tej pory ukazało się sporo płyt, z czego kilka z nich to wydawnictwa wielopłytowe. W tego rodzaju albumach ostatnimi czasy Wadada lubuje się ponad miarę. Ale dla fanów jego talentu to rzecz co najmniej mile widziana. Recenzję czteropłytowego boku The Great Lake Quartet - Chicago Symphonies mamy już za sobą, czas więc sięgnąć po miłosny sonet dla Bilie Holiday.

Obok lidera, za klawiaturą fortepianu Vijay Iyer, a za zestawem perkusyjnym sam Jack Dejohnette, drummer wielki i doceniony, który w jesieni swojego życia postanowił sobie wydatnie przypomnieć, jak to było kiedy nie jeździł po świecie z najświętszymi z najświętszych jazzu i grywał muzykę bardziej dla uszy i wyobraźni a mniej dla sławy i portfela.

Wadada to zresztą znakomity wybór. Obydwaj panowie znają się doskonale, nie  razem grywali i na scenie i w studiu nagraniowym. Ostatecznie obydwaj to ziomki z Chicago, co z nie jednego pieca chleb razem zajadali. Vijay Iyer, pewnie najbardziej dziś wzięty i ukochany przez świat jazzu pianista, i również wielokrotny partner muzyczny trębacza. A jednak w tej konfiguracji panowie pojawiają się po raz pierwszy.

 

Album sygnowany jest nazwiskiem Wadady Leo Smitha, ale chyba celniej byłoby określić go jako dzieło trzech równorzędnych artystów uchwyconych w procesie kreacji, ze szkicowymi kompozycjami pod ręką i niezwykle bogatą ofertą narzędzi improwizatorskich dostępnych a la carte. To taki band, który wystarczy, że spotka się w studiu czy na scenie (tu akurat w studiu) i już może popłynąć muzyka. Nie bez kozery piszę może, ponieważ bandy typu all stars wcale nie dają gwarancji zaistnienia sztuki przez duże S. Jest na to nieskończenie wiele dowodów, o których nie miejsce, ani nie pora się teraz rozpisywać.

Jest więc pytanie czy mamy tu do czynienia z zawiedzionymi oczekiwaniami w świetle gwiazd czy gwiezdnym światłem bijącym po oczach wysoko ponad naszymi majestat grających muzyków. Ani jedno ani drugie drugie do końca. Miłosny sonet dla Billie Holiday ma w moim odczuciu wszystkie zalety płyty z muzyką zagraną przez wytrawnych improwizatorów i jedną jego równie oczywistą, a niech tam, użyję mocnego słowa, wadę. To nie jest working band, a muzyka, którą gra to nie kreacja free improvised. Gdzieś podskórnie powraca do mnie myśl, że gdyby muzycy na stałe ze sobą pracowali, spędzali wspólnie czas na koncertach nie tylko okazjonalnych wówczas spoistość ich brzmienia, oryginalność narracji byłaby znacznie bardziej spektakularna i być może Wadadowe szkice zostałyby wówczas wypełnione muzyką intrygująco wielką a nie tylko bardzo dobrą. 

Ale i tak jest to album, z którym warto najpierw się przywitać i potem trochę zaprzyjaźnić. W swojej nieskończenie refleksyjnej melancholii a nawet żarliwym smutku wydaje się propozycją idealną aby spojrzeć na muzyczną codzienność z innej perspektywy, dającą znakomitą okazję aby zwolnić bieg i nabrać niezbędnego dystansu.

Billie Holiday: A Love Sonnet; Deep Time No. 1; The A.D. Opera: A Long Vision With Imagination; Creativity And Fire: A Dance Opera; Song For World Forgiveness; Rocket.