Szalony Kapelusznik! Dziś 77 urodziny Chicka Corei!

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. prasowe

Z pewnością nie może być łatwe odrzucenie pokusy spoczęcia na laurach. Szczególnie gdy ma się ku takiemu spoczęciu sposobność i wszelkie usprawiedliwienie, gdy zrobiło się już swoje i na dobrą sprawę, nikt nie powinien oczekiwać więcej. Było już i tak zupełnie wiele i zupełnie nieźle. Przed takim wyzwaniem duchowym stają zazwyczaj tylko najwięksi muzycy, których twórczość – by być twórczością właśnie a nie jedynie dorobkiem – stale domaga się zmian i rozwoju. To musi być męczące tak rozwijać się bez przerwy. Jednym z tych muzyków jest Chick Corea.

Pianista który, jak wielu młodych muzyków z jego pokolenia, miał wielkie szczęście i sposobność uczenia się fachu u samych najlepszych – w tym wypadku u samego Milesa Davisa. W 1968 roku Corea zastąpił Herbiego Hancocka na fotelu pianisty w zespole trębacza. I od tamtej pory – podobnie jak wcześniej w wypadku Hancocka – było już tylko dobrze. Miles dobrze wychowywał swoje muzyczne dzieci; zarówno Corea jak i jego poprzednik Hancock a także Keith Jarrett (kolejny muzyk z zespołu Davisa) stali się jednymi z najbardziej wpływowych muzyków jazzowych (i nie tylko jazzowych) przełomu lat 60. I 70. Chick miał wszystko, był kolejnym „cudownym dzieckiem” pianistyki. Potrafił doskonale grać akustycznie, z polotem i fantazją adaptując styl Billa Evansa i McCoya Tynera, a gdy czasy się zmieniły nie miał problemów by przerzucić się na syntezatory. Chyba nigdy nie było dla tego muzyka żadnej prawdziwej przeszkody. Bez trudu odnajdywał nowe sposoby zagrania starych melodii jak również sam nie przestawał komponować własnych utworów. Przychodziło łatwo, choć trzeba też przyznać, że Corea zapracował sobie na ten sielski spokój.

 

Urodził się w 1941 roku w rodzinie sycylijskich i hiszpańskich imigrantów w Chelsea, w stanie Massachusetts jako Armando Corea. Jego ojciec grał na trąbce i nie zwlekał długo z przystąpieniem do muzycznego edukowania syna. Do towarzyszy dziecięcych zabaw Armando należeli Dizzy Gillespie, Charlie Parker, Bud Powell i Lester Young. Koncertowanie rozpoczął już w szkole średniej. W prezencie od ojca otrzymał czarny garnitur, który nastoletni Chick przywdziewał na występy ze swoim trio grającym przeważnie utwory Horace’a Silvera. Zespół grywał w lokalnych klubach jazzowych przymykających oko na problem pełnoletności muzyków. Jednak pewnego dnia Chick poczuł, że Chelsea w stanie Massachusetts jest bardzo małym miejscem w porównaniu do, na przykład, Nowego Jorku. Chick spakował walizkę i przyjechał do miasta, w którym narodził się be-bop. Podjął studia na uniwersytecie Columbia oraz w prestiżowej szkole muzycznej Julliard. Wytrzymał tam tylko pół roku, uznając że zajęcia stoją na wysoce niezadowalającym poziomie. Niezadowalającym Chicka Coreę w każdym razie. Ale sam Nowy Jork – jak najbardziej. 

 

Postanowił zostać na dłużej. Rozpoczynał powoli, ale dobrze dobierał sobie angaże – grywał u Caba Callowaya, Stana Getza i Roya Haynesa. Tak było do 1968 roku, kiedy otrzymał telefon od Milesa Davisa.

U Milesa został od razu rzucony na głęboką wodę. Temperament lidera, ciągłe testy jakim poddawał młodego pianistę oraz towarzystwo takich muzyków jak Dave Holland, Wayne Shorter, Tony Williams czy John McLaughlin – muzyków jeśli już wtedy nie sławnych to przynajmniej uznanych – powinno było wymusić u młodego pianisty, przybywającego właściwie znikąd solidną nerwówkę. Ale nie u Chicka; nawet jeśli się denerwował to nie musiał martwić się o swój warsztat – był przygotowany, potrafił poradzić sobie z każdym muzycznym językiem i wyzwaniem. Co więcej szybko załapał o co Davisowi chodziło w tej dziwnej muzyce, której próbowali na płytach „In a Silent Way” i „Bitches Brew”. I już – Chick mógł właściwie odpocząć, rozkoszować się przez chwilę sławą grania u największego jazzmana na świecie. Ale minęły dwa lata od telefonu Davisa i Corea był już zmęczony. Wraz z Hollandem pożegnali się z zespołem w 1970 roku i założyli własną grupę w skład której wchodził saksofonista Anthony Braxton i perkusista Barry Altschul. Ale nawet nie zdążyli się na dobre rozgrzać, kiedy w 1971 roku Corea zmontował nowy zespół – The Return To Forever.

W ciągu lat swojej działalności grupa często zmieniała muzyków, jednak jej ośrodkiem pozostał pianista. Return To Forever to było dla Corei nowe wyzwanie – łączył fusion z rockiem, elektroniką i melodiami latynoskimi. Zespół odniósł spory sukces i po raz kolejny odbywało się kuszenie Armando Corei. Chick pozostawał nieugięty – lata 70 to okres duetów: z wibrafonistą Garym Burtonem i Herbiem Hancockiem (w ostatnich latach jeszcze z Belą Fleckiem i Hiromim Ueharą)

Oczywiście większość tych projektów przynosiła mu sukces nie tylko artystyczny ale i komercyjny.

Chick dobrnął do dnia swoich 77 urodzin grając dokładnie to, co chciał grać. W międzyczasie angażował się w projekty takie jak zespół Elektric Band, Akoustic Band, Origin, otworzył własną firmę Stretch Records, Chick Corea New Trio (odkrywając dla świata jazzu młodego kontrabasistę z Izraela, Avishaia Cohena), współpracując z Patem Methenym, Garym Burtonem, Davem Hollandem i Royem Haynesem w projekcie Like Minds, koncertując w filharmoniach, nagrywając muzykę Beli Bartoka i odbierając kolejne nagrody. Jakby tego było mało – w 2008 roku zarządził powrót na scenę zespołu The Return To Forever, i nieustannie jest w trasach koncertowych czy to z recitalami solo czy w konwencji tria. Za koncertową płytę w trio z Christianem McBridem i Brianaem Bladem jak zwykle dostał Grammy. Chciałoby się powiedzieć: bumelant.