Rabih Abou-Khalil – mimowolny piewca wielokulturowości

Autor: 
Maciej Krawiec
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Obecność we współczesnej muzyce improwizowanej arabskiego instrumentu oud, przodka lutni i gitary, nikogo z obserwujących dzisiejszą światową scenę jazzową z całą pewnością nie dziwi. Od kilku dziesięcioleci bowiem tacy artyści, jak Libańczyk Rabih Abou-Khalil czy Tunezyjczycy Anouar Brahem i Dhafer Youssef konsekwentnie posługują się nim do kreowania autorskich stylistycznych fuzji tradycji Bliskiego Wschodu z jazzem. Wydaje się jednak, że to urodzony w 1957 roku w Bejrucie Abou-Khalil na gruncie międzykulturowego dialogu poczyna sobie spośród wymienionych muzyków najodważniej. Różnorodne przedsięwzięcia Libańczyka świadczą o jego – co sam przyznaje – rzadkiej niestety w dzisiejszym arabskim świecie otwartości na inne kultury i ciekawości ich sztuki.

Sam Abou-Khalil przyczynę własnej postawy widzi w tolerancyjnym usposobieniu, jakie charakteryzowało jego dom rodzinny. Ojciec muzyka nie należał bowiem do religijnych gorliwców i obce my było przekonanie o wyższości nad innymi wyznaniami dominującego w Libanie islamu. Dzięki temu bez skrępowania realizował swoje rozmaite zainteresowania, nauczył się ośmiu języków i podobną otwartość umysłu tchnął w muzykującego syna. Abou-Khalil rozpoczął naukę na oud w wieku czterech lat, później zaczął grać również na flecie. Ucząc się w klasach obu instrumentów w bejruckim konserwatorium, zasłuchiwał się w płytach m.in. Theloniousa Monka, Franka Zappy czy Elli Fitzgerald. Kształtowaniu ciekawości świata sprzyjała aura kosmopolitycznego Bejrutu lat 50. i 60., czemu kres położyła rozpoczęta w 1975 roku wojna domowa w Libanie. Trzy lata później Abou-Khalil uciekł z kraju i osiedlił się w Monachium, gdzie został przyjęty do akademii muzycznej by kontynuować edukację w klasie fletu. Klasycznemu wykształceniu zawdzięczał świadomość historii muzyki europejskiej, którą mógł w niemal instynktowny sposób połączyć z tym, co pod względem artystycznym wyniósł ze swej bejruckiej młodości. Po wydaniu w 1982 roku pierwszej płyty „Compositions & Improvisations”, na której grał na flecie, poczuł że bliższym mu instrumentem jest oud oraz że to na nim może lepiej wyrazić siebie. Następny album – „Bitter Harvest” z 1984 roku – przyniósł już dominację brzmienia strun oud.

Od tamtego czasu Abou-Khalil wydał ponad 20 autorskich płyt, na których towarzyszyli mu artyści z dalece różnych od siebie muzycznych światów: jazzmani Sonny Fortune, Joachim Kühn, Howard Levy, Charlie Mariano, Steve Swallow czy Kenny Wheeler, śpiewak fado Ricardo Ribeiro, ansamble smyczkowe Kronos Quartet i Balanescu Quartet etc. Wymienione nazwiska i formacje dowodzą tego, w jak różnorodne brzmienia obfitują jego albumy. W swoich kompozycjach operuje wyrafinowaną orientalną rytmiką, często wprowadzając zmienne metrum, choć chętnie wykorzystuje także puls swingowy. Obcowanie z tak bogatą i urozmaiconą dyskografią to pełna zaskoczeń przygoda. Szczególnym doświadczeniem jest również kontakt z oprawą wydawniczą płyt Libańczyka – większość z nich nawiązuje do siebie graficznie, prezentując abstrakcyjną arabską ornamentykę, której towarzyszą wyjątkowe złocenia i tłoczenia. Abou-Khalil nieraz uzupełnia też swoje wydawnictwa o teksty literackie.

Przede wszystkim jednak twórczość artysty jest nośnikiem całej gamy emocji – to one są dla niego tym, co w muzyce najważniejsze. Tym samym odżegnuje się od wszelkich założeń estetycznych, religijnych czy politycznych realizowanych w sztuce. Choć przypisuje mu się krzewienie wielokulturowości, Abou-Khalil zdaje się nie przywiązywać do tego pojęcia szczególnej wagi. Owszem, interesują go twórcy zakorzenieni we własnych kulturach, ale fakt spotkania z nimi nie jest celem samym w sobie, a jedynie środkiem służącym do kreowania muzyki wykraczającej poza przyjęte wzorce i odkrywającej nowe emocjonalne treści. W takich spotkaniach ciekaw jest przekazu, który może być wspólny dla grupy artystów z różnych stron świata. Nie czyni jednak z wielokulturowości promowanej przez siebie idei, gdyż uważa ją za zjawisko od wieków definiujące relacje między ludźmi. „Od momentu gdy człowiek opuścił Afrykę i rozprzestrzenił się po świecie, nigdy nie było inaczej. Nie ma czystej kultury. Ktokolwiek myśli, że istnieje jakaś czysta kultura... prezentuje myśl faszystowską. Nic nie jest czyste. Wszyscy się przemieszczali: Grecy, Rzymianie, wszyscy, wszędzie” – mówił kilka lat temu w wywiadzie dla portalu All About Jazz. I dodawał: „różnorodność jest podstawą kultury naszego gatunku. Bez niej nie moglibyśmy zrobić ani kroku naprzód. Patrząc na przykład na Amerykę widzimy, że tam nie ma jednej kultury. Tam po prostu mieszkają ludzie z całego świata, których połączyła chęć funkcjonowania w danym miejscu”. W podobnym duchu opisywał także ludzkie emocje, postrzegając je zawsze jako mieszankę wielu elementów.

Zapytany o stosunek do padających z ust konserwatystów zarzutów co do jego nowatorskiego podejścia do bliskowschodnich tradycji muzycznych, odpowiedział ostro: „uważam, że nie ma czegoś takiego jak tradycja. Co jest tradycyjne dzisiaj, wczoraj było rewolucyjne. Kiedy cokolwiek studiujesz i twoja pamięć cofa się dalej niż o jedno pokolenie, widzisz że nic nie było zbudowane w taki sam sposób. Wszystko się zmienia. Zatem myślenie, że trzeba trzymać się czegoś kurczowo, dusi i zabija zamiast sprzyjać rozwojowi”. Odważne to stwierdzenia i Abou-Khalil zdaje się płacić za nie cenę, którą jest brak możliwości bycia w pełni akceptowanym gdzie by się nie pojawił: we Francji, Niemczech czy Libanie. Jego poglądy nie pozwalają mu na kategoryczne opowiedzenie się za jedną opcją – kulturową, religijną czy polityczną – i być może z tego właśnie wynika nieszablonowość jego sztuki.