Geniuszowi ujdzie płazem? - dziś odszedł Ginger Baker

Autor: 
Marta Jundziłł
Zdjęcie: 

W dokumencie „Beware of Mr. Baker” genialny perkusista zdradza żony, grozi nożem koledze z zespołu, ćpa, prowokuje bójki i awanturuje się o wszystko. Z obrazu wynika, że Ginger Baker to nie tylko utalentowany muzyk, ale też szalony egoista. Nie był dobrym ojcem, mężem, sąsiadem ani przyjacielem. Mimo to, do historii przeszedł, jako genialny twórca Cream, energetyczny kocur siedzący za zestawem. Czy tak powinno być? Czy geniuszowi można wybaczyć wszystko? A może, fascynując się artystą, powinniśmy oceniać również jego życie prywatne?

Ginger Baker to oczywiście niejedyne „ziółko”, które w trakcie swojego burzliwego życia twórczego krzywdzi swoich bliskich. Chimeryczny charakter, awanturnictwo, skłonności ku zdradom i alkoholowi miał również…. genialny polski pianista - Artur Rubinstein. Podczas swojego ślubu z Heleną Rubinstein, zniknął na kilka godzin, po to, aby „pocieszyć” swoją byłą kochankę. Oprócz nieposkromionej chuci, Rubinstein odznaczał się wyjątkową impulsywnością. Był uparty i nie lubił sprzeciwu, zarówno swoich dzieci, jak i oddanej żony. Mimo to, żaden z sympatyków pianistyki nie powie o nim złego słowa. Rubinstein to przecież genialny pianista, honorowy (sic!) przewodniczący rady jury Konkursu Chopinowskiego, koncertujący na całym świecie wirtuoz, który do perfekcji opanował interpretację dzieł Chopina, Brahmsa, Rachmaninowa. Łódzka Filharmonia od lat nosi jego imię. W Izraelu od 1974 odbywa się zaś Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Artura Rubinsteina. Ciekawe, czy uczestnicy konkursu wiedzą, że ich idol był za życia takim skurczybykiem?

Co prawda większość fanów literatury Marka Hłaski zna i akceptuje czarne chmury wiszące nad pisarzem, ale nie zmienia to faktu, że jego usposobienie nie należało do najprostszych. Swoją żonę – Sonję Zimmann – zdradzał notorycznie. Raz udało mu się nawet rozbić małżeństwo swojego przyjaciela, reżysera – Nicholasa Raya. Był awanturnikiem, kilka razy siedział w areszcie, lubił też wychylić kieliszek, a przy okazji przywalić współbiesiadnikom. Słynął też z ciętego języka i złośliwych, cynicznych komentarzy. Choć to akurat doskonale wpisuje się w mroczne i fatalistyczne kreacje literackie, typowe dla twórczości Hłaski.

Przykładów takich artystów – egoistów jest całe mnóstwo. Nigdy nie oglądali się za siebie, wiecznie szukając lepszego jutra, zawsze patrzyli wyłącznie na swoje dobro. Niezależnie, czy mieli rodziny, przyjaciół, potrzebujących rodziców, zawsze na pierwszym miejscu stawiali swoją pasję. Ginger Baker wszystkim swoim kobietom mówił, że kiedy będą kazały mu wybrać pomiędzy perkusją a nim, zawsze wybierze perkusję. To oczywiście jego święte prawo. „Widziały gały, co brały”. Ale Baker słynie z dużo ciekawszych cytatów. Wyprowadzając się do Afryki, na „do widzenia” swojemu synowi powiedział: „Jesteś zerem, nigdy nie będziesz grał, tak dobrze jak ja. W ogóle mnie nie obchodzisz”. Genialny twórca, beznadziejny ojciec. 

Nie można oczywiście powołać żadnej komisji etyki, która będzie ścigać rockmanów za awantury i zapisywać im punkty karne za każde „niewrócenie do domu na noc”. Nie można wchodzić w prywatne życie twórców, bo przecież nie relacji czy prywatnego kontaktu od nich oczekujemy. Artysta jest po to, żeby tworzyć i dzielić się ze światem swoim talentem. Z drugiej strony zastanawia mnie, gdzie leży granica? Czy zdolny pianista, który słynie z arogancji, furiackich zachowań, zdrad, kłamstw i oszustw, w pamięci ludzkości powinien pozostać idolem dla milionów? Czy wirtuoz, który po koncercie wraca pijany do domu, bije żonę i dzieci, na kartach historii nadal powinien być wymieniany jako geniusz? Jak bardzo okropną rzecz musiałby zrobić niezrównany muzyk, żeby jego życie prywatne rzutowało na jego ocenę jako twórcy?

Pytanie pozostanie otwarte, tym bardziej, że dziś już wiemy. Ginger Baker nie żyje.