Billy Harper - Czarny Święty

Autor: 
Maciej Karłowski
Zdjęcie: 

Jest sierpień 2004 roku. Szczecin. Katedra św. Jakuba. W przestrzeni świątyni stają członkowie Chór Akademickiego im. Prof. Jana Szyrockiego Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego w Szczecinie. Już nie pod przewodnictwem założyciela, który zmarł rok wcześniej, w kwietniu, ale za to pod batutą natępcy dr. Richarda Zielińskiego, znanego i cenionego amerykańskiego dyrygenta, szefa zespołów wokalnych i edukatora. Za chwilę na scenie pojawi się artysta z zupełnie innej bajki, z innego kraju i w ogóle z innej przestrzenie kultury. Za chwilę ze swoim czarnym saksofonem pojawi się Czarny Święty, legendarny już dziś saksofonista Billy Harper.

Nie był to jego pierwszy występ przed szczecińską publicznością. Dwa lata wcześniej już dla niej grał jako gość festiwalu Zmagania Jazzowe. Pewnie nie wiedział jeszcze, że jego związki z miastem z roku na rok będą coraz silniejsze. Jeszcze tego samego wieczoru decyzją rajców miejskich i dzięki zabiegom działaczy jazzowego środowiska Szczecina mianowany zostanie pierwszym obcokrajowcem w randze ambasadora miasta.

Tak na marginesie tamten występ z ansemblem wokalnym nie przepadł w odmętach historii. Udokumentowany został w wersji video i potem wydany jako Billy Harper-Live in Poland na jedynej jak dotychczas w karierze saksofonisty płyty DVD przez słynny amerykański label Arkadia Jazz, który miał już wówczas w swoich zasobach płyty takich sław jak Dave Liebman, Joanne Brackeen, Pat Metheny, Gary Peacock czy Benny Golson.

To było jednak prawie dwie dekady temu, a kariera Billy’ego Harpera nie zaczęła się przecież od szczecińskich duserów. Kiedy przyjechał pierwszy raz do Polski był już od dawna postrzegany jako bardzo poważna postać amerykańskiej sceny jazzowej. Wielu widziało w nim nie tylko ważnego twórcę, ale również jednego z nielicznych, którzy ośmielili się odrzucić angaż do zespołu wielkiego Milesa Davisa. Było to w 1970 roku, a więc w czasie kiedy Davis był jeszcze większą gwiazdą niż w poprzednich dekadach. Flirtował bardzo otwarcie z muzyką rockową i w sporej mierze spowodował, że jazz wszedł na wielkie czasami nawet stadionowe sceny do tej pory zarezerwowane dla rockmanów.

Dlaczego tak się stało? Warto pamiętać, że w tamtym okresie Harper był od dawna stałym członkiem wyjątkowego kwartetu innej legendy sceny, perkusisty Maxa Roacha i nie było mu wcale na rękę zostawiać formacji, z którą pracowało mu się dobrze i która spełniała jego artystyczne marzenia w sposób wyjątkowy. Sam Harper opowiadał o tym tak: „Miles był w porządku. Przystać na jego propozycję byłoby z pewnością dobre dla stanu konta, ale już dla stanu duszy niekoniecznie. Dlatego wolałem zostać z Maxem.”

Być może ta decyzja okazała się jedną z najbardziej brzemiennych w skutki w karierze młodego Harpera. I to dla miłośników muzyki postrzeganej nie jako entertainment, ale istotna manifestacja mentalnej kondycji twórczej, była bardzo dobra decyzja.

Gdyby stało się inaczej być może nigdy nie powstałaby płyta Capra Black wydana dla maleńkiej niezależnej wytwórni Strata East, będąca rynkowym debiutem Harpera w roli lidera, niewykluczone  również, że nie moglibyśmy cieszyć się albumem Black Saint, kto wie czy nie najsłynniejszym dziełem w dyskografii artysty wydanym przez mającą w następnych latach uzyskać status kultowej włoskiej oficyny wydawniczej o tej samej nazwie.

Okazało się, właśnie wówczas, że Billy Harper to nie tylko znakomity saksofonista, ale także człowiek potrafiący samodzielnie podejmować decyzję i życiowe, i artystyczne, stając się człowiekiem muzyki po prostu. Zresztą w jednym z wywiadów opowiadał o tym w taki właśnie sposób:  „Wszedłem w jazz, w improwizacje całkowicie, to była droga do tego jak nauczyć się żyć. Improwizowanie cały czas! To już nie tylko muzyka. To droga. To całe moje życie. Może to zabrzmieć śmiesznie, ale czuję to tak, jak sam bym był muzyką. Oczywiście nie tylko muzyką, ale jednak pokazuje mi to jak wielką częścią mnie muzyka jest.”

Ciekawe czy choć trochę tak o sobie myślał jako dziecko, kiedy wracając ze szkoły ulicami Houston w Texasie zatrzymywał się naprzeciw witryny sklepu z instrumentami i wpatrywał się w umieszczone tam instrumenty, trąbki, dziwne bo mające tylko trzy wentyle czy jak wspomina mistyczne zakrzywione złote coś z dużą ilością dziwnych przycisków. Od tamtej pory Billy Harper miał marzenie, że kiedyś pod choinką znaleźć saksofon i grać na nim zawsze. W końcu marzenie się spełniło i kiedy miał 11 lat znalazł upragniony prezent.  A jednak to nie z saksofonem w rękach zaczęło się życie muzyczne Harpera. Najpierw był głos. Jak sam wspomina próbował śpiewać zanim nauczył się chodzić. I rzeczywiście wokalne upodobania małego Harpera ujawiniły się bardzo wcześnie i nie uszły uwadze rodziców, którzy prędko zaprowadzili chłopca do kościelnego chóru, gdzie gospel i spirituals odegrały zapewne istotną rolę w kształtowaniu jego późniejszego muzycznego świata.

Tak, Billy Harper z całą jego siłą kompetencji instrumentalnych, harmonicznych i kompozytorskich to w jakim największym uproszczeniu muzyk reprezentujący w znawczej mierze „duchową” stronę jazzu. W sporej też mierze, i znów przy zachowaniu wszelkich proporcji, a także niezbędnemu dowartościowaniu jego własnego wkładu w domenę jazzową, artystą wywodzącym się z linii post Coltrane’owskiej. Sam Harper wskazuje na to w wielu wywiadach, choć nie traci w żadnym wypadku z pola widzenia silnych inspiracji płynących z innych wielkich postaci saksofonu tenorowego jak przede wszystkim Sonny Rollins i dalej Horace Silver, Kenny Dorham czy być może szczególnie dla niego ważny w późniejszych, już nowojorskich „dorosłych” latach, Max Roach.

Dzięki wujowi Billy Harper był bardzo rzetelnie osłuchanym młodzieńcem i wkraczając w szeregi sceny muzycznej w Houston, miał za sobą spory tzw. background będący bez wątpienia znakomitym przyczółkiem do dalszego samodoskonalenia. Poznawanie jazzowym tajników wydatnie przyspieszyło kiedy Harper spotkał na swojej drodze Jamesa Claya, jednego z długiej listy znakomitości teksańskiej szkoły saksofonowej, który w trakcie swojej kariery miał okazję nagrywać płyty i występować z Donem Cherry, Wesem Montgomerym, Billy Higginsem czy nawet z Rayem Charlesem.

Wiadomo było jednak, że zainteresowanego nowoczesnym graniem jazzu młodego muzyka najsilniej wołał Nowy Jork. Do tej pory tamtejszą muzykę, jak sam wspomina zresztą, znał głównie z płyt Blue Note’u, Prestige’u czy RCA i nie żeby jego muzyczną wyobraźnię jakoś szczególnie rozpalała kariera fonograficzna, nie mniej to przecież jazzowe serce świata biło w Wielkim Jabłku. Wiedzieli to wszyscy i mało kto nie chciał z bliska temu biciu się przyjrzeć. Do Nowego Jorku trafił w 1966 roku w czasach kiedy jeszcze żył Coltrane i kiedy jego muzyka w pełni nabrała kształtu natchnionego wyznania wiary. Musiało wywrzeć potężny wpływ na młodego saksofonistę, który trafiwszy w samo centrum jazzowych zdarzeń świata, nikogo nie znał, za to starał się biegać od klubu do klubu i chłonąć muzykę czy to Theloniousa Monka, McCoya Tynera czy Cedara Waltona.

Choć najczęściej jesteśmy skłonni ulegać iluzji, że życie młodego muzyka w Nowym Jorku to czas głównie fantastycznych zdarzeń artystycznych i nieustające okazje spełnienia amerykańskiego snu, to jednak rzeczywistość dalece odbiegała od stereotypu. Warto cały czas mieć z tyłu głowy, że tak naprawdę, nikt z tamtejszego środowiska jazzowego tak naprawdę nie potrzebował kolejnego młodego muzyka starającego się jak tylko się da zostać dopuszczonym do stołu, przy którym karty rozdawali giganci i niekończąca się ciżba pomniejszych acz znakomitych instrumentalistów. I być może losy nowojorskie Billy’ego Harpera potoczyłyby się zupełnie inaczej gdyby pewnego razu na Broadway’u nie spotkał przechadzającego się niczym unoszący się nad ziemią duch Gila Evansa. To było bardzo zaskakujące wspominał Harper. „Znałem go z okładki albumu Out Of The Cool, a tu proszę idzie ubrany wcale nie w garnitur, jak sądziłem, ale po prostu w jeansy! Prawdę powiedziawszy garnituru nigdy nie nosił!. Podszedłem więc do niego i wyrzuciłem z siebie, jeśli będziesz kiedykolwiek potrzebował saksofonu, po cokolwiek, nie ważne, zadzwoń proszę.”

Ani się obejrzał, a już po sześciu miesiącach milczenia telefon w końcu zadzwonił. Z telefonicznej  słuchawki popłyną lapidarny komunikat – mam przesłuchania, przyjdź. Harper przyszedł i tak zaczął się dobry okres w jego zawodowym życiu. Z Gilem Evansem nagrał kilka arcyważnych płyt w jazzowej historii, takich jak choćby Gil Evans Orchestra Plays the Music of Jimi Hendrix czy Svengali.

Tam też poznał Elvina Jonesa, z który rozpoczął stałą współprace, wkrótce potem Arta Blakeya, który pod szyldem Jazz Messengers zabrał na trasę koncertową po Finlandii i Japonii, jeszcze później dołączył do kwartetu wspomnianego już Maxa Roacha by w końcu zasilić szeregi słynnej Thad Jones & Mel Lewis Orchestra oraz legendarne zespoły wielkiego i chyba trochę niedocenionego u nas bandlidera i pianisty Randy’ego Westona. Był nawet taki czas kiedy będący wówczas biblią świata jazzu, legendarny Down Beat Magazine wskazywał go, a także Michaela Breckera w rankingu najlepszych saksofonistów tenorowych na świecie.

To był istotny krok na drodze do przemienienia się w jazzowego celebrity, jak jednak pokazała przyszłość Harper tej szansy nie wykorzystał. I raczej chyba nie dlatego, że świat sprzysięgł się przeciw niemu, ale dlatego, że ten aspekt kariery nie znaczył dla niego zbyt wiele. „Sukces w przemyśle płytowym to rzecz wymyślona zwykł mawiać. Nigdy jakoś szczególnie nie zajmowała mnie też kwestia materialnych korzyści, jakie mogłyby z niego płynąć i zawsze jakoś głównie skupiałem się na tym co było dla mnie najważniejsze pod względem muzyki. To wielki przywilej móc nieść ludziom muzykę jaka nosi się w duszy. Niezależnie czy przynosi on pieniądze czy nie warto to robić.”

Niewykluczone także, że taki rodzaj bezkompromisowości dostrzegli szefowie wielkich wytwórni, a że w przeważającej większości jest tak, że im poważniejsza pozycja labela na rynku finansowym tym mniejsza jego skłonność do współpracy z niepokornymi twórcami i tolerowania ich niekiedy nieprzejednanego podejścia to uprawianej sztuki, to tak naprawdę nie powinno szczególnie dziwić, że Harper nie doczekał się nigdy upragnionego przez tak wielu lukratywnego kontraktu płytowego.

Co oczywiście nie oznacza wcale, że nie jest on przyzwoicie udokumentowanym artystą.

Począwszy od jego debiutu na rynku płytowym czyli od wydanej w 1973 roku płycie „Capra Black”, tak na marginesie założonej przez dwóch wspaniałych outsiderów nowojorskiej sceny jazzowej Charlesa Tollivera i Stanleya Cowella, do dzisiaj katalog nagrań Harpera to grubo ponad 20 albumów pod własnym nazwiskiem i trzy razy tyle w roli gościa czy sidemana. Imponująca jest też lista muzyków, z jakimi współpracował. O kilku już pisałem, ale jest na niej także McCoy Tyner, Woody Shaw, Charles Tolliver oraz przede wszystkim gwiazdorska formacja The Cookers, której albumy od lat są niezwykle wysoko oceniane zarówno przez światową krytykę, jak i wielkie grono fanów.

Dzisiaj Billy Harper 78  urodziny i dalej w swojej w swojej natchnionej niemal religijnym żarem muzyce pozostaje wierny temu co dawno temu uznał, że jest dla niego najważniejsze. Wciąż, smukły, posagowy, surowy w saksofonowym brzmieniu i ujmujący w obyciu. Wciąż staje na scenie w nieodłącznej czarnej, długiej, skórzanej kamizelce i choć skronie przyprószył mu szron właściwy sędziwym mędrcom, wydaje się pełen witalności jak jego saksofonowa gra.