Archie Shepp

Marion Brown - wszechstronny alcista

Zapewne doskonale pamiętają i znają państwo płytę “Ascension” nagraną w 1965 roku przez Johna Coltrane’a. To był nie tylko kolejny wielki przełom w twórczości amerykańskiego saksofonisty, ale i wyborna odpowiedź na “Free Jazz: A Collective Improvisation” podwójnego kwartetu Ornette Colemana. I być może nawet lepsza od pierwowzoru, choć zdania w tym przypadku na pewno są i będą podzielone. Trudno mi sobie jednak wyobrazić, by jakiekolwiek wątpliwości budziła klasa muzyków towarzyszących na płycie Coltrane’owi. Część z nich była zresztą już dobrze znana słuchaczom muzyki jazzowej.

Frank Wright - muzyka płynie prosto z serca

“Poprzez muzykę próbujemy się oczyścić, by móc wejść na wyższy poziom spokoju ducha i świadomości. Chcemy też zaprowadzić tam tych, którzy nas słuchają” - tak Albert Ayler w obrazowym, a zarazem filozoficznym ujęciu postrzegał swoją twórczość. Postać słynnego saksofonisty i jego wypowiedź pojawia się tu nie bez powodu.

Frank Lowe - żarliwy poryw dźwięków saksofonu

“Wziąłem parę płyt Coltrane’a do Wietnamu i słuchałem ich nieustannie. Jego muzyka dawała mi życie, choć śmierć czyhała na mnie bez przerwy” - tak pewnego razu w obrazowy sposób saksofonista Frank Lowe wypowiedzieć się miał na temat głównej artystycznej inspiracji. I coś musiało być na rzeczy, bo słuchając wczesnych płyt Amerykanina z naciskiem na żarliwe i chyba najbardziej uznane przez krytyków “Black Beings”, trudno nie odnieść wrażenia jakby każda wygrywana przez niego fraza czy solówka to była właśnie sprawa życia i śmierci.

Dziesięć płytowych kroków po świecie Cecila Taylora

Nie pamiętam świata muzyki bez Cecila Taylora. Cecil Taylor zawsze gdzieś był. Dziś  jest dla mnie obecny bardziej niż kiedykolwiek, za sprawą albumów, którym miałem szczęście pomoc się urodzić. Nie zwróciłem uwagi na niego kiedy widziałam i słyszałem go po praz pierwszy na żywo. Ale w 1984 roku na niewiele rzeczy jazzowych zwracałem uwagę i nawet elektryczny Davis był dla mnie nie lada wyzwaniem. A Taylor grał muzykę daleko wyprzedzającą to co robił Miles i o kilka tysięcy lat świetlnych moje możliwości percepcyjne.

Jeanne Lee – po prostu artystka

Performance to  rodzaj występu artystycznego, który w Polsce cieszy się olbrzymią popularnością stosunkowo niedługo. Sztuka przez wielkie Sz: muzyka, poezja, choreografia z elementami show i często z głębokim przesłaniem. Kto by pomyślał, że największa jazzowa performerka swoje pierwsze występy wykonywała... ponad 50 lat temu. Jeanne Lee – to wielka artystka, która zamiast na popularność zawsze stawiała na jakość i niepowtarzalność. Dziś obchodziłaby 82 urodziny.

Roswell Rudd – człowiek zrodzony z melodii

Lata 60. XX wieku to wyraźny zastój dla rozwoju puzonistów sceny jazzowej. Wówczas to, najlepsi gracze (J.J. Johnson, Bill Harris, Kai Winding) praktycznie zeszli z estrady: Wyjątkiem, który na swoich barkach dzielnie dźwigał oczekiwania wobec tego niedocenianego instrumentu był Roswell Rudd. To właśnie, w latach 60. jego kariera nabrała tempa: grał u boku Steve’a Lacy, Archiego Sheppa, Charliego Hadena. To jednak dopiero początek. 

Yusef Lateef - Ojciec Świata

Yusef Lateef  nie lubił kategoryzowania. Nigdy nie grupował, nie nazywał, nie definiował, nie ograniczał. Dla niego najważniejsze było po prostu dobre brzmienie. Był prekursorem muzyki world: tej wyzwolonej i niesprecyzowanej, wymykającej się szablonom; otwartej na wszystko. Dziś, ten szeroko pojmujący muzykę artysta kończyłby 99 lat.

Intelektualista, który nie pozbawił muzyki życia! 95 lat temu urodził się Bill Dixon

Jeśli prawdą jest, że muzyka i sztuka ogólnie prowadzić ma do wyzwolenia, co powtarzają różni artyści lepsi i gorsi na każdym kroku, Bill Dixon musiał być jednym z najbardziej wyemancypowanych muzyków w historii jazzu. Trębacz, pianista, kompozytor, organizator, nauczyciel i malarz w jednej osobie tworzył – jak sam mówił – „z daleka od wszelkich biznesowych miejsc muzyki”, na obrzeżach. Dixon był znakomitym trębaczem, uprawiającym sztukę free jazzu w duchu twórczości Ornette’a Colemana. Jednak dawał jej wybrzmieć zdecydowanie dłużej niż saksofonista.

Sunny Murray - rewolucjonista perkusji

Wychowywał się w biedzie i bez żadnych perspektyw. Swoje życie zaczął w ulicznych gangach, potem pracował w fabryce stali, w której uciął sobie do połowy trzy palce u prawej dłoni. Na domiar złego był chorowity. Ale jego ksywa -  Sunny - zwiastowała, że mimo wszystko, w końcu opłaci się być hura optymistą, a los się odmieni. Tak też się stało: Sunny odbił się od dna i pokazał środkowy palec (lewej dłoni) przeciwnościom losu. Sunny Murray był w końcu najważniejszym freejazzowym perkusistą naszych czasów.

Opowiadać perkusją historie i śpiewać na niej – wywiad z Ramonem Lopezem

Co skłoniło Pana do gry na perkusji? Jak Pańska muzyczna droga się zaczęła?

Byłem samoukiem. Na perkusji zacząłem grać, gdy miałem kilkanaście lat. Tak się złożyło, że na jakimś spotkaniu w miejscu, gdzie znajdowały się instrumenty, obecny był gitarzysta i basista, a brakowało perkusisty. Nie miałem wtedy nawet pałek, ale usiadłem za zestawem perkusyjnym i zacząłem grać rękoma. Była to dla mnie przyjemność i tak jest do dzisiaj.

Zatem nie myślał Pan o żadnym instrumencie?

Strony