Marcin Olak Poczytalny i zmączony.

Autor: 
Marcin Olak
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Jestem zmęczony. Kolejny dzień intensywnej pracy, na chwilę coś drgnęło. Kiedyś lubiłem taką intensywność, szybkość, presję.. Teraz coraz częściej uświadamiam sobie, że nie mam już tyle siły ile bym chciał, ale to nie jest jakoś szczególnie odkrywcze, zawsze chciałem móc więcej niż się dało. Wieczór, hotel, mogę pozwolić sobie na luksus zmęczenia. To naprawdę luksus, dziś nic więcej nie muszę.

 

Myślę o tym, jak przerażająco niespokojny jest świat. O Strefie Gazy, o ofiarach które padły i padną po obu stronach, o nadciągającej zagładzie. O agresji i takiej obezwładniającej bezradności, że nie ma jak się dogadać, przestać strzelać, zrozumieć, bo to już za daleko, bez odwrotu. I o wszystkich ludziach uciekających przed wojną i prześladowaniami, o wszystkich granicach, na których ich zawracano, bo za nic nie wiadomo co z nimi zrobić, więc najprościej zapomnieć, że to po prostu są ludzie. Zawrócić tonącą łódź, postawić mur. I jeszcze Ukrainie, o bezsensownej agresji, o bandycie, który zaczął tę wojnę i dał sobie prawo do zabijania w imię własnych rojeń i chorych ambicji. O ofiarach z Buczy i tylu innych miejsc, ale też o tych dzieciakach zmienionych w katów, które może nie stałyby się zwyrodnialcami, gdyby chory dyktator nie pogonił ich na front. I o tylu innych miejscach, które płoną.

 

I o tej małej, powszechnej nienawiści, rozpalanej w ciągu ostatnich lat na mojej ulicy. O oszukanych i o oszustach. O wykluczonych, oczernionych, ale i o tych, którzy uwierzyli w nienawiść i z dnia na dzień stają się coraz bardziej nienawistni i nieszczęśliwi, którzy sami zamykają się za jakimiś chorymi murami, a poza nimi widzą samo zło. I ideologię, a nie ludzi. O tych idiotycznych przepychankach o racje, które stają się większe od ludzi. I jeszcze o wszystkim, co bezpowrotnie stracone, wygrał lęk i wstyd, złość i smutek. O wszystkim, co może byłoby piękne i dobre. Zresztą nie wiem, nigdy się nie dowiem.

 

Już północ. Stoję w oknie, patrzę na pusty, skromnie oświetlony parking przed hotelem. Jest cicho.

 

Cholera, może za dużo tego wszystkiego? Może byłoby łatwiej, gdyby nie patrzeć za szeroko, to przecież obezwładnia, może skupić się na konkretach, tylko na tym, na co mam jakiś wpływ? Jakikolwiek? I może w tym jest jakaś nadzieja?

 

Dopijam kawę, oczy się same zamykają, może uda się wyspać. Luksus.

 

Rano pójdę na wybory.