Jen Shyu - mam obsesję na punkcie głosów - wywiadu cześć druga

Autor: 
Urszula Nowak
Autor zdjęcia: 
mat. prasowe

Bezkompromisowa, niezwykle zdolna i szczególnie warta uwagi czytelników Jazzarium. Kontynuujemy wywiad, jaki z Jen Shyu przeprowadziliśmy niedługo po tym, jak ukazała sie jej znakomita płyta "Sounds and Cries of The World.

W jaki sposób podróżowanie do Azji wpłynęło na Ciebie, jako artystkę i jako człowieka?

Czas, jaki spędziłam w Korei i Indonezji, z dala od Nowego Jorku, bardzo mnie zmienił pod wieloma względami. Odnalazłam siebie, ale również różne wewnętrzne "ja", poprzez głęboką, niezaprzeczalną łączność z tamtejszymi artystami i ludźmi, których spotykałam codziennie. Spędzałam całe dni pochłonięta innymi językami. Indonezyjski opanowałam najlepiej, spędziwszy tak długi czas w tym kraju,  zanurzona w tamtejszym sposobie myślenia i wyrażania troski o innych. To, z czym wielu ludzi w naszym świecie wydaje się mieć problem – empatia – stała się zwyczajnie moim sposobem bycia, egzystowania. Okazuje się, że to czasem droga do przetrwania, z czego nie zdawałam sobie wcześniej sprawy. Muzyka i taniec, które chłonęłam, prowadziły mnie do łączności z ludźmi, do zrozumienia ich natury. Obcy stali się rodziną. Różnice jednością. Nie było oddzielenia.

Doświadczenie języka. To bardzo ciekawe. W Twoim przypadku można chyba postawić znak równości pomiędzy poznawaniem jezyka, a zdobywaniem odwagi.

Proces tłumaczenia poezji w języku mandaryńskim bardzo zbliżył mnie do moich Rodziców. Dało mi to ogromne uznanie dla ich wielkiej mądrości, szczególnej odwagi, by opuścić Timor Wschodni i Tajwan, wejść do świata Zachodu, by wychować mnie i mojego brata. Podziwiałam, że potrafili czuć się komfortowo kiepsko mówiąc po angielsku, a także czuć się komfortowo będąc postrzeganymi jako „inni” w obcym kraju. To wzmogło odwagę, której dodawali mi od najwcześniejszych dni, pewność, że będę doceniana i podziwiana, i że odziedziczyłam tę mądrość po nich. Rodzice są dla mnie przykładem na to, jak urzeczywistniać nieskończone możliwości.

Co wyjątkowego odnajdujesz w muzyce tradycyjnej?

Najlepiej odzwierciedlają to moje albumy. A wykonania na żywo jeszcze lepiej. Jak już wspomniałam, zawsze poszukuję prawdy, prawdziwych głosów i poszukiwaczy prawdy na całym świecie. I im bardziej nasz świat oddala się od pielęgnowania tradycji, które się w nim zrodziły i były podtrzymywane przez kolejne kultury, tym bardziej jestem zdeterminowana, by się o nich uczyć  i przypominać ludziom o ich wielkiej mądrości i pięknie. Po prostu, jeśli muzyka przetrwała i jest nadal wykonywana przez tysiące lat, to jest to najlepszy dowód na jej siłę, na to że zawiera coś wyjątkowego i cennego, dzięki czemu ludzie uważają ją za godną przekazywania kolejnym pokoleniom - córkom, synom, czy chętnym uczniom. Zatem, tak jak robiło to wielu wspaniałych, jak choćby moi bohaterowie Béla Bartók, John Coltrane, lista jest bardzo długa, wypada nam spojrzeć na tę muzykę i badać wszystkie jej aspekty, wiedząc, że udało jej się przetrwać wojnę, śmierć z powodu chorób, zakazy bycia wykonywaną. To ludzkiej trosce o zachowanie muzyki, przy użyciu technologii dostępnej w danym czasie, zawdzięczamy dar słuchania jej. To samo dotyczy każdej innej, cennej wiedzy we wszystkich dziedzinach.

Wszystko, co wiąże się z promowaniem szacunku, uznania, ciekawości, co z kolei służy eliminowaniu rasizmu, osądu, ignorancji sztuki tradycyjnej na świecie, to coś, czego chcę być częścią!

 

Jeżeli chodzi o instrumenty tradycyjne, czy to tylko narzędzie, dzięki któremu można dostać się do źródła muzyki? Czy gdyby udało się to bez użycia dwustrunowej, tajwańskiej lutni księżycowej, albo bez gayageum, czyli dwunastostrunowej, koreańskiej cytry, byłabyś skłonna z nich zrezygnować? Czy wręcz przeciwnie?

Dążę do tego, by zawsze wyrażać siebie możliwie najbardziej uczciwie, na danym etapie mojego życia. Mam obsesję na punkcie głosów, która obejmuje także indywidualne brzmienie poszczególnych instrumentów, zachodnich i niezachodnich w równym stopniu. Mam głębokie pragnienie, by dostać się do wnętrza dźwięków, zwykle niespotykanych, albo słyszanych tylko w określony sposób. Chcę usłyszeć różne, współbrzmiące głosy. Przykładowo, tajwańska lutnia księżycowa, gdy się jej uczyłam, tylko w niektórych momentach brzmiała tradycyjnie, grała w określony sposób. Po opanowaniu tradycyjnych pieśni z Hengchun Township, gdzie uczyłam się od starszych, którzy grali i śpiewali je po mistrzowsku, zaczęłam używać różnych strojów muzycznych i śpiewać piosenki w różnych językach, w tym własną muzykę i własne teksty oraz teksty moich przyjaciół i wybranych poetów.

Niedawno miała premierę sztuka, którą skomponowałam dla mojego zespołu – Jade Tongue, kwartetu smyczkowego – Mivos String Quartet oraz dla genialnego, japońskiego tancerza Satoshi Haga. Poproszono nas, byśmy wykonali ją w innych miejscach, ale kwartet smyczkowy nie mógł uczestniczyć w tych performensach, więc ja zagrałam na skrzypcach, także na lutni tajwańskiej oraz gayageum, rearanżowałam muzykę i sprawiłam, że wszystko zadziałało. Ale trzeba zrobić wszystko, by uzyskać przekaz w muzyce. W wielu miejscach koncertowych nie ma fortepianu, więc dla przykładu, moje solowe występy fortepianowe re aranżowałam i tak oto jest „Solo Rites: Seven Breaths for gayageum”. Nie ma tam pięknego, potężnego dźwięku fortepianu, ale z drugiej strony, znacznie mniej znane gayageum (nieznane co najmniej poza granicami Korei), jest bardziej uwydatnione. A ja nie jestem zależna od fortepianu. Jest to niewątpliwie zaleta, szczególnie w kontekście zaplanowanej trasy po Timorze Wschodnim, gdzie będziemy grać na wsiach.

Na Twojej ostatniej płycie „Sounds and Cries of The World” to teksty wydają się być integralną częścią dzieła.

Absolutnie. Stałam się znana z tworzenia nowych sylab podczas improwizacji, tak bardzo różnych od tradycyjnej techniki scatu, której nigdy nie czułam w pełni. Rozwinęłam swój własny język improwizacji - kombinację wielu języków, którymi mówię, i których się uczę. Czasem bazuję na dźwięku, który chciałabym stworzyć, takim, który byłby całkowicie w opozycji do idei języka jako takiego. Piosenki z wspomnianego albumu są śpiewane ze słowami pochodzącymi z różnych źródeł. Zostały w dużej mierze oparte na zapiskach z dziennika snów, które miałam w czasie mojej pierwszej wyprawy terenowej do Wschodniego Timoru. Zapisywałam je tuż po przebudzeniu, znajdywałam odpowiednie akordy, jednocześnie improwizując do tych tekstów, potem skracając je do finalnych słów piosenek.  Oczywiście zapisywałam harmonię i melodię do utworów, z wyjątkiem ostatniego na albumie, z tekstem autorstwa nieżyjącego tajwańskiego poety Edwarda Chenga – mojego autorytetu. Te utwór został całkowicie wyimprowizowany.

Czy mogłabyś wskazać najważniejszą myśl, która ilustruje to, co chciałaś powiedzieć o „naszym świecie” -  często używasz tego wyrażenia - na najnowszej płycie? 

To jest album o intuicji, o czymś najprawdziwszym, własnym. Uniwersalny monolog o przemianie swoich najsłabszych emocji, o odwadze dzielenia tych emocji w budujący, ale nie sentymentalny sposób.  Gdy w 2008 r. nagrywałam z Jade Tongue w mojej własnej wytwórni, pisałam materiał bardzo napędzany intelektualnie, uporządkowany pod względem formy, inspirowany w dużej mierze Stevem (Colmanem przyp. red.), jeżeli chodzi o czerpanie inspiracji z dodatkowych elementów muzycznych. Co dziwne, niegdy nie sięgnęłam głębiej do twórczości Joni Mitchell, aż do momentu, gdy mój partner Craig Taborn nie przybliżył mi jej kilka lat temu. Był zszokowany, że nie znałam jej piosenek od podszewki. Prawdopodobnie, fakt, że tak późno natrafiłam na jej muzykę był dla mnie darem, dzieki jej uczciwości i wrażliwości bardzo sie otworzyłam. Przechodziłam w tym czasie wiele zmian emocjonalnych, które towarzyszyły moim podróżom. "Sounds and Cries of The World" jest uzewnętrznieniem tej transformcji, a na pewno zaniechaniem kompozycyjnych obliczeń i niesustannej kontroli. Wszystkie kompozycje są bardzo precyzyjne, choć wbudowałam w nie wolność, luz, nieprzewidywalność. Odnalazłam cechy, które najbardziej pociągały mnie w muzyce tradycyjnej - były wewnątrz przez te wszystkie lata. Te nieznane czynniki tworzą esencję życia.

Nagrałaś tę płytę z wybitnymi improwizatorami - Ambrose Akinmusire, Matem Maneri, Thomasem Morganem, Danem Weissem, możesz powiedzieć kilka słów o swoich wyborach? W jaki sposób ci muzycy na Ciebie oddziałują?

Są to jedni z moich ulubionych ludzi i muzyków zarazem. Naprawdę niesamowicie to doceniam, że żyjemy w tych samych czasach. Każdy z nich wykracza poza własny instrument, i każdy z nich zostanie zapamiętany właśnie dzięki temu, że wyniósł swój instrument w sferę nowych możliwości. Mogłabym napisać książkę o każdym z tych muzyków, ale w skrócie... Ambrose jest niesamowitym trębaczem, znów to podkreślę, on robi znacznie więcej niż tylko gra na trąbce. W jednej z rozmów w Banff, w czasie warsztatów Banff International Workshop in Jazz & Creative Music, gdzie oboje prowadziliśmy zajęcia, powiedział, że grając zawsze chciał brzmieć jak na waltorni. Jego muzykalność i oryginalność, a także bycie niejako ponad techniką, są ekscytujące, eleganckie i piękne. Jest typem osoby, obok której ludzie po prostu chcą przebywać i ta charyzma jest absolutnie wyjątkowa. Zwyczajnie chce sie słuchać tego, co gra i tego, co ma do powiedzenia.

Mat Maneri jest altowiolistą i skrzypkiem, który przejdzie do historii jako jeden z największych improwizatorów naszych czasów. Na początku uczyłam się od niego improwizacji, chcąc się dowiedzieć więcej o jego koncepcji, oraz o tym, jak postrzega dźwięk i przestrzeń. To on zainspirował mnie do bycia precyzyjną, gdy chodzi o rytm i interwały pomiędzy wysokością tonów, poza tym zdałam sobie sprawę z tego, że poszukiwałam umiejętności wyrażania dowolnego interwału, jakiego tylko życzyłam sobie w danym momencie, chcąc coś w ten sposób przekazać. To jest stałe poszukiwanie, jestem wdzięczna Matowi za to, że  pokzał mi jak postępować na tej drodze. Kiedy gram z nim, wiem, ze mogę zawędrować gdziekolwiek i zrobić cokolwiek, a on i tak uczyni to brzmienie nawet lepszym i bardziej kompletnym.

Thomas Morgan jest niezwykle wyjątkowym człowiekiem, kimś z kim zawsze udaję sie wspólnie na eskapady po żywność makrobiotyczną, gdy jesteśmy w trasie. Thomas jest jedną z najbardziej cierpliwych, głębokich i wrażliwych dusz, jakie znam. To wszystko znajduje wyraz w jego muzyce. Wszystko, co robi jest magiczne. Stałam się bardzo rozpieszczona współpracując z takim basistą, jakim jest Thomas. Znów muszę to powiedzieć, wznosi się ponad możliwosci instrumentu na którym gra, na wiele sposóbów, nie tylko technicznie, ale i funkcjonalnie. Nie zakłada, jaka powinna być rola basu, on raczej tworzy i spontanicznie odkrywa, co jeszcze może wykonać przy pomocy instrumentu.

Dan Weiss jest moją inspiracją, gdy chodzi o kreatywność, dyscyplinę, uczciwość, prawdziwe ja. On nie robi wokół bałaganu, nie udaje. Jego wkład jest oczywisty, zwraca uwagę jego poswięcenie i zaangażowanie w grę na tabli, a także pełna integracja tego z całością konceptu - z tego również jest dobrze znany. Zaskakuje mnie w czasie każdego koncertu swoim psychicznym sposobem bycia na scenie i gry na instrumencie. Jest nieprzewidywalny, przepełniony świeżymi pomysłami, zawsze perfekcyjny. Jest poetycki i bardzo dugestywny w swoim brzmieniu, a jednocześnie bardzo wspierający. Grając z nim rzeczy maja się lepiej, niż mogłam sobie wybrazić. Jego sposób reagowania w muzyce bywa przerażający, ale jest to rodzaj przerażenia, który uwielbiam. Z Dannym mogę popłynąć wszędzie i, szczęśliwie, mieć zamknięte oczy.

Kiedy jesteś na scenie, masz poczucie, że wykonujesz dla siebie? Dla swoich muzyków? Dla słuchaczy? Dla wszystkich po trochu?

Wykonuję dla niewidzialnej siły lub sił, które pozwalają mi istnieć. Mój drogi mentor Von Freeman, nieżyjący już wielki saksofonista tenorowy, który odszedł w 2012 r., nazywał tę siłę "Supreme Being" (Najwyższą Istotą - tłum. red.). Nie chcę w tym wywiadzie wchodzic w sprawy religijne, ale czuję, jak te wielkie siły obejmują mnie, muzyków, publiczność, wszystko wokół. Więc rzeczywiście wykonuję dla nich, z nimi, wewnątrz z tym, co pozostaje poza moją kontrolą i próbuję płynąć z tą energią jak najlepiej potrafię. Staram się pociągnąć za sobą publiczność. Wykonywanie przed ludźmi jest świętym aktem, jednym z najstarszych aktów w ogóle. Moje osobiste podejście do performensu zakłada traktowanie go jak rytuału. Mam swiadomość, że rzeczy niewytłumaczalne dokonują się w przekazie dźwięku, światła, a wszystkie zmysły są aktywne w tym konkretnym miejscu i czasie. Próbuję oczyścić mój umysł ze wszystkich założeń, których ludzie mogą dokonać przychodząc na performens, popadając w dźwięk, popadając w chwilę. Nawet jeśli pojawia się coś, co było zaplanowane z dużym wyprzedzeniem staram się do tego podejść, jak do czegoś, o czym wcześniej nie wiedziałam. Pozwalam temu ulec zniszczeniu, lub stać się szansą. Próbuję zaakceptować wszystko co pochodzi z otoczenia, od publiczności, ode mnie samej. Mam w głowie tyle mistycznych historii, które wydarzyły się podczas występów, że stały się powszechne. Mam nadzieję mogę przysporzyć różnicy w czyimś życiu będąc tutaj, oddychając.