Gwiazda, która nie zaświeci już w pełni - zmarł Kevin Mahoghany.

Autor: 
Marta Jundziłł
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat.promocyjne

Dobrzy wokaliści to gatunek wymierający. To panie zdecydowanie dominują na śpiewającym rynku i trudno się temu dziwić. Jest ich przede wszystkim więcej na muzycznych uczelniach, jam sessions, czy nawet w telewizyjnych talent shows. Na szczęście mamy jeszcze kilka „egzemplarzy” mężczyzn, którzy przed mikrofonem nie tylko są czarujący, ale też śpiewają z lekkością godną największych div sceny rozrywkowej. Jednym z nich jest Kevin Mahogany, amerykański wokalista, o któym będziemy mówić już w czasie przeszłym. 17 grudnia zmarł na atak serca. Miał 59 lat.

Kevin Mahogany był mężczyzną z krwi i kości. Rosłym Afroamerykaninem z głębokim głosem, poruszający się  z klasą na przedzie każdego zespołu, na którego czele stawał. Bił od niego spokój, opanowanie i ciepło – cechy, których potrzebuje każda kobieta- fanka. Nie dziwota więc, że nawet pod koniec życia kiedy krępym piosenkarzem minionej dekady, jego rzadkie występy wzbudzały nie lada emocje, na całym świecie.

 

Urodził się 30.07.1958 w Kansas City, w rodzinie, która od najmłodszych lat pchała go w kierunku rozwoju muzycznego. Grał na fortepianie, klarnecie, a także saksofonie barytonowym. Jednak to inna barytonowa forma była mu pisana. Jego prawdziwym skarbem, szybko okazał się przenikliwy, ciemny, głęboki głos. Swingujący baryton, swobodny wokalista, scatujący improwizator - takich określeń dorobił się już po swoich pierwszych występach na Uniwersytecie w Baker. Po ukończeniu studiów, założył dwa zespoły poruszające się na granicach popu, soulu i r’n’b: Apollos i Mahogany.

Zważywszy na przepiękną barwę i wrodzoną umiejętność do swingowania, swoją debiutancką płytę Kevin Mahogany  nagrał bardzo późno, bo dopiero w wieku 35 lat. Double Rainbow to album, który spotkał się z dobrym przyjęciem krytyki, ale przede wszystkim z uwielbieniem publiczności, która była oczarowana swobodą wyśpiewywanych melodii i niskim tembrem głosu Kevina. I w ten sposób na stałe już wpisał się do historii muzyki swingowej lat 90. XX wieku. W tej dekadzie powstało wiele wspaniałych, chwytliwych albumów. To był zdecydowanie jego czas. W tym okresie nagrał ponad 8 płyt. Najlepsze z nich dla wytwórni Warner Bros: Kevin Mahogany (1996); Another Time, Another Place (1997);  My Romance (1998); Portairt of Kevin Mahogany (2000).

 

W 21. wieku Kevin Mahogany zainteresował się głównie karierą muzyka – teoretyka. Założył co prawda własną wytwórnię Mahogany Jazz Label, dzięki której ukazały się jego trzy ostatnie albumy  (Kevin Mahogany: Big Band (2004) ; To: Johnny Hartman (2004) i The Coltrane Hartman FantasyVol. 1 (2009)), ale nie wzbudziły one dawnych emocji, zarówno wśród słuchaczy, jak i muzycznego środowiska. Oprócz tego, Kevin Mahogany rozwinął swoją karierę akademicką. Jest wykładowcą na dwóch amerykańskich uczelniach muzycznych: na słynnym Berklee i na uniwersytecie w Maiami.

Ostatnie lata, to zahamowanie w jego karierze wokalnej. W porównaniu ze złotymi latami 90. zdecydowanie zgasł: nie wydawał płyt i rzadko koncertował. Wielka to szkoda, bo  przecież chyba z każdym muzycznym wyzwaniem na pewno poradziłby sobie śpiewająco.