Natalia Kordiak: Nie-piękny śpiew

Tytuł cyklu Twoich koncertów to nie-piękny śpiew. Skąd ten tytuł?
Określenie nie-piękny śpiew wyrósł bezpośrednio z moich refleksji nad głosem, z rozmów i zgłębiania twórczości improwizatorów. To określenie nie oznacza brzydoty ani negacji tradycyjnych technik, ale wskazuje na obszar, w którym głos wymyka się sztywnym normom estetycznym. Interesuje mnie śpiew, który łączy to, co klasycznie „piękne” i ugruntowane – jak bel canto – z rozszerzonymi technikami wykonawczymi. W „nie-pięknym” śpiewie najważniejszy jest głos, z jego naturalnymi mikrodrżeniami, asymetriami, tarciami powietrza o błony śluzowe. Głos jest z natury niedoskonały – i w tej niedoskonałości kryje się jego wartość. Właśnie te cechy, często traktowane w edukacji wokalnej jako błąd, są dla mnie źródłem ekspresji i podstawą improwizacji, która potrafi też stać się fundamentem kompozycji.
„Nie-piękny śpiew” to dla mnie próba wyjścia poza konwencjonalny model wokalistyki, w którym wierność estetyce bywa mylona z poprawnością. W moim procesie twórczym błąd nie jest naruszeniem normy, lecz przestrzenią, w której wykonawca odzyskuje własną obecność i autentyczność, a improwizacja – tworzona przez narzędzia - wiedzę o emisji, technice, rytmie, artykulacji oraz możliwościach technologicznych – pozwala budować autonomiczny język dźwiękowy, na którym opiera się cała koncepcja.
Dlatego też nie-piękny śpiew jest dla mnie nazwą przestrzeni twórczej, w której głos może być organiczny, rozszerzony, przetworzony i nieprzewidywalny, a mimo to – albo właśnie dzięki temu – najbardziej ludzki. Krótko mówiąc, to śpiew, który otwiera nowe rejony wyobraźni dźwiękowej i redefiniuje pojęcie wokalnej ekspresji.
No dobrze, kiedy już wiemy czym dla Ciebie jest nie-piekny spiew, to opowiedz proszę, na czym ten cykl polega, z czego się składa.
Trzy solowe koncerty, które zrealizowałam w ramach projektu dofinansowanego przez Urząd Marszałkowski Województwa Łódzkiego, stały się dla mnie zarówno doświadczeniem artystycznym, jak i ważnym etapem moich badań doktoranckich nad głosem w kontekście sztuki wokalnej i improwizowanej kompozycji.
Interesowało mnie przede wszystkim to, jak głos funkcjonuje wobec różnych typów publiczności, miejsc oraz w jakim stopniu może stać się narzędziem do uruchamiania emocji, pamięci i reakcji słuchaczy. Każde z wydarzeń było nie tylko koncertem, ale również laboratorium – miejscem obserwacji, wymiany, spontanicznego performansu, a także gromadzenia danych poprzez anonimowe ankiety.
Fakt, że muzyka jest wehikułem dla ludzkich emocji to cytując klasyka oczywista oczywistość. Znacznie bardziej interesująco brzmi proces badawczy. Co postanowiłaś zbadać?
W centrum moich badań znalazła się relacja między głosem, a odbiorcą. Dość szybko zrozumiałam, że mój głos stawał się swoistym lustrem publiczności – potrafił uruchamiać w nich to, co już nosili w sobie: napięcia, skojarzenia, spokój, niepokój, wzruszenie czy nawet opór. Wystarczyło, że zmieniałam parametr brzmienia, intensywność lub rodzaj ekspresji, a część osób reagowała niemal fizycznie: w bezruchu, w oddechu, w napięciu ciała. Inni otwierali oczy szerzej, przysuwali się, pochylali. Niektórzy zamykali powieki, jakby chcieli jeszcze bardziej wejść w głąb siebie, a jeszcze inni po prostu wychodzili. Te reakcje – obserwowane na żywo, a później potwierdzane w ankietach – stanowiły kluczowy materiał badawczy.
Każdy koncert miał celowo zaprojektowaną trójstopniową formę, która pozwalała stopniowo przeprowadzić odbiorców przez różne odsłony głosu. Zaczynałam od brzmienia akustycznego, spokojnego i rozpoznawalnego, aby dać publiczności punkt oparcia. Następnie wprowadzałam warstwę przetworzeń elektroakustycznych – efektów, loopów, modulacji – które poszerzały percepcję i delikatnie destabilizowały przyzwyczajenia słuchowe odbiorców. Na końcu otwierałam przestrzeń „nie-pięknego” śpiewu na mikrodrżenia, asymetrie, szumy, tarcia powietrza, pewne przypadkowości. Trudno to precyzyjnie opisać, ale może zobrazuje to sformułowanie - głos, który rozpycha się w przestrzeni, próbuje wykraczać poza ramy wyuczonej konwencji, albo żongluje tymi konwencjami swobodnienie tracą nic ze swojej wyrazistości, ale nie dlatego, że jest perfekcyjny, ale dlatego, że jest po prostu ludzki ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Czy spośród tych trzech występów któryś miał dla Ciebie szczególne znaczenie?
Szczególnego znaczenia nabrał dla mnie koncert w holu Akademii Muzycznej w Łodzi, dzięki której ten projekt mógł się odbyć. Każda akademia muzyczna jest miejscem, które od lat uczy dyscypliny, jakości, poprawności, trzymania się kanonu, a improwizacja często uznawana jest – jak to usłyszałam na pewnej konferencji – „bujaniem”. To przestrzeń, w której „nie powinno się mylić”, a błąd jest czymś, co należy ukryć i kontynuować w strachu by nie powrócił – no bo jak to? Tworzyć z błędami? Tymczasem ja traktuję błąd jako miejsce żywe – moment, w którym człowiek odzyskuje swoją obecność. W głosie błąd jest naturalny: wynika z fizjologii, z mikrogestów, napięć, zmęczenia, adrenaliny, mikrodrżeń błon śluzowych. Głos jest jednym z najbardziej niedoskonałych instrumentów, dlatego właśnie jest tak prawdziwy. W akademickiej przestrzeni ten gest „nie-perfekcji” wybrzmiał najmocniej i uruchomił najciekawsze reakcje zarówno studentów, jak i przypadkowych słuchaczy. Koncert odbył się w holu głównym, przy recepcji, z której kluczyki do ćwiczeniówek pobierane są jak ciepłe pączki. Większość słuchaczy to przypadkowi studenci, profesorowie i kilku oburzonych hałasem osób, którzy zdecydowali się jednak zatrzymać i posłuchać. Te korytarze są przepełnione pięknymi dźwiękami, szeptami, rozmowami i intrygami życia studenckiego – dlatego tak dobrze było wypełnić je czymś, czego jeszcze nie słyszały.
Mogłoby się wydawać, że to publiczność akademicka, jako z definicji zaznajomiona z różnymi odcieniami muzyki jest bardziej gotowa na przyjęcie mniej oczywistych dźwięków. Z Twoich słów wynika, że niekoniecznie tak jest. A jak na tym tle wypada w Twojej obserwacji tzw. zwyczajny słuchacz?
To z kolei pokazał mi koncert w Łaskim Domu Kultury. Okazało się tam, że publiczność nazwijmy ją w cudzysłowie nieprzygotowana, niezaznajomiona z muzyką awangardową, reaguje często bardziej odważnie i spontanicznie niż ta osłuchana. Po koncercie większość podeszła porozmawiać, opowiedzieć mi o swoim doświadczeniu, o obrazach, które wykreowała ich wyobraźnia. Cisza, która trwała przez cały koncert była wręcz onieśmielająca. To potwierdziło moje założenie, że „nie-piękny” głos może działać jako impuls otwierający – nie poprzez estetykę, lecz przez bliskość i organiczność ludzkiego głosu.
Rzecz jasna trzy koncerty oraz zgromadzona podczas nich publiczność, to niewielka pod względem ilościowym próba badawcza, nie mniej wyobrażam sobie, że także i na tej podstawie można pokusić się na jakieś wnioski. Zechcesz takie formułować na zakończenie naszej rozmowy.
Oczywiście, że była to skromna próba badawcza, ale trzeba pamiętać, że to tylko część moich badawczych zamierzeń. Na bardziej konstruktywne wnioski jest jeszcze za wcześnie, ale gdybym dziś musiała odpowiedzialnie jakieś wnioski postawić to, mogę powiedzieć, że cały projekt potwierdził, że głos – pozornie zwyczajny – może stać się medium, które chwilowo odmienia rytm miejsca i sposób, w jaki ludzie w nim bywają. W każdym z trzech koncertów przestrzeń, publiczność i mój głos stworzyły efemeryczną wspólnotę: krótkie zdarzenie, które nie zapisuje się nutami, lecz emocjami, reakcją ciała, wspólnym czasem. To właśnie ten rodzaj ulotności jest najbliższy mojej pracy twórczej i naukowej. Jeden z słuchaczy w Łasku zapytał mnie czy nagrałam ten koncert i kiedy płyta? Kiedy wytłumaczyłam, że nie, że była to ulotna improwizacja, której posłuchał i w momencie jej słuchania przestawała istnieć – posmutniał i powiedział: „szkoda mi Pani”. Co miał na myśli? Nie mam pewności, ale przez jego oczy i uśmiech przemawiała serdeczność.
Jak rozumiem wymiar jednorazowego Twojego spotkania ze słuchaczem i jednorazowego spotkania słuchacza z Twoją muzyką stanowi wartość szczególnie cenną. A w stricte badawczej optyce, co przyniósł Ci ten tryptyk?
Nie-piękny śpiew w tych trzech odsłonach pozwolił mi pogłębić badania nad relacjami między wykonawcą, a słuchaczem, a także zebrać unikalny materiał, ważny z perspektywy dalszej części mojej pracy doktorskiej. Tak jak wspomniałam wcześniej na finale wnioski przyjdzie jeszcze czas, studia doktoranckie trwają.
Na razie poprzestańmy na tym, że był to dla mnie ważny krok w kierunku budowania lokalnych doświadczeń artystycznych oraz promowania współczesnych form ekspresji wokalnej – nie poprzez spektakularność, lecz poprzez uważność, ryzyko i spotkanie.
- Aby wysyłać odpowiedzi, należy się zalogować.







