"Muzyka to dla mnie życiowa konieczność" - dziś 86. rocznica urodzin Andrzeja Kurylewicza

Autor: 
Maciej Karłowski
Zdjęcie: 

„Muzyka to dla mnie życiowa konieczność, nic więcej nie umiem robić”  powiedział Andrzej w jednym z wywiadów. Andrzej Kurylewicz - jedna z największych postaci polskiej jazzowej sceny. I rzeczywiście, kiedy przypatrzymy się nieco bliżej jego pracy zawodowej muzyka zaczęła być obecna w jego życiu bardzo wcześnie.

Początki

Lwów
Pierwsze kontakty Kurylewicza z muzyką musiały nastąpić wcześnie i nie będzie błędem przypuszczać, że miały miejsce w domu rodzinnym. Jako pięciolatek posłany został do szkoły muzycznej prowadzonej przez Józefa Reissa i siostry zakonne. Tam jego pierwszą nauczycielką była Olga Bereżnicka. Sam Kurylewiecz wspominał szczególnie ciepło lekcje solfeżu i kontrapunktu, które pobierał u wielkiego ukraińskiego kompozytora Stanisława Ludkiewicza. W tamtym czasie i jeszcze kilka lat po wybuchu wojny rodzina Kurylewiczów mieszkała we Lwowie. Zaskakująco wcześnie, bo w około 10 roku życia pojawiły się pierwsze myśli o zostaniu pianistą. Nic w tym dziwnego w czasie wojny dzieci dorastają wcześniej, tym bardziej kiedy zostają w połowie osieroceni. W 1940r., krótko po wkroczeniu wojsk radzieckich do Lwowa, aresztowany i wywieziony do obozu w Starobielsku został ojciec Kurylewicza. Ślad po nim niestety zaginął. Dużo później jego nazwisko zostało odnalezione na listach zabitych. Od tego momentu czas poświęcany na muzykę trzeba było dzielić pomiędzy sprawy bardziej przyziemne. Sam Kurylewicz wspominał, że aby pomóc matce zajmował się najróżniejszymi rzeczami m.in. handlem papierosami.

Pomimo trudności Kurylewicz był już wtedy poważnie zajęty muzyką. Podobno doskonale radził sobie z harmonizowaniem melodii, nieźle też, choć wcale nie jazzowo, potrafił improwizować.

Gliwice
Wkrótce, jako repatriant trafił wraz z rodziną do Gliwic i tam szczęście nie po raz ostatni uśmiechnęło się do początkującego, młodego muzyka. Działał tam bowiem Instytut Muzyczny będący czymś w rodzaju szkoły średniej na nieco wyższym poziomie, prowadzony pianistę i teoretyka Marcina Kamińskiego. Jak się okazało w jego murach znalazło schronienie wiele znanych postaci z kręgu muzyki i kultury m.in: Żurawlew z żoną, Ludomir Różycki oraz Jan Bielecki, a koncerty tam organizowane miały nie tylko wysoki poziom, ale zważywszy na sławę wykonawców także i charakter prestiżowy.

Ponieważ wówczas jeszcze system edukacyjny nie przewidywał liceów muzycznych Kurylewicz zdawał dwie matury. Gliwice jednak zaczynały być dla niego zbyt ciasne. W perspektywie miał studia na Politechnice albo pracę z tamtejszą taneczną, odrobinę jazzującą orkiestrą, z którą zresztą zdarzało mu się od czasu do czasu grywać. W tym czasie umarła też jego matka. Kurylewicza przestało cokolwiek trzymać w Gliwicach.

Kraków
Następnym etapem był Kraków, a tam egzaminy wstępne do Szkoły Handlowej. Ekonomia i rachunkowość okazały się, co zresztą było łatwe do przewidzenia, przedmiotem na tyle nie pochłaniającym wyobraźni pochłoniętego muzyką młodzieńca, że przy pierwszej nadarzającej się okazji zmienił uczelniane barwy i zapisał się od razu do dyplomowej klasy średniej szkoły muzycznej, w której uczyła znana jeszcze z Gliwic nauczycielka.

Nie trudno się domyśleć, że kolejnym krokiem w muzycznej edukacji Kurylewicza okazała się krakowska Wyższa Szkoła Muzyczna. Tam trafił do klasy profesora Henryka Sztompki. Po latach wspominał, że Trochę żałował, że nie trafił pod skrzydła profesora Drzewieckiego, do którego poglądów na sztukę było mu bliżej. Cztery lata spędzone w murach prestiżowej uczelni okazały się jednak okresem, który nie do końca uznanym różami. „W Wyższej Szkole Muzycznej w Krakowie czekano na moment, kiedy się potknę, może czegoś nie zaliczę, może mi się coś stanie, może mnie szlag trafi, krótko mówiąc - że by był jakiś pretekst by mnie stamtąd usunąć. I tak się stało. Czegoś tam nie zaliczyłem, a to była bzdura, nie zaliczyłem zespołów kameralnych, a byłem tuż po szkolnym nagraniu tria Glinki w Radiu Kraków! No i skreślili z listy studentów człowieka, który był na IV roku, pod byle pretekstem. Takie były czasy.” Opowiadał Tomaszowi Szchowskiemu w wywiadzie dla Jazz Forum.

Był to okreś zapyziałego komunizmu i wszechogarniającej marności życia codziennego. Na tle paranoidalnie podejrzliwych politruków, czynów społecznych, przodowników pracy oraz kultury socrealistycznej Andrzej Kurylewicz wyglądał co najmniej zaskakująco. I miał tego kompletną świadomość swojej odmienności. Przechadzający się po szarych krakowskich uliczkach w eleganckiej marynarce i wyprasowanych spodniach musiał sprawiać wrażenie zaimplementowanego wprost w mocno podejrzanych krajów zza żelaznej kurtyny. Prawdą jednak pozostaje, że jednym z głównych powodów, dla których przypatrywano się jego osobie nad wyraz uważnie był jazz.

Jazz
„ Jazzu nie można się nauczyć” stwierdził kiedyś, a jednak jego jazz ewoluował przez dziesięciolecia, kiedy się nim zajmował czy to w światłach reflektorów czy w domowym zaciuszu. Rację przyznają wszyscy, którzy mieli okazję porównywać nagrania od czasu powstania pierwszego zespołu Kurylewicza założonego  jeszcze w latach 50 o tajemniczej nazwie MM 176, po kolejne: Kwintet, przekształcony później, a działający do 1962r. w Sextet Organowy, i działające przez następne 20 lat formacje, których dokonania można było podglądać choćby podczas corocznych edycji festiwalu Jazz Jamboree.

„Jazz był we mnie od zawsze” mawiał, a kiedy po wieloletniej przerwie powrócił ze swoim nowym wybornym trio z Cezarym Konradem na perkusji i Pawłem Pańtą na perkusji, dodał bez nadmiernej pokory, że już w czasach kształtującego się środowiska krakowskiego cały nowoczesny jazz chodził mu po głowie.

Dlaczego więc nie dawał temu wyrazu w sposób wyraźny? Dlaczego nie stawał w początkach swej jazzowej przygody po stronie moderny wybierając drogę tradycyjną? Przecież upoważniał go do tego zarówno warsztat, wykształcenie jak i wyobraźnia. Kto wie czy nie stało się tak dlatego, że Kurylewicz od samego początku był środowiskowym outsiderem, stojącym ze swoimi muzycznymi zainteresowaniami, twórczą aktywnością oraz estetycznymi poglądami poza głównymi nurtami stylistycznych podziałów.

„Tak naprawdę chciałem realizować taki jazz, jaki gram teraz. To wszystko już miałem w głowie. Te atonalizmy, klastery, konceptualizm, dodekafonię - przeczuwałem jak to robić, ale nie mogłem, bo moi koledzy "zrównaliby mnie z ziemią" z takiego powodu, że jestem aż tak inny!” Znamienne to stwierdzenie i bardzo charakterystyczne w opisach polskiego środowiska jazzowego. Nie tylko zresztą sam Kurylewicz spostrzegł tę cechę polskiego jazzowego podołku. Wielokrotnie zwracał na to uwagę także inny wielki polski jazzman Tomasz Stańko wspominając, że zawsze drażniły do te sztuczne, absurdalne, ale jednocześnie z uporem godnym lepszej sprawy przestrzegane podziały na zwolenników jak to kiedyś określano, tradycji i moderny.

Na Zachodzie jednak muzyka Kurylewicza spodobała się. Był on bodaj pierwszym polskim jazzmanem, któremu udało się zagrać poza „żelazną kurtyną”. O koncertach w Stuttgracie, gdzie występował ze swoim trio krążą do dziś legendy. Zebrał entuzjastyczne opinie nie tyko wśród publiczności, ale także w kręgach profesjonalnych. Pod wrażeniem byłby takie indywidualności jak Martial Solal czy Michel Legrand.

Aby na nowo delektować się Andrzejem Kurylewiczem – jazzmanem potrzeba było czekać niemal 20 lat. Wtedy to jak sam twierdzi za namową przyjaciół skompletował swoje ukochane trio, które tak na marginesie uważał za najczystszą formę jazzowego muzykowania. Niemal od samego początku skład tej formacji był precyzyjnie ustany.

Kuryl powracający do jazzu był bardzo słabo zorientowany kto jest kim na jazzowej scenie, zwłaszcza jeśli chodzi o młodych muzyków. Najpierw miał grać w jego zespole Zbigniew Wegehaupt, ten jednak ze względu na rozliczne zajęcia w roli sidemana, nie mógł poświęcić się pracy w nowym trio. Wówczas pojawili się kontrabasista Paweł Pańta oraz bębniarz o uznanym już w gronie profesjonalnym nazwisku Cezary Konrad. I tak niemal w pierwszym podejściu pojawiła się formacja, której jedyne wspólne nagranie..........okazało się prawdziwym strzałem w dziesiątkę.

Muzyka klasyczna
Kochał Chopina, i Szymanowskiego, wysoko cenił Glenna Goulda, którego podejrzewał, że gdyby chciał, byłby świetnym jazzmenem (Gould z właściwa sobie nonszalancją ignorował jazz). Uwielbiał późnego Beethovena, dezawuował klasyczne inklinacje Chicka Corei i chwalił Keitha Jarretta, który jego zdaniem, wiedział o co chodzi w interpretacjach muzyki klasycznej.

Muzyka klasyczna, podobnie jak jazz, zawsze była obecna w życiu twórczym Andrzeja Kurylewicza. Jej obecność była jednak inna. Oczywistą sprawą jest zacieśnienie kontaktów z nią, choćby poprzez szkołę muzyczną. Tam , pod kierunkiem prof. Henryka Sztompke Andrzej Kurylewicz zdobywał pierwsze szlify jako klasyczny pianista. Okres ten jednak wspominał nie koniecznie jako czas regularnego, intensywnego zagłębiania się w tajniki światowej pianistyki z myślą o karierze solowej. „Grałem rzeczywiście trochę inaczej. Po zdaniu dyplomu i dostaniu się do Wyższej Szkoły w Krakowie byłem w klasie Henryka Sztompki. Swoją drogą trochę żałowałem, że nie był to Drzewiecki, bo ze Sztompką bywało różnie, trochę on się ze mną nie zgadzał, trochę ja z nim. Potrafił powiedzieć: "Cóż, pewnie nic Pan więcej nie przygotował, tylko Bacha!" I rzeczywiście, ja z lekcji na lekcję gram na pamięć dwa Preludia i dwie Fugi z "Das Wohltemperierte Klavier", a nie "Scherzo b-moll", na które jeszcze mam czas”.

Nie raz też z ogromnym szacunkiem wypowiadał się o Stanisławie Wichowiczu, u którego zresztą odbywał studia kompozytorskie. Jak sam twierdził dzięki niemu uzyskał estetyczną wolność, która z perspektywy czasu okazała się jedną z najbardziej imponujących, a także przydatnych w artystycznym życiu cech Andrzeja Kurylewicza - kompozytora. To niechybnie dzięki niej, mógł porzucić jazz jako czynny koncertowo wykonawca i zagłębić się na całe lata 80. i sporą część 90. w meandry muzyki współczesnej. Zapewne ona również umożliwiła mu, z takim powodzeniem, podjęcie tematu istnienia jazzu w obszarze europejskiej muzyki koncertowej (Formacja Muzyki Współczesnej), a w końcu też zawiodła na sceny festiwalu Warszawska Jesień i Zarządu Związku Kompozytorów Polskich.

Ale i jako kompozytor Andrzej Kurylewicz nie był postacią jednoznaczną. O ile jego dokonania artystyczne czy to w zakresie kameralistyki, symfoniki czy muzyki wokalnej świadczyły same za siebie, o tyle już pod względem asymilacji ze środowiskiem twórczym rzeczy nie układały się wzorowo. Wielu jego przyjaciół, mówiło o nim, że był duszą rogatą nieskłonną do salonowych ukłonów, że jest osobowością chadzającą własnymi drogami. Środowiskowe koterie, zarówno te jazzowe jak i „klasyczne” napawały go wstrętem i tak naprawdę sprawiły, że zarówno w jazzowej jak i „klasycznej” dziedzinie pozostał outsiderem.

Film, teatr, poezja, piwnica
Wybitny jazzman, wysoko ceniony kompozytor muzyki współczesnej – to przymiotniki, które miłośnikom muzyki wystarczająco określają postać Andrzeja Kurylewicza. A jednak, zwłaszcza dla słuchaczy mniej zaangażowanych Kuryl pozostanie przede wszystkim twórcą muzyki filmowej. W tej bowiem dziedzinie jego działania twórcze zaskarbiły sobie miejsce w pamięci najszerszej publiczności. I rzecz już absolutnie nie w tym, że na polu muzyki filmowej otrzymał najwięcej prestiżowych nagród, a po temat z „Polskich dróg” sięgał nawet Pat Metheny. Tematy z filmów takich jak „Nad Niemnem”, „Panny i wdowy”, seriali telewizyjnych „Lalka” i nade wszystko „Polskie drogi”.

Stały się bardzo widoczną częścią w zbiorowej świadomości muzycznej Polaków. Jeśli nawet ich nie nucimy, jeśli nawet nie zawsze do końca pamiętamy imię i nazwisko autora melodie rozpoznajemy bezbłędnie. Nie sposób wyliczyć w tak krótki tekście wszystkich dzieła jakie napisał na potrzeby X muzy. A przecież jest jeszcze muzyka teatralna, powstająca niejako w cieniu słynnych filmów fabularnych, są formy krótkometrażowe, utwory do filmów dokumentalnych. Jest jeszcze piwnica i o niej nie wspomnieć byłoby wielkim nadużyciem.
Sam Kurylewicz mówił o niej, że była niejako dzieckiem Wandy Warskiej. On ją powołała do życia, ona nasycała ją siłami witalnymi, nadawała jej działaniom kierunek, formę i była jej życiodajną siła. A jednak w działania Piwnicy Artystycznej Kurylewicz zaangażował cały swój niezwykły potencjał twórczy. Bo, cokolwiek byśmy o nim nie powiedzieli, w istocie postrzegał muzykę nie tylko jako wyizolowaną emanację ludzkiej aktywności. Widział jak wielkiej siły potrafi nabierać kiedy sprzężona jest ze słowem, jak inaczej oddziałuje krocząc ramię w ramię z poezją. Działania Piwnicy Artystycznej przy Wójtowskiej w Warszawie nigdy nie miały charakteru przedsięwzięć spektakularnych, nigdy w ich stronę nie świeciły reflektory, ani też ich przebiegu nie śledziła telewizja, a jednak to właśnie tutaj dochodziło do rzeczy najważniejszej z perspektywy czystej sztuki. Na niewielkim skrawku staromiejskiej piwnicy spotykali się ludzie, byli blisko siebie i blisko sztuki, wymieniali myśli i spostrzeżenia. Kto wie czy nie mieli bezpośredniego wpływu na kształt zdarzeń rozgrywających się na scenie.

Dzisiaj Andrzej Kurylewicz nie żyje. Zdążono już zadedykować mu przedstawienie „Kurylewicz in memoriam”, Prezydent RP zdążył, jakże pośpiesznie, odznaczył go pośmiertnie Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi w twórczości artystycznej, a minister kultury Kazimierz Michał Ujazdowski przyznał mu Złoty Medal Gloria Artis. Festiwale filmowe dedykują swoje kolejne edycje jego pamięci i słusznie, ponieważ odszedł jeden z największych muzyków powojennej Polski człowiek niezwykle szerokiego horyzontu i prawdopodobnie jeden najodważniejszych i najbardziej oryginalnych artystów w historii. Celebrujący mszę św. ks. Norbert Mojżyn wspominał moment, w którym najbliżsi Andrzeja Kurylewicza dowiedzieli się o jego śmierci. "13 kwietnia rano jego ukochane kobiety - żona Wanda i córka Gabriela - znalazły go siedzącego w fotelu, ubranego tak, że mógłby wstać i pójść na próbę, wstać i wystąpić .(...) Umarł podczas drzemki na atak serca, a wokół był porządek, spokój. Umarł jak wielki, jasny romantyczny bohater, umarł siedząc wyprostowany, w czujności - tak jak żył" Dzisiaj pozostała nam już tylko jego twórczość i oby doczekała się nie tylko naśladowców, ale także i prawdziwych kontynuatorów.