W każdym miejscu świata jest wiele interesującej muzyki - wywiad z Satoko Fujii

Autor: 
Marek Winiarski

Satoko Fujii - kluczowa postać na japońskiej, a dziś już nie tylko japońskiej scenie jazzowej. To także jedna z nielicznych artystek z kraju kwitnącej wiśni, któr a bywa z Polsce regularnie, choć wcale nie bardzo często. Co więcej wydaje u nas swoje płyty. Fakt, że część dyskografii tej wybornej pianistki, kompozytorski i liderki jest u nas publikowana zawdzięczamy panu Markowi WIniarskiemu. NIe dawno na sklepowe półki na świecie trafiła najnowsza płyta artystki, nagrana z zespołem MA-DO "Time Stands Still" (Not Two). Wróćmy zatem na chwilę do czasów kiedy ta muzyczna przyjaźń pomiędzy Satoko Fujii i Markiem WIniarskim zaczynałą się rodzić. Wówczas dla nieistniejącego już magazynu "Jazz & Classics" szef Not Two przeprowadził z Satko Fujii wywiad. Dzisiaj w całości pragniemy go Wam przypomnieć.

Marek Winiarski: Muzyka klasyczna i lekcje fortepianu od czwartego roku życia – takie były twoje początki. Co wpłynęło na fakt, że w pewnym momencie twoje zainteresowania zmieniły się tak diametralnie i od dwudziestego roku życia grasz / komponujesz wyłącznie jazz, zresztą bardzo szeroko rozumiany? Czy przyczyną tego były jakieś konkretne wydarzenia, np. płyty, koncerty, czy też był to dłuższy proces?
Satoko Fujii: Są trzy główne przyczyny, które spowodowały, że przestałam grać muzykę klasyczną i zaczęłam improwizować. 

Po pierwsze... Początkowo uczyłam się grać na fortepianie pod kierunkiem klasycznego pianisty i kompozytora Koji Taku. W tym okresie był on szefem wydziału pianistyki w Tokyo Music And Art College – najlepszego konserwatorium w Japonii. W pewnym momencie całkowicie zrezygnował ze swej pozycji w uczelni i zaczął grać jazz w klubach i kabaretach. Miał wtedy ponad 60 lat! To było coś niesamowitego i niezwykłego, gdyż u nas ludzie szanują i doceniają profesora wyższej uczelni, w przeciwieństwie do artysty kabaretowego czy klubowego. Był osobowością, której nie interesowały opinie innych, po prostu robił to, co lubił. Inni "ważni" nauczyciele akademiccy nie mogli tego zrozumieć, gdyż ich główną troską była pozycja na uczelni oraz niezachwiana pewność, że muzyka klasyczna jest znacznie ważniejsza i lepsza od jazzu. Oczywiście nic na temat jazzu nie wiedzieli. Sposób myślenia Koji Taku zdecydowanie wpłynął na moje zainteresowanie jazzem. 

Po drugie, w Japonii bardzo ciężko jest dostać się do collegu. Egzaminy wstępne są bardzo trudne. W muzyce klasycznej, podobnie jak w jazzie, jest wiele różnych środków wyrazu i nie jest łatwo je oceniać. W tym przypadku niemal wszystkie uczelnie w Japonii przyjmują kandydatów, którzy wcześniej brali lekcje u uczelnianych profesorów. Ja również miałam kilka takich lekcji i nie byłam z nich zadowolona. Pani profesor stale powtarzała, że najważniejsze jest wrażenie robione na słuchaczach, a nie sama muzyka. Dlatego znienawidziłam klasyczną japońską edukację i straciłam zainteresowanie wyższymi studiami muzycznymi.
Po trzecie wreszcie, kiedy uczyłam się klasyki, grałam tylko muzykę zapisaną. W dzieciństwie, jak pamiętam, zaraz po pierwszych lekcjach gry na fortepianie, bardzo podobało mi się improwizowanie. A po szesnastu latach nauki klasycznego fortepianu byłam zaszokowana, że potrafię grać tylko zapisane nuty. Byłam jak dobrze wytrenowany pies, który może zrobić jedynie to, czego go nauczono. I wtedy poczułam, że muzyka klasyczna to nie moja pasja, że naprawdę chciałabym improwizować.

MW: Krytycy doszukują się w twojej twórczości trzech głównych pierwiastków, które w różnych proporcjach składają się na twój muzyczny portret: po pierwsze twoje bardzo staranne wykształcenie klasyczne, po drugie intensywne, już zdecydowanie o profilu jazzowym, studia pianistyczne w Berklee College of Music oraz kompozycji i aranżacji w New England Conservatory of Music w Bostonie i wreszcie różnego rodzaju tradycje kulturowe Japonii, nie tylko muzyczne. Czy zgodzisz się z tymi opiniami?

SF: Bardzo trudno to ocenić. Jestem pewna, że każdy rodzaj muzyki, której słuchałam, miał na mnie jakiś wpływ. Moja matka była wielką miłośniczką muzyki, miała bardzo dużą kolekcję różnego rodzaju płyt. (...) Później zaczęłam naukę gry na pianinie i to też na pewno wywarło na mnie wielki wpływ, szczególnie, że Koji Taku był znakomitym nauczycielem i miał specjalną metodologię techniki pianistycznej. W późniejszych latach słuchałam dużo popu i rocka – ich wpływ można do dziś zauważyć w mojej twórczości. Studiowałam też japoński śpiew ludowy – to było specjalne doświadczenie, gdyż nagle odkryłam, że jestem Japonką! To znaczy... japońska muzyka jest zupełnie różna od zachodnioeuropejskiej czy amerykańskiej. Poczułam moją krew, moje korzenie. I na koniec moje studia jazzowe, które traktowałam bardzo serio. Tak więc moja muzyka wynika z wielu wcześniejszych studiów i mojego własnego doświadczenia.

MW: W jaki sposób powyższe trzy czynniki wpływają obecnie na twoją twórczość, czy są pomocne i pomagają w rozszerzeniu pola zainteresowań, czy też może niekiedy przeszkadzają lub ograniczają możliwości wyrażenia swoich muzycznych pomysłów?

SF: Nie używam żadnych specjalnych elementów przy tworzeniu muzyki. Zazwyczaj nie mam też konkretnego planu. (...) Kiedy tworzę muzykę, zarówno komponując, jak improwizując, mam wrażenie, że odzwierciedlam porządek wszechświata. Mam na myśli, że jest tylko jedna nuta, której w danym momencie mogę użyć – jeżeli ją znajdę, to niepotrzebna jest żadna teoria jazzowa, czy technika klasyczna. Słucham swojego głosu i wiem, który dźwięk jest tym właściwym w danej chwili.

MW: Koncertujesz i nagrywasz w bardzo różnych składach, od solo do pełnej orkiestry, przy czym niemal 100% materiału muzycznego, to twoje kompozycje. Czy jest jakiś szczególnie "uprzywilejowany" przez ciebie skład instrumentalny, czy też dopiero poprzez tę różnorodność, możesz w pełni spełnić się jako muzyk?

SF: Lubię wszystkie zespoły i konfiguracje. Nie mogę wskazać jednego szczególnego składu i to jest powodem tej różnorodności. Kiedy na przykład gram solo często przychodzą mi do głowy pomysły, które później stosuję w innych składach. Tak więc granie w różnych zespołach często jest inspirujące w zupełnie nieprzewidywalnym kierunku, pojawiają się pomysły, które później realizuję z innymi muzykami.

MW: Twoje nagrania dowodzą, że słuchasz bardzo dużo różnorodnej muzyki. Czy masz jakieś specjalne upodobania, jeśli chodzi o gatunek muzyki lub też faworytów wśród kompozytorów czy wykonawców, ulubione nagrania? 

SF: Lubię niemal każdy gatunek muzyki. Bardzo ciężko wskazać ten jeden.... Ale, jeśli chodzi o kompozytorów, to najbardziej cenię Charlesa Ivesa.

MW: Myślę, że najpełniej można przedstawić twoją karierę muzyczną, omawiając wydane przez ciebie płyty. Chciałbym, byś pokrótce przedstawiła swoje nagrania. Zacznijmy może od najmniejszego składu – solowa płyta "Indication" (1996).

SF: Zagrałam na niej moje kompozycje, a także dwie japońskie piosenki dziecięce i japońską melodię ludową.

MW: Kolejno mamy pięć nagrań w duetach: "Something About Water" (1996) z Paulem Bleyem na fortepianie, "April Shower" (2001) z Markiem Feldmanem na skrzypcach, "How Many" (1997) i "Clouds" (2001) zrealizowane w duecie z mężem Natsuki Tamurą na trąbce oraz "Toh-Kichi" (2002) z grającym na perkusji Tatsuya Yoshidą

SF: "Something About Water" to mój debiut płytowy. Wspólne granie z Paulem Bleyem, moim nauczycielem w New England Conservatory i mistrzem, było wspaniałym przeżyciem. "April Shower" ma trzy części: 30 minut muzyki z Markiem Feldmanem, 15 minut moje solo i 15 minut moje dwa fortepiany (overdubbing). Mark jest wielkim muzykiem i zawsze byłam wielbicielką jego twórczości. Płyty "How Many" i "Clouds" są w całości improwizowane. Natsuki i ja jesteśmy razem od szesnastu lat i znamy się nawzajem tak dobrze... Chcę powiedzieć, że on zna mnie i rozumie lepiej, niż ja sama. Wyznajemy podobne wartości, lecz mamy zupełnie różne charaktery i różne spojrzenie na muzykę. I bardzo nam te różnice odpowiadają, gdy gramy wspólnie. "Toh-Kichi" nagrałam z awangardowym perkusistą rockowym Tatsuyą Yoshidą. Mamy zupełnie odmienne korzenie – on zupełnie nie gra jazzu. Dla mnie wielką rzeczą było, że potrafimy grać razem i rozumieć się, mimo całkowicie odmiennych dróg muzycznych. Mogłabym powiedzieć, że w procesie tworzenia edukacja muzyczna nie ma decydującego znaczenia.

MW: Klasyczne trio jazzowe w twojej dyskografii reprezentuje pięć płyt, w których udział wzięli Mark Dresser na kontrabasie i Jim Black na bębnach: "Looking Out Of The Window" (1997), "Kitsune-bi" (1999), "Toward To West" (2000), "Junction" (2001) oraz "Bell The Cat" (2002). Te nagrania zdobyły chyba najwięcej zwolenników. Z drugiej strony można sądzić, że skoro tak długo wspólnie pracujecie, cały czas z grania razem czerpiecie wiele inspiracji i nowych pomysłów – czy w roku 2003 również planujesz wydanie płyty z tymi muzykami?

SF: W lipcu tego roku nagraliśmy materiał na nową płytę. Tym razem, w przeciwieństwie do wcześniejszych, nie wiem jeszcze, która wytwórnia to wyda. To będzie już nasza szósta płyta i mam nadzieję, że będą następne. Im więcej z nimi gram, tym większą sprawia mi to radość.

MW: Twój japoński kwartet, z którym wkrótce przyjedziesz ponownie do Polski (Natsuki Tamura na trąbce, Takeharu Hayakawa na basie i Tatsuya Yoshida na perkusji) prezentuje zupełnie inny rodzaj muzyki – od momentami bardzo ostrego i głośnego, niemal punk-rockowego grania, poprzez fragmenty totalnej improwizacji, aż do niemal całkowitego wyciszenia i kameralnego nastroju. I tak jest zarówno na każdym koncercie, jak i na płytach: "Vulcan" (2001) i "Minerva" (2002). Czy nowa płyta ("Zephyros"), którą promuje wasza najbliższa europejska trasa koncertowa (także koncerty w Polsce), jest podobna w charakterze?

SF: Ten kwartet jest wyjątkowy, ponieważ każdy z nas ma zupełnie różne doświadczenia. Natsuki grał bardzo dużo jako muzyk studyjny i orkiestrowy. Takeharu zaczął jako klasyczny kontrabasista w mainstreamowych zespołach, a teraz zdecydowanie więcej gra na basie elektrycznym. Częściej też gra rock niż jazz. Tatsuya grał rodzaj muzyki, który wielu określa jako avant-rock. Uwielbia komplikacje rytmiczne. Moje korzenie, to przede wszystkim klasyka i jazz. Tak więc, gdy gramy razem, to mieszanka jest piorunująca. Uwielbiam to, że na wiele sposobów wpływamy na siebie. A rzeczą dla mnie najciekawszą jest fakt, że dzięki pracy z tak różnymi muzykami, wreszcie zaczęłam odnajdować siebie – najlepiej widać to zresztą na naszej nowej płycie ("Zephyros").

MW: W sekstecie z muzykami japońskimi nagrana została płyta "Past Life" (1999). 

SF: To moje pierwsze nagranie po powrocie do Japonii, wyłącznie z muzykami japońskimi. Po współpracy z muzykami amerykańskimi, ciekawym dla mnie doświadczeniem było przekonanie się, że Japończycy grają inaczej. I nie chodzi tu o to, czy lepiej czy gorzej – po prostu inaczej. Odkryłam, że moje kompozycje mogą być grane na wiele różnych sposobów, że nie powinnam szczegółowo narzucać swoich koncepcji lecz pozwolić, by muzycy sami współdecydowali w procesie tworzenia. Myślę, że jest to właściwa droga do uzyskania najlepszych rezultatów.

MW: Na końcu tego zestawienia zostały nagrania twojej orkiestry, a właściwie dwu różnych big bandów. Złożonej wyłącznie z muzyków japońskich Orchestra East oraz Orchestra West, w skład której, prócz twego męża, wchodzą jedynie związani z nowojorską sceną jazzową muzycy: saksofoniści - Oscar Noriega, Briggan Krauss, Chris Speed, Tony Malaby, Andy Laster, trębacze - Dave Ballou, Steven Bernstein, Cuong Vu, puzoniści - Curtis Hasselbring, Joey Sellers, Joe Fiedler, grający na bębnach Aaron Alexander oraz basista Stomu Takeishi (Japończyk, ale na pewno bardziej kojarzony z Knitting Factory niż Tokyo). Do chwili obecnej ukazały się płyty: "South Wind" (1997), "Jo" (1998), "Double Take" (2000), "The Future Of The Past" (2003) oraz "Before The Dawn" (2003). 

SF: To dla mnie największe szczęście i zaszczyt mieć tych wszystkich znakomitych muzyków w swoim zespole! Jednym z moich marzeń jest możliwość wspólnego koncertu obu orkiestr – jednego wieczoru, na jednej scenie.

MW: Wzięłaś też udział w nagraniu kwartetu twojego męża "Hada Hada" (2002). Grasz tu wyłącznie na syntezatorach. Zresztą na całej płycie jest dużo elektroniki. Czy myślisz o kolejnych podobnych elektronicznych i samplowanych autorskich projektach?

SF: Od 15 lat od czasu do czasu grywałam na syntezatorze. Myślałam też o poważniejszym zajęciu się tym instrumentem. Natsuki mobilizował mnie do ćwiczeń. Aktualnie daje mi to wiele radości. Stosuję też głos z różnymi efektami, jak również odtwarzanie z CD wcześniej nagranych dźwięków. Mam listę projektów, które chciałabym zrealizować w niedalekiej przyszłości i jest na niej pomysł nagrania samplowanego materiału bez użycia żadnego, w tradycyjnym pojęciu, instrumentu muzycznego.

MW: Jakie są twoje najbliższe plany nagraniowe i koncertowe? O ile wiem, został już nagrany materiał na kilka nowych płyt, które niebawem powinny ukazać się na rynku. 

SF: Aktualnie występuję w Japonii i USA. Moja druga europejska trasa z kwartetem w listopadzie 2003 jest jedną z największych w najbliższej przyszłości. Jeśli chodzi o płyty, to nagrane zostały następujące projekty: trio z Markiem Dresserem i Jimem Blackiem nagrane w lipcu; Orchestra West również z lipca; duet z Tasuya Yoshidą z lipca, który wkrótce ukaże się w Tzadiku; solowe nagranie z sierpnia dla japońskiej wytwórni Polystar – jego wydanie planowane jest na styczeń 2004; zrealizowane we wrześniu dla Not Two nagranie kwartetu, którego promocją jest obecna trasa; w październiku zrealizowaliśmy duet z Natsuki; brałam też udział w nagraniach kilku innych muzyków.

MW: Japońska scena jazzowa nie jest zbyt dobrze znana w Polsce. Na pewno nazwiska Toshiko Akiyoshi, Terumasa Hino czy Sadao Watanabe nie są nam obce. Jest też całkiem spora grupa miłośników japońskiej awangardy, noise music, eksperymentów z elektroniką. Jak scharakteryzowałabyś pokrótce aktualną sytuację jazzu, lub może szerzej muzyki improwizowanej, w twoim kraju – zarówno z punktu widzenia muzyka, jak i uczestnika koncertów czy kolekcjonera płyt?

SF: W każdym miejscu świata jest wiele interesującej muzyki. I na tym opieram swoje poszukiwania – jeżeli udamy się gdzieś, np. do klubu, możemy usłyszeć wiele interesujących rzeczy. Problemem jest, że duże koncerny muzyczne, a także prasa, nie zwracają uwagi na tego typu zjawiska. Większość z nich troszczy się jedynie o sprawy finansowe. Co więcej, oni nie próbują słuchać muzyki! Wiele firm japońskich jest zajętych wyłącznie promowaniem nowych, dobrze wyglądających twarzy. Żenujące jest wyszukiwanie młodych, zgrabnych kobiet, przebieranie ich w seksowne ciuchy i zachęcanie do grania np. w stylu Chicka Corei, Herbiego Hancocka itd. Następnie wydawane są duże pieniądze na techniczną stronę nagrania oraz promocję. Kosztowne ogłoszenia w czasopismach i specjalne artykuły sponsorowane powodują, że ludzie dowiadują się tylko o takiej muzyce, zupełnie nie znają prawdziwego grania, np. w klubach. Oczywiście nie dotyczy to tylko Japonii. Bardzo trudno jest uzyskać informacje na temat wartościowej muzyki. W tej chwili internet poprawia tę sytuację, gdyż prostsze jest dotarcie do potencjalnego słuchacza z ciekawymi, a mniej znanymi projektami.

MW: Powiedziałaś w jednym z wywiadów, że obecna dekada może być początkiem nowego okresu w historii jazzu, głównie ze względu na przenikanie się różnego rodzaju wpływów muzycznych, czy ogólniej kulturowych. Na czym w skrócie miałyby polegać te nowe kierunki? 

SF: Myślę, że muzyka może być bardziej interesująca poprzez asymilację różnych elementów i inspiracje z różnych źródeł. Np. Van Gogh czerpał inspiracje z malarstwa japońskiego. W obecnych czasach świat wciąż słyszy o przygnębiających wydarzeniach. Spowodowane jest to głównie faktem, że rządzący nie akceptują odmiennych kultur. Wierzę, że musimy wiedzieć o naszych zróżnicowaniach i cieszyć się nimi. Wielką rzeczą jest dostrzeganie tych odmienności podczas podróży do innych krajów. To nie oznacza podziału na lepsze – gorsze; po prostu inne. Jesteśmy inni i to jest najbardziej interesujące i inspirujące. Obecnie, wraz z rozwojem internetu, świat staje się coraz mniejszy. Mamy możliwość poznawania wielu różnorodnych rzeczy. Podobnie w muzyce – możemy się nawzajem uczyć i tworzyć coś nowego. I mam nadzieję, że ostatecznie rządzący też zrozumieją – nie, dla wojen; tak, dla odmienności, współpracy i miłości.