Najpiękniejsza w muzyce jest jej natura - jednocześnie mistyczna i naukowa - słów kilka prosto od Anthony'ego Braxtona.

Autor: 
Piotr Jagielski
Autor zdjęcia: 
Krzysztof Machowina

Jazzarium: Łatwo zetknąć się z opinią, że muzyka Dave’a Brubecka nie jest jazzem, ponieważ jest zbyt mainstreamowa. Inni twierdzą, że twórczość Johna Coltrane’a nie jest jazzem, ponieważ jest wręcz anty-muzyką. Czy pańskim zdaniem istnieje coś takiego jak anty-muzyka?

Anthony Braxton:  Jednym z aspektów niesamowitego szczęścia, które spotkało mnie w życiu był fakt, że od zawsze byłem wystawiony na działanie wielkich osobistości świata sztuki. Rozumieli oni tworzenie nie w kontekście handlowym, ale jako kontynuowanie pewnej tradycji, w której zostali zanurzeni. Pan Brubeck, tak jak pan Paul Desmond, był bardzo ważny dla mnie i dla mojej twórczości. Gdy dorastałem, chciałem grać na trąbce. Moim idolem był Miles Davis. Całe moje życie zmieniło się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, po tym jak usłyszałem grę Desmonda. Podobnie stało się później, gdy poznałem muzykę Johna Coltrane’a, Arnolda Schonberga czy Krzysztofa Pendereckiego. Pamiętam, że w latach 60-tych twórczość Coltrane’a określano jako „nihilistyczny jazz” albo „muzykę nienawiści”. Jednak gdzieś daleko, odizolowane od handlu i mediów, w świecie prawdziwej kreatywności, zawsze były takie postaci, którym zależało wyłącznie na rozwoju. Na poszerzaniu możliwości twórczych człowieka i jego rozumienia tego, co jest przedmiotem sztuki. Jako młody facet, bardzo chciałem należeć to tych ludzi, być jednym z nich. Być w tej rodzinie artystów, którzy nie pracują dla zysku.

 

J: Taki wybór to ogromne ryzyko. Nie miewał pan wątpliwości, co do podjętego wyboru?

A.B.: Właściwie, każdy kto kiedykolwiek zbliżył się do tej sfery życia muzyka wie, że nie ma tu żadnych wielkich bogactw do wygrania. Taki stan rzeczy – paradoksalnie – chroni muzykę. Jeśli oczekujesz wielkich pieniędzy – idź, zarabiaj je grając muzykę popularną. Ja będę trzymał za ciebie kciuki i miał nadzieję, że zarobisz ich całe mnóstwo. Ci, którzy decydują się tworzyć nie dla pieniędzy dość szybko zapominają w ogóle o takiej kwestii. A gdy ten problem jest wreszcie, raz na zawsze rozwiązany, nie pozostaje już nic innego jak tylko dawać z siebie wszystko i pracować. Czemu? Nie zarobi się na tym żadnych pieniędzy, więc dlaczego w ogóle się starać? Z miłości – ponieważ się to kocha. A jeśli coś kochasz, starasz się żeby było najlepsze, jak się da. A więc przez ostatnie 45-50 lat, starałem się po prostu pracować nad moją muzyką najlepiej, jak potrafię. I uważam się za jednego z najszczęśliwszych ludzi na tej planecie właśnie z tego powodu. Nie każdy ma tyle szczęścia by odnaleźć pasję, dowiedzieć się, co właściwie chce w życiu robić. Biorąc to pod uwagę, nie wymieniłbym pracy muzyka na żadną inną. Nawet gdyby miało to dla mnie oznaczać możliwość spędzania czasu z Mittem Romneyem i jego bogatymi koleżkami.

 

J: Romney bardzo chętnie wykorzystywał w swojej kampanii prezydenckiej utwory różnych muzyków rockowych – zazwyczaj bez pytania o ich zgodę. Barack Obama pokazywał się z Brucem Springsteenem i Bobem Dylanem. Czy muzyka jest z natury polityczna czy tylko w ten sposób wykorzystywana?

A.B.: Uważam, że najpiękniejsza w muzyce jest jej, jednocześnie mistyczna i naukowa, natura. Jest polityczna, jest częścią mistycznej jedności świata. Muzyka daje człowiekowi niezwykłą możliwość „przyjacielskiego” przewodnictwa – może poprowadzić nas do zachwytu, podniecenia. Muzyka konstytuuje metarzeczywistość, jest jej fundamentem. Podsuwa propozycje, różne drogi – wszystko w zależności od tego, czego dany słuchacz poszukuje. Zatem jeśli jest on nastawiony politycznie, powiedziałbym że muzyka jest jak najbardziej podłączona do takiej narracji. Politycznej, socjologicznej, kulturowej, geograficznej, etnicznej, kontynentalnej i międzykontynentalnej.

 Moim zdaniem jednak, muzyka ze swojej natury przekracza sferę czystej polityki. Gdy przyglądamy się polityce przez pryzmat sztuki, nabiera ona bladego wyrazu sprawy jedynie lokalnej, zupełnie pozbawionej znaczenia. Dla tych ludzi, którzy włączyli się w dyscyplinę świata muzyki, sztuka jest czymś znacznie więcej niż polityka. Są oni prawdziwymi szczęśliwcami.

Bob Dylan powiedział: „nie ma prawej strony czy lewej strony. Jest tylko góra i dół a ja nie zamierzam dać się ściągnąć w dół przez coś tak trywialnego, jak polityka”. Pan Dylan od lat 60-tych, gdy śpiewał „The Times They Are-A Changin’” był jednym z moich największych bohaterów. Wracam do jego płyt regularnie, jest dla mnie wielkim mistrzem. Cokolwiek stwierdzi Dylan, Braxton najprawdopodobniej go poprze.

 

J.: Jakie jest pana podejście do tradycji muzycznej? Czy powinno się poznać wszystko, co się da i potem o tym zapomnieć, czy kultywować?

A.B.: Ciągle powtarzam to moim kolegom-wykładowcom, choć oni chyba nie potrafią tego pojąć. Został mi jeszcze rok pracy naukowej a potem przejdę na emeryturę. Te 29 lat pracy akademickiej było wspaniałe. Uważam jednak, że ci, którym brak doświadczenia w „prawdziwym życiu”, często stają się bezrefleksyjnymi niewolnikami, czcicielami nieaktualnych teorii.

J: Teoria pozostaje niewspółmierna do praktyki?

A.B.: W „prawdziwym świecie”, gdzie tworzy się muzyka, ma ona swoją własną, indywidualną teorię. Konieczne jest wprowadzenie poprawek w tej egzystencjalnej filozofii. Jeśli jest nastawiona akademicko i teoretycznie wobec muzyki, potrafi być złożona i skomplikowana. Często niezrozumiała. Gdy jest ona jednak rezultatem dążeń artysty i jego zamiarów, da się ją przeformułować, przekazać w sposób bardziej bezpośredni. Wtedy muzyka może zadziałać w swojej prawdziwej formie, nie w teoretycznej obudowie. Osobiście, jestem zainteresowany jedynie teoriami, które działają, przynoszą konkretne efekty.  

W tym stylu muzyki, który staram się uprawiać, zajmuje się tym, co znane, tym, co nieznane i tym, co intuicyjne. Nie interesowałbym się tak bardzo muzyką gdyby nie okazja zaskoczenia samego siebie. Żeby dać się zaskoczyć samemu sobie, potrzebna jest przestrzeń, w której może się ona wydarzyć, w której ‘nieznane’ może dać o sobie znać. To, co w świecie akademickim nazywane jest błędem, dla mnie jest naturalne i konieczne – jeśli nie popełniasz żadnych błędów, coś może być z tobą nie w porządku. Muzycy, którzy nie popełniają błędów idą na łatwiznę – grają to, co już znają. Nie jestem zainteresowany upajaniem się tym, co wydaje mi się, że poznałem. Mnie zajmuje tworzenie, reagowanie na powstające rzeczy i uczenie się z nich. Nie mogę patrzeć na to wyłącznie przez szkiełko naukowca. Błąd jest częścią sztuki – liczy się rzeczywistość, nie idee. Sięgasz po coś, nie udaje się, próbujesz raz jeszcze. Aż do skutku. Takie jest życie, bywa zniechęcające. Ale wiem, że jeśli się nie spróbuje, może się tego bardzo żałować.