Muzyka jako rzeźba! - wywiad z Uri Cainem

Autor: 
Milena Fabicka
Autor zdjęcia: 
mat. prasowe

Uri Caine - znakomity pianista, prowokator muzyczny, erudyta i mistrz dekonstrukcji klasyki. Bywał u nas często i bardzo się z tego cieszymy. A dziś Uri Caine ma 59 urodziny, więc wywiad z nim warto przypomnieć.

Milena Fabicka : Byłeś już w Polsce kilka razy, to będzie Twój drugi koncert we Wrocławiu...największe zainteresowanie wzbudza fakt, że kompozycje, które zaprezentujesz zostały przez Ciebie napisane specjalnie na tę okazję. Po 24-godzinnym maratonie zapowiada się, że to będzie wisienka na torcie. Zastanawia mnie co dla nas przygotowałeś?

Uri Caine : Dużo myślałem o tym, aby stworzyć coś kwartetem smyczkowym, poza tym bardzo lubię polską muzykę nowoczesną jaką prezentuje na przykład Lutosławski Quartet czy Penderecki , od zawsze studiowałem tę muzykę  wnikliwie. Dlatego napisałem 6 niezależnych kompozycji, które w dużym stopniu idą w tym kierunku, tworząc pewien harmoniczny dysonans. Ponadto zagramy 6 innych utworów, które czasami prezentowaliśmy wraz z fortepianowym trio,  ale zaaranżowanych na kwartet smyczkowy, trochę mniej skomplikowanych, bardziej groovy. Opieramy się na pewnej formie,  z której wychodzimy znajdując konkretny punkt, aby budować  architekturę utworu. 

 

 

MF: W końcu Goethe mówił, że architektura to zamrożona muzyka.


UC: Racja, można też i odwrotnie, niektórzy twierdzą, że muzyka jest rodzajem architektury czasu. W każdym razie staram się jednak skorelować te dwa typy muzyki. Ponadto świetnie mi się współpracowało z kwartetem, są bardzo dobrymi muzykami, w niektórych partiach kompozycje były niezwykle trudne. Dobrze się bawiliśmy składając wszystko w jedną całość.

MF: A jak to wyglądało na początku Twojej kariery, kiedy sam zacząłeś pracować ze znanymi już artystami? Wiemy , że duży wpływ miała na Ciebie muzyka żydowska, Twoi pierwsi nauczyciele, czyli Bernard Pfeiffer i George Crump, uniwersytet...ale jak czułeś się grając z takimi muzykami jak Philly Joe Jones albo Freddie Hubbard?

UC:  W mieście, w którym dorastałem, czyli Filadelfii, było dużo muzyki, dużo jazzu, trochę muzyki klasycznej, r'n'b... zatem jako młody muzyk często miałem okazję grać. Ludzie starsi ode mnie byli bardzo pomocni i kultywujący muzykę. Jedną z ważnych dla mnie rzeczy, było to, aby przeprowadzić się do Nowego Jorku, gdyż zdałem sobie sprawę, że scena wygląda tam inaczej, bardziej międzynarodowo i awangardowo. Ponadto Nowy Jork skupiał wtedy całą masę muzyków grających w wielu rożnych stylach. Uważam, że miałem wtedy  mnóstwo możliwości.

MF: Czy to nie jest po części powodem, dlaczego tworzysz tak wybuchowe mieszanki. W jaki sposób dobierasz substraty do swoich reakcji? Niektórzy myślą, że jesteś trochę jak dr Jeckyll i Mr Hyde : z jednej strony klasyczne reinterpretacje, z drugiej projekty elektroniczne...

UC: Wiesz, wydaje mi się, że jeśli tak dużo pracujesz z muzyką to  przez długi czas różne czynniki mają na Ciebie wpływ, po prostu musisz nad nimi pracować. Lubiłem w swoim życiu zajmować się muzyką elektroniczną, komputerami i tego typu narzędziami. Niektóre projekty, które robiłem wymagały wielu badań, poszukiwań, analizy. W taki sposób uczysz się muzyki, studiujesz ją i zastanawiasz się jak możesz tę wiedzę wykorzystać. Jest to jednak wciąż trwający proces, kiedy badasz wszystkie aspekty swojej sztuki i chcesz robić postępy.
Z pewnością jest też w tym trochę intuicji, starasz się podążać za swoimi inspiracjami. Czasem czujesz się tak, jakbyś wiedział czym chcesz się zajmować, a czasem bardziej w stylu "zobaczymy co się stanie", jak ze wszystkim w życiu. Nie możesz pewnych rzeczy przewidzieć. Nakreślenie jak coś będzie wyglądało, jest możliwe, powiedzmy w przypadku projektu we Wrocławiu, kiedy nie chciałem przyjść i powiedzieć "ok, zagrajmy coś", ale napisać muzykę. Wymagało to wielu godzin pracy, szczególnie jeśli współpracujesz z muzykami klasycznymi, oczekującymi konkretnego zapisu nutowego. To zupełnie inne doświadczenie kiedy grasz z grupą kumpli - improwizatorów albo kiedy tworzysz muzykę na swoim laptopie. Wszystkie te składniki są częścią jednej dużej sumy. Jako ktoś kto gra na klawiszach, miałem całe spektrum możliwości : zespoły kameralne, orkiestry, kompozycje dla wokalistów, tancerzy, opera, Broadway...Zaczynasz dostrzegać, że muzyka to wiele światów.

MF: Ktoś powiedział, że kreatywność to ilość reguł o których człowiek potrafi zapomnieć, albo to, ile granic potrafisz przekroczyć. Myślisz, że to prawda ? O ile w ogóle możemy mówić o granicach w muzyce.

UC:  Muzyka ma takie granice jakie nakładają na nią ludzie. Niektórzy artyści myślą o ich przekraczaniu, niektórzy o robieniu tego czego chcą, nie mając do końca świadomości jak to zdefiniować.  To proces  podobny do tworzenia rzeźby, masz pewną strukturę, patrzysz na nią  i nieustannie modyfikujesz. Dla mnie to po prostu wiele dróg i sposobów na jakie możesz ją przekształcić, pewne spektrum. W niektórych projektach, gdy piszesz,  masz dużo kontroli, w niektórych zostawiasz drzwi otwarte. Jeśli mówisz o granicach, jest dużo ludzi, którzy są bardzo świadomi podziałów w stylach, i słysząc konkretny gatunek muzyki myślisz sobie, że coś tu pasuje, a gdzie indziej nie. Jest dużo takich sytuacji kiedy musisz eksperymentować. Tak jak np. poeci, niektórzy z nich piszą, ale wielu to też świetni improwizatorzy. Myślę, że obie drogi są dobre.
 Jazz to teraz bardzo duże słowo, wiele stylów. Niektórzy mówią, że kompozycje które napisałem dla kwartetu smyczkowego to nie jest jazz, bo nie są swingujące...Dla mnie esencją jazzu jest struktura i improwizacja na wierchu tej struktury, którą może być rytm, tekstura, seria akordów.  Z kawałków tworzysz architekturę, budynek , zaczynasz czuć otaczającą przestrzeń, rozumiesz co się dzieje, być może inni poczują to samo.


 

 

MF: Jednak nigdy nie mamy pewności jak ludzie zareagują na to co robimy.

UC: Chciałbym, żeby ludzie w ogóle reagowali na muzykę, czuli emocje. Możesz mieć pewną ideę podczas tworzenia, a okaże się, że ktoś odbiera to w sposób zupełnie odmienny, wciąż jednak sądząc, że to jest dobre. Niektórym może wcale się to nie spodobać, bo nie brzmi to w sposób w jaki myślą, że powinno brzmieć. Niekiedy ciężko to zaakceptować, ale chyba najważniejsze jest czerpanie radości z tworzenia i współpracy z innymi muzykami, może publiczność to dostrzeże. Nie wiem jak to będzie po 24 muzycznego maratonu, może część będzie zmęczona i powie "oh , nie mogę już tego słuchać" (śmiech).

MF: Myślisz, że koneserzy tej muzyki, mają pewien rodzaj "jazzowej cierpliwości" ?
Twoje kompozycje są przecież dość wymagające.


UC: Właściwie to trudne pytanie. Tak, na pewno istnieją ludzie, którzy są fanatykami, ale są też tacy, którzy lubią konkretny rodzaj jazzu, a innego nie mogą znieść. Nie chcę, aby ludzie nie lubili tej muzyki, ale w pewnym momencie tworzenia - nie żeby to było nieistotne- nie myśli się, czy im się to spodoba czy nie. Jeśli mówimy o moich doświadczeniach to  grałem Mahlera, potem szedłem do chłopaków z Bedrock, następnie Straight Ahead Trio i w końcu pracowałem z kwartetem...to przecież cztery różne rzeczy. Może być tak, ze Ci którzy lubią jazz nie będą słuchać Lutosławski Quartet, tym którym podoba się Lutosławski może nie spodobać się Bedrock. I dla mnie jest to w zupełności ok, akceptuje to.  Jeśli chodzi o mnie, robię to, bo to lubię.