Ad Libitum 2015: Mikołaj Trzaska - człowiek musi przeżywać i doświadczać różnych rzeczy, żeby mieć o czym grać - wywiadu część 2

Autor: 
Piotr Rudnicki
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Muzyka źródeł w ogóle ma teraz dobry okres. Ty zajmujesz się muzyką żydowską, jeżdzisz po tzw. ścianie wschodniej, ale są takie projekty, jak na przykład Folk Five Irka Wojtczaka. W dodatku gra z tym samym przystojnym trębaczem, z którym zagracie na Ad Libitum!

Płyty Irka akurat jeszcze nie słyszałem, ale słyszałem jego dokonania i wiem, że on krąży wokół tej stylistyki. Słyszałem jego projekt na jakimś koncercie i byłem pod wrażeniem. Dla mnie ta muzyka jest trochę zbyt efektowna, ale zrobiła na mnie duże wrażenie jeśli chodzi o umiejętności i sposób myślenia.

Ja już powoli odchodzę od takiego klasycznego myślenia o muzyce żydowskiej jak kiedyś i myślę, że to już powoli jest koniec mojej historii z muzyką żydowską w sensie skalowym - takim jaki jest potrzebny na festiwalach żydowskich. Zauważyłem zresztą, że to, co robimy z Raphaelem organizatorów najmniej interesuje. Jak wchodzi Cukunft to jeszcze, ale już nas w duecie nie chcą. Nie chcą dwóch żydów z Polski, a najbardziej chcą tych, którzy się przebierają i grają muzykę tradycyjną. Trochę mam związków z żydami na Litwie – z Arkadiusem Gotesmanem, z którym mnie dużo łączy, robiliśmy wspólny projekt ostatnio i genialnie to wyszło, a była to jak najbardziej muzyka współczesna. Ale to jest jednak odbicie, inspiracja. Jestem jak najdalej od tego, żeby to kontynuować w formie klasycznej.

Widzieliśmy się ostatnio przy okazji koncertów Shofaru i Oli Bilińskiej z Berjozkele. O ile nurt nowej muzyki żydowskiej trochę przygasa, ten projekt dołożył do niego coś istotnego  – i też jest związany z Sejnami!

Tak, przecież Ola Bilińska tam się w ogóle przeniosła! Ona ma coś takiego w sobie, że czegokolwiek nie zrobi, zawsze będzie to w stu procentach jej. Bardzo lubię na przykład wcześniejsze nagrania z Babadag.  I cieszę się, że właśnie tak to Berjozkele zrobiła. Może to nie jest muzyka dynamiczna czy pełna przeżyć, ale czemu miałaby taka być.  I z Raphaelem na tej płycie zagraliśmy. Jeśli chodzi o muzkę poświęconą tradycji żydowskiej, twórczość Oli to ważny głos. Tu znowu widać, że można zaśpiewać tradycyjne piosenki po swojemu  i nikogo przy tym nie udawać.

I Paweł Szamburski nagrał przepiękną płytę solową, na której przekroczył taki swoisty idiom warszawski– i to jest ważny krok. W Warszawie tak bardzo wewnętrzna płyta dawno nie powstała. Ja trochę na to narzekałem, ale widzę, że ewidentnie istnieje różnica między muzykami z różnych miast. Lado ABC wytworzyło bardzo konkretny ścieg – ta muzyka ma bardzo konkretne brzmienie, rodzaj aranżowania, sposób układania przestrzeni, mają swoich producentów, ulubione studia czy poczucie humoru... To co w tej chwili zrobił Masecki jest formą tego żartu. Sonaty Beetthovena, gdzie zdecydował się nie słyszeć i wsadził stopery do uszu. Podobno wyszedł przepiękny kawał muzyki - akurat nie mogłem być na koncercie, ale mam nadzieję, że Masecki to kiedyś powtórzy. W ogóle zobacz co tam się dzieje, to jest ogromnie ważna rzecz, bo oni skleili tę muzykę z muzyką klasyczną, zdołali znaleźć inny pomysł na pojmowanie rzeczywistości. Że mozna to ugryźć z takiej strony, że niekoniecznie trzeba tego słuchać w krawacie i marynarce sztywnej tak, ze nie można się schylić. Masecki wchodzi do filharmonii i przekonuje tych ludzi – a to świetnie świadczy o kierownictwie takich instytucji, bo środowiska akademickie są szalenie sztywne. Oni mówią: „Dobra, wchodź pan, mamy tu Steinwaya” a on na to „ Nie, nie - dziękuję. Wolę swoje rozpierdolone pianino, bo wiem, co mogę na nim zrobić.” Wchodzi na scenę, na sali siedzi sto osób, zastanawiają się: dlaczego? A on im odpowiada dlaczego. Tak że naprawdę mamy fenomenalny okres na polską muzykę.     

 

A wracając do muzyki brytyjskiej: tak jak mówiłem, każdy ruch przeżywa kryzys. Myślę, że tak jest też w Wielkiej Brytanii, od śmierci Baileya i częściowego skomercjonalizowania się tej muzyki. Evan Parker jest na przykład znakomitym saksofonistą bebopowym i jego koncerty są bardzo różne – od koncertów bardziej ułożonych do frytowych, ale on jest elastyczny i znakomicie sobie radzi w różnymi stykami.

Akurat w tej muzyce jest o wiele łatwiej o kryzys bo ona i tak ma stosunkowo niski odbiór i ciągle nie cieszy się powodzeniem. Na zachodzienawet jeszcze mniejszy niż w Polsce, a w Stanach już w ogóle nikt tego nie słucha. W Wielkiej Brytanii jak w Cafe OTO gra Evan z kolegami, to przychodzi bardzo mało ludzi – bo ileż można grać w Cafe OTO! Kiedy przyjechałem z Polski, to przyszło pełno ludzi – a 80% to byli polacy. A potem podszedł do mnie manager i mówi „Wiesz, dawno nie miałem takiego tłumu. I wiesz co? I powiem Ci jedną rzecz. Ci ludzie którzy przyszli – oni są tak strasznie dobrze wychowani, tacy wsłuchani, i tacy cisi, dobrze ubrani i eleganccy – i nie gadają w czasie koncertu!” I to byli Polacy. Że „Takie bardzo kulturalne towarzystwo przyszło”. To było bardzo miłe.

Jest fajny moment. Też dla mnie jest fajny moment, bo ja wreszcie nie mam potrzeby identyfikowania się w żadnym konkretnym stylu. Już mogę sobie odpuścić. W pewnym momencie byłem osobą, która trzymała na swoich plecach odpowiedzialność za muzykę improwizowaną w Polsce – przynajmniej tak mi się wydaje. Może nie tyle dobrą jako artysta, ale osobą, która w miarę godnie to reprezentowała. A teraz spokojnie jestem zwolniony z tej odpowiedzialności, mogę spokojnie się rozwijać i nie muszę już żyć tym idiomem który też gdzieś tam jest pewną pułapką...

Realizujesz to na przykład w ostatnim projekcie Rimbaud.

Między innymi. Absolutnie tak! Jest to coś, co mnie wyraża i podpisuję się pod tym obiema rękami. Rzeczywiście to jest porządne jebnięcie, które nie budzi wątpliwości. Mimo że osoby które są w tym projekcie są z bardzo dziwnych miejsc. Pracuję z dwoma katolami, którzy są takimi diabłami że ja – totalny antyklerykał - przy nich jestem aniołkiem, jeśli chodzi o artystyczne podejście. Śmieszna historia – i bardzo dobrze doświadczenie.

 

W recenzjach spotkałem się z niegdyś nagminnymi ale  dawno ostatnio nie widzianymi w Twoim kontekście opiniami, że jest to muzyka niesłuchalna. Ludzie się przestraszyli.

Dobrze! Ludzie się przestraszyli, ale ile mamy koncertów! Wiesz, w ogóle nie czytam recenzji, ale Rimbaud to jest rzecz, za którą dostałem ich chyba najwięcej w życiu. I bardzo dużo pozytywnych! Zbyt dużo, więc to dobra informacja – niech się ludzie boją. Ja się zgadzam, że moja muzyka nie jest do słuchania – ona jest do uczestniczenia w niej. Ale muszę nagrywać płyty, bo gdybym ich nie nagrywał, nikt by o mnie nie wiedział. Nikt by nic nie napisał. Ale może to jest dobre wyjście – jest w Kopenhadze taki zespół, starszych już panów, który w ogóle nie nagrywa płyt. Gra 30 lat, tylko w Kopenhadze i za każdym razem na koncertu przychodzi  kilka tysięcy ludzi. I grają świetni.

 Nagrywanie płyt nie ma sensu. Oczywiście są tacy wariaci, którzy je kupują i słuchają. Jestem im niebywale wdzięczny, ale tak naprawdę ludzie muszą siedzieć między sobą, patrzeć na to, co robię i być częścią koncertu, tego co sie dzieje – bo dopiero to jest wydarzenie i o wiele większe przeżycie niż nagrywanie. Innymi kategoriami się kieruję, kiedy gram koncert i kiedy nagrywam. Tutaj jestem na krawędzi przepaści, a tam w miękkiej poduszce. To są dwa zupełnie inne światy. Jak ktoś mnie będzie słuchał w pokoju, to muszę myśleć że z nim jestem. To jest inne myślenie. Inaczej coś będę tłumaczył swojemu synowi, a inaczej mojemu ojcu – i nie dlatego że ja się zmieniam, tylko w obu sytuacjach potrzeba innego języka.

Teraz się zmienia - nagrywam dwie płyty, które w ogóle nie są hałaśliwe. Kompletnie. Teraz mnie dopiero znienawidzą, zobaczysz! Teraz będzie, że pierdzę słodko, że jestem komercyjny bo pierdzę słodko i gram melodie. To będzie fajne! Jestem ciekaw, nie mogę się doczekać. Nagrywam dwie płyty - jedną nagrałem z Jackiem Mazurkiewiczem – ma roboczy tytuł „Sweetness in the Dark”. Nagraliśmy ją na świeżym powietrzu w lesie i brzmienie jest niebywałe. Niebywałe! Piękne, romantyczne, delikatne, ciche – nawet nie wzniosłe! Gramy w nocy - i rzeczywiście słychać tam cykady, słychać jak komary lecą, mieliśmy 60-cio metrowy przedłużacz, więc jesteśmy oddaleni 60 metrów od zabudowań. To było podczas najupalniejszych dni tego lata... A drugą nagrałem w studiu sam – i jest ostrzejsza, bardziej osobista, ale nie ma krzyku. I cieszę się z tego, bo jestem zwolniony z zajęć. Nie muszę ćwiczyć na wf-ie. To jest zajebiste uczucie – takiej wolności. Nie muszę liczyć na jakieś nagrody, na gorsze lub lepsze recenzje, bo to absolutnie nic nie zmieni... Do końca życia jestem zwolniony z tego wf-u.

 

Ale do końca życia pewnie będziesz ćwiczył...

Nieeee... Ja tak naprawdę nigdy nie ćwiczyłem, to co mówiłem o ćwiczeniu w wywiadach to było kłamstwo! Jak bym pokazał akademikowi, że to jest ćwiczenie, to... Moja sąsiadka, zresztą bardzo dobra wiolonczelistka z filharmonii mawia: ”Słyszę czasem jak idę z psem jak się rozgrywasz”. A ja mówię „Ja się nie rozgrywam, ja tak gram!” I to jest dla niej bardzo śmieszne.

Zdaje się, że będzie to twoja pierwsza solowa płyta! Vandermark czy Brotzmann kiedyś napisał, że potrzebuje raz na jakiś czas takiego dokumentu. Ty jeszcze takiego nie masz.

Nigdy nie miałem takiej płyty. Chciałem to zrobić i czekałem na taki moment energetyczny. I on przyszedł.Trochę pozazdrościłem Pawłowi Szamburskiemu, trochę też mnie zainspirował. To się będzie nazywało „Eternity For a Little While” – angielski tytuł, bo jak tytuuję po Polsku to w momencie, kiedy dostaję recenzje „z drugiej strony”,  tytuł albo jest przekręcony, albo w ogóle nie dostaję recenzji z zagranicy, bo ludzie nie wiedzą o czym pisać. Zupełnie niechc ący nagrałem aż 4 godziny materiału w studio i mam z tym kłopot, bo wyszły mi dwa materiały – jeden drapieżny i jeden cichy, delikatny. Trochę taka dwubiegunówka. Nie wiem, co z tym zrobić – zostawić, czy odwalić, bo płyta nie może być za długa. Trochę już wyrzuciłem, ale muszę wyrzucić jeszcze z godzinę. Siedzę teraz w swojej pracowni, słucham tego i maluję okładki, bo postanowiłem wrócić do malowania – teraz muszę kupić pędzle. Już trochę malowałem, kiedy robiliśmy „Langfurtkę” z Adamem Witkowskim i zobaczyłem, że jest w tym nie tylko przyjemność, ale można i poodkrywać coś więcej. I fajnie – bo też trzeba mieć czas na taką dezaktywność, i to mnie uspakaja.

Dzięki za spotkanie.

Ad Libitum to w tej chwili bardzo ważny festiwal na mapie polski a po programie można się z zorientować, że  na mapie Europy. Bardzo szkoda, że taki festiwal, zmaga się z niedoborem dofinansowania ze strony różnych instytucji.  ... i to jest rzeczywiście wiocha, byłem, świadkiem  takich cudów , widziałem na własne oczy, w jaki sposób kasa jest wydawana na kulturę Z drugiej jednak strony  Festiwal wydarza się, dzięki poczuciu misji organizatorów, którzy patrzą szeroko na zagadnienie, którym jest muzyka imrpowizowana.  Bardzo się cieszę, że będę miał okazję być jego gościem .