Ad Libitum 2015: Mikołaj Trzaska - człowiek musi przeżywać i doświadczać różnych rzeczy, żeby mieć o czym grać - wywiadu część 1

Autor: 
Piotr Rudnicki
Autor zdjęcia: 
Krzysztof Machowina

Artysta znany, kochany, podziwiany, muzyk, którego nie potrzeba pewnie nikomu przedstawiać, a któremu udało się nie być niewolnikiem swoje bogatej przeszłości. Mikołaj Trzaska będzie szcególnym gościem 10 Ad Libitum Festival.

Okazją do spotkania jest nadchodzący festiwal Ad Libitum, na którym zaprezentujesz projekt z orkiestrą Sejneńskiej Spółdzielni Jazzowej.

Niestety nie udało się doprowadzić do koncertu Paula Lyttona, Marka Sandersa, Evana Parkera i mnie.  Przede wszystkim jednak sens był taki, żeby orkiestra sejneńska zagrała z Evanem Parkerem, żeby zaprosić ją do świata bardzo doświadczonych muzyków i pokazać tym pierwszym część tego co dzieje się u nas.

Tego, w jaki sposób u nas można budować polską tradycję i jak robi to orkiestra w Sejnach. Będzie więc Mike Majkowski, będzie Tomasz Dąbrowski, młody, przystojny trębacz z Danii, no i będzie Evan (Evan Parker przyp. redakcji). Evan znajdzie się zawsze, wszędzie i o każdej porze. Sam jestem ciekaw. Teraz chcę się wybrać jeszcze na dwa dni do Sejn, chwilę popracować i obgadać tę sytuację, bo myślę, że dla orkiestry będzie to zupełnie nowe spotkanie – z samą improwizacją, z sytuacją, gdzie przyjdzie nam w dużej grupie improwizować formy. Nie mówię o improwizowaniu sól, które w języku jazzowym jest dosyć oczywistą sprawą, osobnym zagadnieniem wymagającym osobnych umiejętności, innego doświadczenia – mówię o improwizowaniu grupą. I to jest to, o co by tutaj chodziło i to, na czym mi zależy. A będzie nas tyle, że mam jakiś sposób na to, jak to zamknąć, na grafikę przebiegu tego koncertu. I to bardziej na grafikę i ideę, niż na określone utwory. Zwykle, gdy pracuję z orkiestrą sejneńską, wytrychem i pomocą jest to, że zawsze są melodie – jako baza, na której opieramy utwory. Tym razem chcę z tego zrezygnować. Pokazać, że dominującą cechą, o którą musimy zadbać  jest struktura. Kapitalną sytuacją jest to, że będzie z nami Mike Majkowski, który jest specjalistą od struktur. Niewielu jest muzyków z taką świadomością struktury, jak Mike Majkowski. To jest młody człowiek, ale bardzo dojrzały muzyk. Chociaż też nie taki młody, niech nie przesadza. To, że ma wąsy to go wcale

 

Kontynuuję, bo mi nie przerywasz. Wiesz, jest coś takiego, jak brytyjska szkoła improwizacji. I w jakiejś części – może nawet większej, niż w Stanach czy całej Europie – to właśnie brytyjczycy są autorami tak zwanej muzyki improwizowanej. Mam wrażenie, że to oni jako pierwsi przekroczyli idiom jazzowy. Myślę tutaj oczywiście o Dereku Bailey – to on był w głównej mierze osobą, która złamała ten system. On odkrył, że to niekoniecznie musi być oparte o swing  i myślenie,  że improwizacja, szczególnie ta grana wspólnie z ludźmi niekoniecznie musi się zaczynać od słynnego jazzowego drive’u. Że można o tym myśleć inaczej. Taka jest cała tradycja gitarzystów brytyjskich, nie mówiąc już o perkusistach, o całej tamtejszej szkole improwizacji, która jest dosyć osobliwa (może przez to, że jest zamknięta wyspą...) nawet mainstream brytyjski jest dosyć specyficzny – a jest mnóstwo nazwisk, o których my nie wiemy. Brytyjski jazz w ogóle cierpi na pewną chorobę zamknięcia. My narzekaliśmy na blok wschodni (akurat Polska nie miała powodu narzekać) ale mainstream brytyjski jest traktowany srogo. Trochę wydawał ich ECM w latach 80-tych, ale według mnie muzycy brytyjscy zrobili dla muzyki improwizowanej najwięcej.      

Muzyka amerykańska jest inna – Joe McPhee to jest jednak szkoła swingu... A Ken Vandermark to wręcz szkoła funku i cokolwiek byś nie powiedział, zawsze jest tam jednak powrót do tego funkowego rytmu. Właściwie w każdym jego zespole pojawia się ta historia.

I jeszcze mogę powiedzieć o australijskiej szkole – na przykład jest coś takiego, jak australijska szkoła kontrabasu. To przywiózł Clayton Thomas, a Mike Majkowski jest jego uczniem. I to jest zupełnie inny rodzaj grania, szkoła akademicka, klasyczna, i tak świetnie artykułowana, że nie spotkałem się z tym nigdzie indziej. Bardzo czysta artykulacja, a jednocześnie bardzo drapieżna. Ma to swoje odbicie w klasycznej muzyce jazzowej, i oni potrafią grać świetnie swing – w moim mniemaniu, bo pewnie nie dla mainstreamowców, ale jest to bardzo szczególne.

To na czym mi zależy, i o co należy zadbać to doprowadzenie polskich muzyków improwizujących (i mówię tu też o sobie) do takiego poziomu, żebyśmy byli rozpoznawalni na świecie, mieli swój rys. Kiedy rozmawialiśmy kilka lat temu, miałem duży problem z niedoborem muzyków, z którymi mógłbym pracować. Dzisiaj mam wrażenie, że z dnia na dzień słyszę o nowej osobie, która ma coś do zaproponowania. A to są osoby z różnych branż muzycznych. I jestem tym naprawdę zachwycony – przez chwilę nawet byłem zazdrosny, ale widzę, że jest ich taka wielość, że nie muszę się już posiłkować muzykami z zachodu. Już niedługo... już jest duet z Jackiem Mazurkiewiczem, Shofar zaczyna inaczej pracować, Ircha gra dłużej... Mam coraz mniejszą potrzebę grania z amerykanami czy duńczykami. Nawet nie mam pomysłu, żeby ich ściągać.

 

Sama Sejneńska Spółdzielnia jest taką kuźnią...         

O, zdecydowanie tak! Przede wszystkim są wyedukowani i oprócz tego, że chodzą w części do szkół muzycznych, mają takich nauczycieli jak Wojtek Szroeder czy Michał Moniuszko, którzy potrafią powiedzieć „no dobra chłopaki, jest melodia, posłuchajcie, jak ona brzmi i zagrajcie ją ze słuchu”. W szkole się takich rzeczy nie uczy. W szkole nie uczy się grać w orkiestrze, nie zaprasza się nauczycieli z różnych miejsc. Nie pokazuje się punktów widzenia na muzykę. Pokazuje się jeden słuszny wymiar muzyki, który jest błędny już w tym momencie, kiedy się o nim mówi, że jest jedyny słuszny. Oczywiście, że czasem edukacja musi tak wyglądać, że zawęża się przestrzeń, po to zeby skupić się na jakimś elemencie, natomiast ważnym jest, aby dać młodym ludziom szansę wyboru. I to czasem wymaga spotkania się z kimś osobiście. Nie na płycie, nie na formacie mp3. Właśnie ta osoba przekonuje o wyborze drogi. Można przecież uczyć się w szkole muzycznej, a potem być na przykład świetnym inżynierem czy kimkolwiek, ale na pewno muzyka jest ważnym elementem rozwoju.

Myśląc o tym projekcie masz na uwadze właśnie ten aspekt edukacyjny? Granie np. z Parkerem to jest jednak duża sprawa...    

Na tym etapie moglibyśmy mówić o tym charakterze edukacyjnym, i więcej mogliby dodać ludzie, którzy prowadzą tą orkiestrę, jak Wojtek Szroeder, Michał Moniuszko, czy bardziej doświadczeni muzycy, którzy z Sejn wyjechali i studiują, bądź pokończyli szkoły w Warszawie. Ale kiedy projekt będzie się dział, to będę miał to w dupie, czy to jest edukacyjne czy nie – czy chcę komuś coś pokazać, czy udowodnić... Bo nie o to w ogóle chodzi. Kiedy zaczyna się muzyka, trzeba wszystkich potraktować na równi. Oczywiście wtedy, kiedy trzeba poprowadzić jakąś partię myślę o danym muzyku, ale jak mówię, żeby tworzyć muzyczne ekosfery to jest jedna rzecz, a kiedy myślę o projekcie, to to jest konkretna rzecz - myślę o strukturze, o muzykach, o Evanie... Nie wiem, czy muzycy w Sejnach mają myślenie, że to jest wielka rzecz. Oni to sami zobaczą. A może im się wcale nie będzie ten Evan podobał, może go oleją, pomyślą, że jest jakimś starym dziadem... Może oni nie będą się Evanowi podobali, a może wszyscy napijemy się piwa i będziemy szczęśliwi. Nie mam pojęcia! Ja strasznie lubię w sejniakach to, że oni nie robią afer. To są ludzie którzy się gdzieś tam po prostu spotykają, ale pracowali z wielkimi kompozytorami, począwszy od Arvo Parta a kończąc na Kracauerze. Dla nich to nie ma znaczenia. W ogóle! I to jest piękne: przyjechałeś, przychodzisz, a oni mówią „Fajnie. Pokaż nam coś”. Ale musisz im to coś zaproponować! Tu nie ma kitu, tak że myślę, że Evan powinien się trochę postarać! (śmiech) Ale Evan też nie jest typem, który się musi starać, więc myślę, że to jest bardzo dobre połączenie. Nikt tam się nie będzie tam starał, chodzi o to że musimy zrobić muzykę. To jest o wiele prostsze. Muzyka jest rzeczą normalną, no. Normalna praca, którą każdy chce zrobić jak najlepiej i to, czy ktoś ma tu coś specjalnego do dania wyjdzie w praniu.

 

Z tego, co mówisz, Sejny wydają się być jakimś fenomenem. Trochę jeździsz po świecie – znasz może inne, podobne miejsca, w których muzyka tak naturalnie istnieje w ludziach?          

Myślę, że w ogóle nie ma takich miejsc na świecie jak Sejny. Jest kilka szkół, które tak uczą i to jest w zasadzie podstawą wszystkich dobrych szkół jazzowych – że się gra na żywo z ludźmi, zaprasza różnych ludzi, jamuje się i tak dalej. Sejny są wyjątkowe o tyle, że to w zasadzie w ogóle nie jest szkoła.  To jest środowisko ludzi mieszkających w jednym miasteczku, wywalonym gdzieś poza margines, na wschód, na granicy Polski z Litwą, tak naprawdę z samym kącie i widzisz że tam na koncert przychodzi więcej ludzi niż w Warszawie na przykład, nie mówiąc już o Gdańsku. Że taki budynek Spółdzielni Sejneńskiej czy Białej Synagogi jest po prostu zapchany. I zadajesz sobie pytanie dlaczego tak jest, a odpowiedź jest oczywiście bardzo prosta: ponieważ ci ludzie, a mówię o Fundacji Pogranicze - pracują nad tym od dwudziestu kilku lat. Codziennie robiąc różne rzeczy. Nie tylko muzyczne, ale również literackie, teatralne... I to jest inwestycja w kulturę. A taki prezydent Gdańska się od nich uczy, bo oni wiedzą, że inwestując w kulturę można na tym... zarobić!  Bo właśnie dzięki temu nagle Sejny stały się sławne. Nie dzięki fabryce czekolady, nie dzięki Polmosowi, tylko właśnie dzięki kulturze. To jest w ogóle jakiś ewenement, ale Krzysztof Czyżewski i ci wszyscy ludzie zgromadzeni w około Fundacji Pogranicze, pracowali na to wiele lat. Bardzo ciężko. Od zera. A przecież Bożena Szroeder robi tam na tej samej zasadzie teatr. Przychodzą pokolenia ludzi, które się wymieniają,potem ci ludzie jadą do Warszawy studiować w szkołach teatralnych. Niektórzy z nich wracają, niektórzy zostają, ale najczęściej kursują pomoiędzy – jak takie wahadłowce. Budują domy na polach, one tam stoją między jeziorami... Sejn nie można zostawić. Tam jest siła w przyrodzie. I to pogranicze, które daje swoiste poczucie bezpaństwowości, pozytywnego kosmopolityzmu i pewnego rodzaju wolności. Poczucie, że jednak stykasz się z innymi kulturami i że to nie wstyd być kimś, kto przechodził z rąk do rąk przez te lata. Tam są ludzie, którzy przez ostatnie sto lat zmieniali paszport po cztery razy, bo raz to była Polska, raz Rosja, raz ZSRR... To się cały czas przesuwało, to miasto było i katolickie i żydowskie, i prawosławne też, bo blisko jest Białoruś. To wszystko działa na strukturę tego miejsca.

Tu się sprawdza taka moja teoria, że muzyka zawsze pochodzi z człowieka. Że człowiek musi przeżywać i doświadczać różnych rzeczy, żeby mieć o czym grać. I to rzeczywiście jest tam zawarte. Ci ludzie nie są uczeni grać perfekcyjnie, ale to jest jedna z lepszych orkiestr która gra na trąbach na przykład w Polsce. 

I tu mam niecny plan, bo już właściwie napisałem muzykę do „Wołynia” Wojtka Smarzowskiego i jedyną orkiestrą, którą sobie tu wyobrażam jest orkiestra z Sejn. Bo żadna inna nie będzie w stanie sprostać moim wymaganiom – a orkiestra z Sejn absolutnie to zrobi. Żadna orkiestra, dajmy na to Filharmonii Krakowskiej nie będzie miała tej siły, tego wyrazu, tej temperatury. I wiem o tym po prostu: nie będzie. A oni już są na to gotowi, choć czasem mają lat po kilkanaście, a czasami i mniej nawet. Cała historia związana z Pograniczem do przede wszystkim dbałość o zachowanie tej żywości. Fajne to jest. I mam nadzieję, że wytrzymają z tym, bo wiadomo, że są kryzysy. Każde takie ruchy przeżywają kryzysy, i takie momenty bywały, bo to musi ulegać przeobrażeniom – i ulega. Ci, którzy byli najmłodsi wtedy, kiedy do nich przyjeżdżałem wiele lat temu teraz są najstarsi. A doszli nowi ludzie i tak to się będzie działo. Jestem tego świadkiem. I dzięki temu nie ma rutyny.