Free Jazz

Autor: 
Piotr Jagielski
Ornette Coleman
Wydawca: 
Atlantic
Dystrybutor: 
Warner Music Polska
Data wydania: 
01.09.2011
Ocena: 
5
Average: 5 (1 vote)
Skład: 
Kanał lewy: Ornette Coleman - alto sax, Don Cherry - trumpet, Scott LaFarro - bass, Billy HIggins - drums Kanał prawy: Eric Dolphy - bass clarinet, Freddie Hubbard - trumpet, Charlie Haden - bass, Ed Blackwell - drums

Nawet nie będę udawał, że potrafię słuchać tej płyty, choć jednocześnie (i paradoksalnie) to jeden z moich ulubionych albumów a z całą pewnością jeden z najważniejszych, najbardziej znaczących w historii muzyki jazzowej. Płyta Ornette'a Colemana, śmiałego, brawurowego anarcho-rewolucjonisty jest dokumentem przede wszystkim przemian intelektualnych. Colemanowi udało się niemożliwe – przekroczyć barierę instrumentu. Próbowało wielu – za najciekawszy projekt uważam „A Love Supreme” Coltrane'a z 1964 roku, gdzie saksofonista zmaga się z instrumentem, starając się uczynić go niewidzialnym i nieistniejącym przez hipnotyczne powtarzanie tej samej frazy. To jak z bezmyślnym powtarzaniem tego samego słowa – dosyć szybko wytraca ono swój sens jako znaczące i staje się po porstu dźwiękiem. Wierzę, że to leżało Coltrane'owi na sercu – mantryczne techniki. O ile jednak wysiłek genialnego Trane'a nie sprostał wymaganiom, o tyle Ornette Coleman osiągnął sukces ju­ż 4 lata przed „Love Supreme”. A stało się tak dlatego, że poszedł on ze swoimi poszukiwaniami i eksperymentami formalnymi w zupełnie inną stronę. Nie usiłował przekroczyć ograniczeń instrumentu przez powtarzanie i „od-sensowianie” i postawił na „rozpuszczenie”. Z nawałnicy dźwięków po prostu nie da się wyodrębnić linearnej ciągłości, co daje efekt „kulki energii”, która spada na słuchacza z ogromnym impetem. Właściwie podchodzę do tego nagrania tak, jak podchodzę do obcowania z takimi tekstami jak „Fenomenologia ducha” Hegla czy „Różnica i powtórzenie” Deleuze'a (ponieważ traktuję dzieło Colemana jak manifest filozoficzny). Zagłębianie się w głąb tej skomplikowanej gmatwaniny może okazać się niebezpieczne dla kondycji psychicznej, jednak częste zaglądanie i czytanie wybranych rozdziałów, fragmentów jest pożądane i może przynieść znakomite efekty.

Do nagrania tego albumu Ornette zaangażował właściwie dwa kwartety. I to nie byle jakie: w lewym kanale gra sam Coleman w towarzystwie Dona Cherry'ego, Scotta LaFaro i Billy'ego Higginsa. Już ten zestaw wystarczyłby do stworzenia znakomitego materiału. A jakby tego było mało, w drugim, prawym kanale przemawiają: Eric Dolphy, Freddie Hubbard, Charlie Haden i Ed Blackwell. Nieźle? Nieźle. Sam typ narracji uprawiany na nagraniu w niczym nie przypomina tego, do czego przyzwyczajali w przeszłości muzycy jazzowi, nawet ci najbardziej awangardowi. Dwa kwartety grają symultanicznie, niezależnie od siebie nawzajem, jakby zupełnie nie zainteresowani tym, co dzieje się w drugim kanale. Mamy do czynienia z niezgłębioną afirmacją wolności i artystycznej ekspresji; wszelkie granice zostały zniesione, ustępując miejsca zbiorowej improwizacji, która na zawsze zmieniła bieg jazzowej historii, rewolucjonizując ją na zawsze (wpływy pracy Colemana z łatwością dostrzega się choćby we flircie Coltrane'a z nową formą na płycie „Ascension”). Sesja nagraniowa odbyła się 21 grudnia 1960 roku w studiach wytwórni Atlantic pod czujnym okiem producenta Nesuhiego Erteguna a jej owocem były dwie kompozycje – pierwsza „First Take”, została wydana dopiero w 1971 roku na płycie „Twins”; druga „Free Jazz” została podzielona na dwie części i składa się na opisywaną płytę. Zanim jednak została podzielona, stworzyła najdłuższy w historii utwór jazzowy – trwała 37 minut i 3 sekundy.

Znaczące, że na okładce płyty „Free Jazz” widnieje obraz Jacksona Pollocka „The White Light”. W końcu to właśnie amerykański malarz z nurtu ekspresjonizmu abstrakcyjnego jest autorem zdania: „Nowe czasy potrzebują nowych form”. Trudno o lepsze aforystyczne podsumowanie pracy Ornette'a Colemana.

1. Free Jazz, 2. First Take (Bonus track wydany na płycie CD; po raz pierwszy opublikowany w alumie "Twins" z 1971r.