Steve Turre – spiritman

Autor: 
Maciej Krawiec
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne
Pochylając się nad biografią artysty jazzowego nieczęsto zdarza się, że pośród jego osiągnięć i prestiżowych spotkań muzycznych wyczytać można, iż stał się pionierem, który wprowadził do jazzu instrument dotąd w nim nieobecny. Jeszcze rzadziej można zetknąć się z artystą, który uczynił z nie-instrumentu narzędzie do efektywnego improwizowania. To jest zasługą puzonisty Steve'a Turre, który dał jazzowi brzmienie... muszli, a w szczególności konchy.
 
Turre przyszedł na świat w amerykańskiej rodzinie meksykańskiego pochodzenia, wychowywał się w rejonie Zatoki San Francisco. Jako dziecko otoczony był muzyką, słuchając orkiestr mariachi oraz składów bluesowych i jazzowych. Wprawdzie początkowo chciał grać na skrzypcach, odwiodły go od tego pytania retoryczne ojca skierowane do jego matki: „czy kiedykolwiek słyszałaś początkującego skrzypka?”. Zdecydował się więc na puzon. 
 
 
 
Uczęszczając do Sacramento State University był członkiem latynoskiej grupy Escovedo Brothers. Już gdy miał dwadzieścia lat, przyszło mu poznać profesjonalny muzyczny świat: w 1968 roku grał w zespole Rahsaana Rolanda Kirka. Spotkanie z Kirkiem było cennym doświadczeniem dla młodego puzonisty nie tylko ze względu na zdobycie pierwszych artystycznych szlifów, ale i dlatego że to on zachęcił go do muzykowania na muszlach. Niedługo później Turre koncertował z Woodym Shawem w Mexico City i tam jego krewni uświadomili mu, że ich meksykańscy przodkowie także grali na muszlach. Zainspirowany tymi informacjami Turre postawił sobie za cel wprowadzenie ich do swojego instrumentarium. Tymczasem poszerzało się grono artystów, którzy zapraszali go do współpracy: w 1972 roku nagrywał z Carlosem Santaną i brał udział w trasie koncertowej z grupą Raya Charlesa, zaś rok później dołączył do słynnych składów: Jazz Messengers Arta Blakey oraz Thad Jones/Mel Lewis Orchestra. 
 
Już tamte młodzieńcze doświadczenia były niczym chrzest ognia dla młodego artysty. Dosięgnąwszy muzycznego Olimpu, miał możliwość realizowania się na polach jazzu, muzyki latynoskiej czy popowej w towarzystwie takich gwiazd jak: Lester Bowie, Dizzy Gillespie, Chico Hamilton, Herbie Hancock, J.J. Johnson, James Newton, Van Morrison, Tito Puente, Max Roach, Pharoah Sanders, Mongo Santamaria, John Scofield, Archie Shepp, Horace Silver czy McCoy Tyner. Od ponad trzydziestu lat jest członkiem Saturday Night Live Band, od 2008 roku wykłada na Juilliard School.
 
 
 
Przede wszystkim jednak jest odnoszącym sukcesy liderem zespołów, do których zaprasza światową czołówkę. O swoich wyborach estetycznych mówi tak: „Lubię grać swing i lubię grać bluesa. Nie wstydzę się swingu i nie boję się swingować. Myślę, że to jest właśnie podstawa muzyki i jestem z tego dumny”. Choć uwielbia standardy jazzowe, to częściej niż inni swingujący liderzy wykorzystuje również rytmikę i instrumentarium latynoskie. Jego solowa dyskografia zawiera ponad dwadzieścia płyt, z których warto zwrócić uwagę szczególnie na albumy: „Rhythm Within” z 1987 roku nagrany m.in. z Herbiem Hancockiem i Pharaoh Sandersem, „In The Spur of the Moment” (2000) na którym towarzyszą mu trzy kwartety z różnymi pianistami – Rayem Charlesem, Chucho Valdesem i Stephenem Scottem – czy wydany przed dwoma laty „The Bones Of Art”, gdzie swoisty „multi-trombone frontline” stanowią Frank Lacy, Robin Eubanks, Steve Davis i oczywiście Turre. Na tych albumach gra on nie tylko na puzonie, ale i na muszlach. Jako że każda z nich ma ograniczony rejestr, to Turre muzykując na nich ma w zwyczaju sięgać po coraz to inny egzemplarz. Bogactwa dźwiękowego konch w sposób najpełniejszy można doświadczyć słuchając jego składu Sanctified Shells.
 
Turre jest przykładem artysty, który w szacunku dla jazzowej tradycji oraz mistrzów gatunku, z którymi miał zaszczyt nagrywać i występować, realizuje swoje bardzo osobiste fascynacje: nie tylko muzyczne, ale i duchowe. Powiedział bowiem niedawno, zapowiadając swój ostatni album „Spiritman”: „bez ducha, muzyka jest wyłącznie zapisem nutowym”.