Miles Ahead - to nie jest nawet film o Milesie Davisie

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

Najważniejsze na początek – to nie jest film o muzyce. Nie jest nawet o Milesie Davisie. „Miles Ahead” Dona Cheadle’a (który obraz wyreżyserował, współtworzył scenariusz i muzykę, a także zagrał w nim główną rolę) to popkulturowy portret najsłynniejszego, być może, muzyka jazzowego.

Jeśli chodzi o muzykę - widz nie dowie się wiele na jej temat; jest ona jedynie zasugerowana, kolejne stacje artystycznej ewolucji trębacza przedstawione są za pomocą porozumiewawczych mrugnięć okiem do publiczności, która być może rozpozna, że siwy pan, do którego Davis zwraca się „Gil” – raz jeden – to Gil Evans, pod okiem którego dojrzewały i szlachetniały kompozycyjne pomysły Davisa; że biały pianista w ciężkich, rogowych okularach to Bill Evans i że chodzi o sesje nagraniowe „Kind of Blue”; że „Wayne”, do którego zwraca się główny bohater to Wayne Shorter i jesteśmy już kilka lat i kilka muzycznych wcieleń dalej w historii Milesa Davisa (o „Bitches Brew” nawet nie wspomniano). Nie o muzykę chodzi.

Chodzi o „Milesa”- ikonę z okładki „Rolling Stone’a”, którą każdy postrzega jak sobie zapragnie. Ikony są giętkie. Davisa z filmu namalowano grubą kreską – to wizjoner, geniusz, kobieciarz, alfons, narkoman, furiat, wściekły na wszystkich, którzy przypominają mu o jego dawnej wielkości. Do takiego Davisa, wyjętego z 1979 r., zmagającego się z twórczą niemocą i wspomnieniami utraconej miłości, przyjeżdża dziennikarz (irytujący Evan McGregor).
Zamierza przeprowadzić wywiad o wielkim powrocie króla jazzu, ale akcja wciąga go w wir dziwacznych zdarzeń. U boku Davisa przeszukuje miasto, usiłując odszukać skradzioną taśmę z nową muzyką słynnego trębacza. Nocnej pogoni, pełnej strzelanin i narkotyków, towarzyszą retrospekcje, w których autorzy filmu usiłują przedstawić to, co – w teorii – jest powodem jego stworzenia, historię Milesa Davisa.

Niczego się jednak o niej nie dowiemy. Poza kliszami, obecnymi od lat w popkulturze, sprowadzającymi fascynującą opowieść o życiu Milesa Davisa do parteru: sex, drugs and jazz. O ile filmy takie jak „Ray” czy „Bird” umiejętnie i klarownie potrafiły opowiedzieć o bohaterze, któremu służyły – odpowiednio o Rayu Charlesie i Charliem Parkerze – wykorzystując muzykę, muzyka, artystę, jako pretekst do opowiedzenia o czymś większym od niego; jakimś czasie, jakichś obyczajach. O warunkach, w jakich ich powstawało ich dzieło; okolicznościach, które je określały.

Z „Miles Ahead” możemy się dowiedzieć o tym, że Davis grał na trąbce, nagrywał płyty, zarabiał pieniądze, był sławny, bił żonę, kochał swoją żonę i w pewnym momencie zaprzestał tworzenia muzyki, by następnie powrócić do tego zajęcia. I tak, oczywiście – że świat artysty bywa przygnębiający i mroczny, mimo kłującego w oczy nawet sukcesu; sztuka wymaga wyrzeczeń i niezliczonych poświęceń, choćby miłości, a życie twórcy wypełnione jest wątpliwościami i kolejnymi kryzysami. Ale to również klisza.

Niech będzie, że to film o twórczej blokadzie i męczarniach pamięci. Temat to znakomity; tyle, że nudno podany. „Jeśli zamierzasz opowiadać historię, lepiej żebyś zrobił to wyraziście” – mówi filmowy Miles. Cheadle robi to wyraziście: nie jest to typowa hagiografia. Ale nie opowiada historii. Improwizuje wokół biografii Davisa, tworząc jej autorską wizję, co akurat fajne, słuszne i ciekawe w założeniu. Niestety wciąga ją w komiks o pseudo-gangsterze, nieustannie wciągającym koks, jak bohater serialu „Vinyl”. W „Miles Ahead” Davis przypomina bardziej Snoop Dogga czy 50 Centa niż Davisa.

Szkoda tego filmu. Po prostu mógł być znacznie lepszy. To nie biografia trębacza, a rodzaj listu miłosnego, wiersza, impresji na temat autora „In a Silent Way”. Szkoda zwłaszcza popisu aktorskiego Dona Cheadle’a. To główny powód dla którego warto zobaczyć „Miles Ahead”. Jeśli ktoś nie dba o muzykę, jest całkiem przyjemny. Poza tym pozostawia z chęcią dowiedzenia się wszystkiego na temat Davisa, o czym film nie opowiada. W ten przewrotny sposób spełniając swoje zadanie i promując osobę Milesa Davisa i muzykę, którą tworzył.