Joelle Leandre - Improwizacja to pierwszy akt, żeby zacząć grać

Autor: 
Maciej Karłowski
Zdjęcie: 

Prowansja, kraj lawendy, ziół, lazurowego wybrzeża lazurowego. Z jednej strony Alpy Południowe z drugiej morze. Z Prowansji nie chce się wyjeżdżać. Zapach pieczywa, smak oliwy i wina, prostego jedzenia, no i widoki. A to na zbocza gór, a to na winnice i cykady, grają że aż… Prowansja to także słynne miasta na wybrzeżem Morza Śródziemnego Marsylia, Nicea albo Antibes – gdzie wszyscy jazzowi święci zjeżdżali zagrać wielki jazz. Prowansja to również Aix En Provance, mniej znane, ale bardzo ludne miasteczko.

Kiedy ponad 100 lat p.n.e. zakładał je konsul rzymski Sekstiusz Kalwin nie wiedział, że kiedyś przemieni się z kolonii dla wojennych weteranów, w miasteczko uniwersyteckie, że zamieszka w nim genialny Paul Cezanne, że będzie go tam odwiedzał inny geniusz Vincent Van Goch, ani że jeszcze wiele później powstanie w nim słynny jazzowy klub Hot Brass, do którego Marsylczycy będą jeździć, żeby posłuchać Chicka Corei. Nie wiedział też, że przyjdzie czas kiedy urodzi się tam zapewne jedna z najświetniejszych kontrabasistek nie tyko Francji, ale także całego improwizowanego świata.

Tak, z Aix En Profance pochodzi Joelle Leandre. Gra inną muzykę niż Esperanza Spalding, Linda Oh czy Nikki Parrott. Daleko jej w ogóle do jazzu, chyba, że jazz uznamy za synonim improwizacji. Ale tego raczej robić już nie uchodzi, bez narażenia się na pobłażliwy uśmiech. Bo ani jazz nie jest jedyną improwizatorską tradycją w światowej muzyce, ani też improwizacja nie jest jazzowym wynalazkiem. Pani Leandre wydaje się od wszelkich prostych, estetycznych zaszufladkowań z powodzeniem uciekać. I nie ma w tym nic dziwnego, skoro zwykła mawiać:

„Wszyscy muzycy chcąc czy nie chcą improwizują, to naturalne. Świętujesz swoją radość, kiedy bierzesz instrument do ręki. Improwizowałam od zawsze, to taki pierwszy akt, by zacząć grać. Improwizacja jest po to, żeby wyrazić siebie i to jest zawsze twoje.”.

A więc nie jazzmanka, a jednak lubi wskazywać, jak wiele nauczyła się od Paula Chambersa, Charlesa Mingusa, Theloniousa Monka czy Duke Ellingtona. Kto zresztą się od nich nie uczył. Cecil Taylor uważał Ellingtona za jednego z największych kompozytorów w historii muzyki i zdarzało się, że grał jego kompozycje. Joelle Leandre po jazzowych klasyków nie zwykła sięgać, ale także wyznaje, że i oni w pewien sposób ją edukowali. „Moje życie w gruncie rzeczy było i jest jazzowe. Uprawiasz tą muzykę, podróżujesz, grasz koncerty, masz jazzowe życie. Nie grasz Haendla, Bacha i Mozarta. Nie czuję się „klasyczna” w żaden sposób, to tylko mój background, i on bardzo mi się przydał, bo np. świetnie opanowałam swój instrument”

Trudno nie zgodzić się z tym, że to właśnie improwizacja najpełniej czyni muzyka wyjątkowym. W przypadku Joelle nie był to od samego początku kontrabas, Zanim zdecydowała studiować w klasie tego, jak się powszechnie uważa bardzo niekobiecego instrumentu, improwizowała na flecie prostym i fortepianie. Trudno też nie zwrócić uwagi na to, że Leandre zanim obróciła swoje muzyczne życie w nieustanny ciąg improwizatorski, bywała szczerze oddana muzyce znacznie bardziej poukładanej zarówno w estetyczne, jak i historyczne obramowania.

W czasach kiedy studiowała w paryskim konserwatorium, rzecz była oczywista, bo ostatecznie przecież droga tradycyjnej edukacji to nie dość, że najprostszy, to pewnie też i najlepszy sposób na zdobycie niezbędnych instrumentalnych szlifów. Później jej zainteresowania skierowały się w obszary muzyki współczesnej. Tu już o estetycznych obramowaniach mówić znacznie trudniej. Nie mniej, jakichkolwiek etykiet byśmy nie użyli, w sferze zainteresowań Joelle Leandre znalazły się partytury ot choćby twórcy „otwartej formy” Earle’a Browna dzieła Giacinto Scelsiego, Mortona Feldmana i przede wszystkim Johna Cage’a.

Wszystkich tych panów zresztą miała okazję poznać osobiście podczas stypendium w Buffalo, a oni zainspirowani jej grą i muzycznymi pomysłami wkrótce zaczęli specjalnie dla niej pisać kompozycje. Szczególną estymą jednak darzyła i wciąż darzy tego ostatniego. Nic w tym dziwnego wszak  John Cage to przecież jeden z najbardziej wpływowych umysłów XX wiecznej muzyki. Joelle jednak wyraża się o nim już nie tylko jako o inspiracji. „John Cage pozostanie na zawsze moim duchowym ojcem. Sprawił, że zaczęłam słuchać świata wokół mnie, pozwoliłam być dźwiękowi tym czym w istocie jest. Dał mi pewność siebie, Był też pierwszym, na którego twarzy dostrzegłam uśmiech po wykonaniu mojej kompozycji „Taxi” (1981) w auli Columbia University. Wciąż to pamiętam!”

Dając Joelle Leandre pewność siebie, Cage oddał światu muzyki sporą przysługę. W raz z tym gestem sprawił, że grupa twórców z odwagą sięgająca po eksperyment, dopytująca siebie samych o to kim są jako muzycy, kreatorzy, wzbogaciła się o zupełnie niezwykłą osobowość. Dysponująca bajeczną techniką, mogącą z jednej strony swobodnie i z sukcesami działać w tak słynnych grupach jak Ensemble InterContemporain Pierre’a Bouleza czy 2e2iem z drugiej, być może z jeszcze większym powodzeniem, istnieć jako jedna z najciekawszych improwizatorek na światowej scenie, która tworzyła muzykę ze wszystkimi bodaj najważniejszymi personami od Anthony’ego Braxtona, poprzez Petera Kowalda, Irene Schweitzer, Williama Parkera, Carlosa Zingaro na Evanie Parkerze, Stevem Lacym czy George Lewisie skończywszy.

Podobno jednak przełomowym momentem było spotkanie z muzyką kluczowej postaci europejskiej improwizacji Dereka Bailey, ale od poznania muzyki do wspólnych nagrań upłynęło trochę czasu. W końcu jednak takie nagranie powstało, nosiło tytuł „No Waiting” i wydane było w nieistniejącej niestety już wytwórni Potlach Records. W ogóle jeśliby chcieć prześledzić dyskografię Joelle Leandre dostarczyłoby to imponującej wiedzy w jak, niekiedy zaskakujące kolaboracje, ta być może pierwsza dama kontrabasu, decydowała się wchodzić i jak wspaniałe rezultaty potrafiły te kolaboracje przynieść. Tych natomiast, którym zamarzyłoby się zgromadzić całą jej dyskografię czkałoby nie lada wyzwanie, bo ostatecznie zdobyć ponad 150 albumów, z których naprawdę wiele jest naprawdę trudnodostępnych, to nawet w z wujkiem Googlem jako sojusznikiem sprawa wcale nie jest prosta.  

Wyrazić siebie, uwolnić się od „klepania Haendla, Bacha i Mozarta” a jednocześnie wiedząc i znając ceniąc ich muzykę, grać to co się naprawdę chce i sposób, jaki się wybrało. Kto wie czy to nie dobra charakterstyka tego, co swoją już wyimprowizowaną muzyką chce słuchaczom powiedzieć Joelle Leandre.

Joelle Leandre artystka, której udało się w męskim świecie improwizatorów sprawić, zresztą jako jednej z niewielu, że płeć to w sprawach sztuki rzecz nie mająca kompletnie żadnego znaczenia. Może dlatego młode dziewczyny zwracają się do niej ze łzami w oczach o pisemne rekomendację, które pozwoliłby im zostać przyjętymi do uniwersytetów muzycznych. Podobno taka sytuacja miała miejsce w jednej z kanadyjskich uczelni.

Choć może wydawać się to niepojęte, to problem jest poważny. Z tego zapewne też powodu na świecie powstaje coraz więcej organizacji zajmującymi się tymi sprawami, organizacji jednoczących kobiece środowiska twórcze. W jednym z tego typu przedsięwzięć i sama Joelle Leandre bierze czynny udział. I nie mam na myśli tylko słynnych Les Diaboliques, które olśniły trzy lata temu publiczność wrocławskiego Art. Of Improvisation Festiwal, ale również European Women’s Improvising Group, zwanej wcześniej Feminist Improvising Group – pierwszej w historii kobiecej grupie grającej muzykę improwizowaną. Przed trzema dniami Joelle odwiedziła Polskę po raz kolejny by zagrać recital solo podczas Krakowskiej Jesieni Jazzowej i jak donoszą uprzejmie ci, którzy słuchali jej był to wyjątkowo przejmujący i wspaniały koncert.